Photos by me

Jeśli ktoś lubi vintage, Londyn to raj na ziemi. A Brick Lane to najwyższy krąg niebios, w którym zastępy aniołów krążą dookoła wieszaków z wełnianymi swetrami i starych butów śpiewając radosne pieśni.
I są te sklepy ładne i miłe i nawet kiziaki sprzedają. Ale piękny sklep z nastrojowym wystrojem, pieczołowicie selekcjonowanym towarem (za który płaci się odpowiednio, ceny są na poziomie Topshopa) i hipsterskimi sprzedawcami ma się nijak do lumpa naprzeciwko Stoczni Gdańskiej, gdzie jako szesnastoletnie pacholę chodziłam grzebać po lekcjach i znajdowałam płaszcz Burberry za 20 zł albo sweter życia za 5 zł. Wiem, że w tym lumpie był grzyb na ścianach i waga spożywcza z odważnikami. Wiem, że klasyczna, czarna plisowana spódnica leżała pod stertą śpioszków, obrusów i bluz dresowych. Ja to wszystko wiem i rozumiem, że nadchodzi nowe i