A przynajmniej będę się starać nie kupować. Otóż mam o sobie na tyle wysokie mniemanie, iż uważam, że nie jestem skończoną idiotką. Prasa kobieca niestety z założenia traktuje swoją czytelniczkę jak ćwierćinteligenta. Jeszcze niedawno miałam silne postanowienie, że zamiast Glamour, Grazia i innych Cosmo czy Company będę kupować Vogue, bo przecież biblia mody jednak jakiś poziom trzyma (pomińmy jednorazowe wyskoki). Głównie dlatego, że tekstów u nich niewiele.
Lipcowe wydanie zmieniło moje nastawienie i utwierdziło w przekonaniu, że redakcja ewidentnie ma swoich czytelników za takich samych ćwierćinteligentów jak wszystkie inne magazyny, licząc tylko, że ich czytelnicy to ćwierćinteligenci nadziani. Nie wiem jak inaczej wytłumaczyć artykuł redaktor Alexandry Schulman na temat królewskiego ślubu. Znajduje się on w sekcji viewpoint, więc z założenia można było się spodziewać subiektywnego punktu widzenia, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Pani redaktor została zaproszona na ślub Williama i Kate i z tego powodu czuje się fajna. Nie rozumie, czemu żaden z domników się tym nie ekscytuje, ale dojeżdża na ślub i spotyka zamożnych znajomych, którzy ekscytują się tak samo jak ona i mogą razem celebrować fakt bycia fajnymi. Kogo to obchodzi? Raczej nikogo, ale pani pracuje w Vogue i ma swoje pięć minut. Królewski ślub można było skomentować na wiele różnych oryginalnych sposób, ale zdecydowano się na taki.
Zblazowany tekst o niczym można by jeszcze znieść, dać się pani nacieszyć uznaniem i brnąć dalej. Niestety artykuł Jasona Schmidta o rozwodzie pisarki Vicky Ward doprowadził mnie do szewskiej pasji. Po zdradzie męża zdecydowała się na rozwód. Na spotkaniu z mediatorem dała mu z pięści w twarz, mąż wezwał policję, co było oczywiście niesprawiedliwe i podłe. Musiała wyprowadzić się z ich wspólnego olbrzymiego domu i przenieść się do wielkiego apartamentu w Nowym Jorku. Istny horror. Dobrze, że ich przyjaciel Donald Trump pomógł im ten dom sprzedać, bo przecież jest kryzys i mogli mieć z tym problem. Najgorsze jednak dopiero przed Tobą, Czytelniku. Otóż pani Ward zmuszona była udać się do sądu rodzinnego i musiała siedzieć w poczekalni wśród mężczyzn i kobiet ‘who looked as if they really might be murderers’. Nie wiem, odkąd w sądzie rodzinnym sądzi się morderców, ale być może pani Ward ma inne doświadczenia rodzinne niż ja. W sądzie spotkała ją kolejna niesprawiedliwość, zazdrosna sędzina musiała usłyszeć jej rozmowę telefoniczną z senatorem Baucusem (jako korespondentka Vanity Fair wykonywała w poczekalni swoje służbowe obowiązki), musiała przecież krzyczeć do telefonu stojąc na ławce, żeby mógł ją z tej poczekalni z kiepskim zasięgiem usłyszeć. Sędzina musiała uznać, że pani W popisuje się (to domysł samej Ward) i, o zgrozo, kazała jej czekać pośród tych podłych ludzi o twarzach morderców aż do osiemnastej!
Dziękuję Vogue, że uzmysłowiło mi prawdziwy koszmar rozwodu. Te niesłychane upokorzenia, których doświadczała Vicky Ward oczywiście są o wiele bardziej tragiczne niż głupie problemy zwykłych kobiet. Te nie dość, że nie jeżdżą Jaguarem męża, nie przyjaźnią się z Trumpem i nie noszą mini od Petera Soma, to po rozwodzie na przykład nie mają pieniędzy, żeby się ze wspólnego mieszkania wyprowadzić (co dopiero do wielkiego apartamentu w NY) albo kończą z dziećmi bez mieszkania i bez środków do utrzymania. Zdaję sobie sprawę, że Vogue nie przedstawia stylu życia przeciętnego zjadacza chleba, a styl życia, o którym większość może jedynie marzyć. Ale nigdy, za żadne skarby świata nie chcę być osobą pokroju pani Ward, pani Schulman też nie za bardzo. Obawiam się, że sama niestety jestem zwykłą kobietą, jedną z takich co to siedząc w poczekalni mogą wyglądać jak prawdziwy morderca i nie czuję się gorszym człowiekiem, jeśli w mojej skrzynce pocztowej nie ma zaproszenia od królowej. I nawet mi z tym dobrze. I dlatego chyba nie jestem godna, żeby dalej kupować Vogue.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

12 thoughts on “Dlaczego nie kupię więcej Vogue”

  1. Nigdy nie bylam fanka Vogue, czasami kupuje ale chyba tylko po to zeby sie po raz kolejny rozczarowac. Numer sierpniowy tez specjalnie nie powala.

  2. Bardzo ciekawy i zabawny tekst’:) Vogue nie kupuję,bo przerost wydumanych zdjęć nad treścią i reklamy drogich zabawek dla doroslych mnie nie kręcą, zwłaszcza w połączeniu z polską, empikową ceną tej biblii mody

  3. brawo!!!! popieram ja powiem tak jakoś do Vouga mnie nie ciągneło ale podkreślam nie byłam nastawiona buntowniczo czy jakieś tam uprzedzenia i inne nie nie…. a ostatnio w pracy wpadła mi wręce ta rzekoma „biblia mody” i próbowałam się doszukać ochów i achów i nic… dużo za dużo reklam, co do jakiś oszałamiających sesji zdjęciowych tam nie było ( a że biblia mody to myślałam, że to czasopismo ma więcej wspólnego z moda niż z samą sprzedażą drogich marek), do poczytania pustka pustka nic, więc sobie myśle to niemieckie pewnie wydanie dlatego może takie kiepskie…no ale widzę że nie i że nie ja jedna mam takie same odczucia…to chyba już lepsza jest ich strona internetowa bo przynajmniej bezpłatna …

    pozdrawiam

  4. Ja nigdy jeszcze nie miałam styczności z tą ‚biblią mody’. I chyba się cieszę. Ale co prawda to prawda.

    Cosmo- dla niewyżytych nimfomanek, które muszą być glam, wiecznie podrywające, leżące i pachnące, do tego nie ma mowy o rodzinie i uczuciach.

    Glamour- chociaż pokazują przepisy na fajne przekąski i mają fajne felietony.

    Joy-już nie wiem, nie kupuję od roku.

    Jedyne, co czytam teraz to ELLE i Hot, InStyle, bo mają dużo ciuchów i stylizacji.

    Ciekawostka: Mój chłopak pracował przy sesji w Austrii czasopisma PANI. Jako kierowca. Przez całą drogę i ten pobyt nasłuchał się tych dżag i obył z ich ego. Jego odczucia po tygodniu z ekipą: nauczył się na wszystko mówić „Totalnie” (kobiety przed i po 30-tce). Każda niezamężna, najlepsza na Świecie, wyzwolona, piękna i w ogóle BEST. Opowiadał, że w pewnym momencie nie dało się ich słuchać, więc wiesz już dla kogo pisane są te gazety i kto je pisze. Ja się za ich target nie uważam, mam prawie wykształcenie wyższe techniczne i już w liceum stwierdziłam, że to nie mój poziom. Najgorsze jest to, że wiele kobiet stawia sobie za cel bycie taką personą. I tekst w stylu: „dlaczego Twój facet Cię zdradza” uważam za naprawdę smutny, i nie dziwię się, że 1/3 młodych małżeństw się rozpada…

  5. Jeszcze nigdy nie kupiłam Vogue’a i raczej nigdy tego nie zrobię (pomijając fakt, że w PL za tę przyjemność trzeba zapłacić tyle,że podziękuję). Zresztą ostatni raz jakiekolwiek kobiece pismo kupiłam chyba z 6 czy 7 lat temu, ale mniejsza z tym.
    Panie Schulman i Ward żyją w innym świecie, mnie się zawsze wydaje,że to jest jakiś równoległy świat – coś jak „Dwa światy” w serialu fantasy z dla młodzieży z lat 90. Co gorsze, podobne odczucia miewam oglądając Dzień Dobry tvn czy tvn style – i to jest nawet gorsze, bo ludzie tam występujący, nawet ta okropnie wkurzająca KWaśniewska starsza, nie mogą być aż tak oderwani od rzeczywistości, jak na to wskazują ich wypowiedzi w tych programach. A jednak takie wrażenie sprawiają, przez co nóż mi się w kieszeni otwiera jeszcze bardziej, niż gdy czytam Twoją relację z Vogue’a. Bo w ich przypadku (gwiazdek tvn) to chyba bardziej poza niż rzeczywiste oderwanie od rzeczywistości, a może czysta głupota. Egal! Dlatego podobnie jak z targetu pism odmóżdżających wyłączam się targetu durnej tv.

  6. Nie uznaję biblii w żadnym kanonie…więc tym bardziej modowym. Dobry tekst Rienna! I choć dla mnie to od dawna „oczywista oczywistość” 😉 to jednak miło było przeczytać te spostrzeżenia u Ciebie.
    Oliwia

  7. Vogue jest naprawde słaby, w Stanach nie kupiłam ani jednego numeru. Tak jak już zostało powiedziane, to przerost formy nad treścią.

  8. Dobrze powiedziane!
    Mam wrażenie czasem, że problemy sławnych i bogatych są tak banalne jak odwieczny dylemat w co się ubrać rano.
    Smętne.

  9. jesteś za to bardziej godna od nich wszystkich razem wziętych aby pisać dobre teksty do dobrych gazet, nieźle ci to wychodzi 🙂

  10. kupuję czasami Vogue’a, głównie dla obrazków ;-> kilkakrotnie zabrałam się do czytania, ale tak jak piszesz – nie było za bardzo co poczytać. najgorszy jest chyba amerykański – nie dość, że sesje przeciętne, zamiast modelek gwiazdy holyłudu, to głównym tematem jest co miesiąc życie prywatne Angeliny (na przykład). Brytyjski pod względem tematyki jest niewiele lepszy…
    Ale raz na jakiś czas lubię kupić sobie włoskiego lub francuskiego – fakt, że mogę te zdjęcia obejrzeć w necie, ale to nie to samo, poza tym do włoskiego dołączane są często fajne dodatki z akcesoriami czy przeglądem kolekcji na dany sezon. Dlatego myślę, że czasami jednak warto, chociaż ostatnio coraz więcej osób ściąga Vogue’a z neta i w sumie czekam, aż idea edycji internetowej zacznie się przebijać. 🙂
    wydaje mi się też, że po lekturze brytyjskiego Vogue’a nie powinnaś oceniać całej marki – nie jest on jednym z tych lepszych. nie znam języka na tyle, żeby wypowiedzieć się na temat innych edycji, ale po samym poziomie sesji zdjęciowych widać, jaka jest przepaść między np. niemieckim i włoskim Vogue. przeglądałam przynajmniej po kilka numerów prawie każdej edycji na świecie – i naprawdę ich poziom jest diametralnie różny.
    wydaje mi się też, że obecnie na rynku jest kilka lepszych tytułów ze świeżą wizją niż Vogue…

    btw ceny, które dyktuje Empik, a już tym bardziej Kolporter czy inne mniejsze salony prasowe, są nieporozumieniem – kiedy chcę kupić nowy numer Vogue’a, proszę znajomych żeby przywieźli mi go z danego kraju, o ile mam opcję, albo kupuję na allegro, za cenę równą lub niewiele wyższą od tej z okładki.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry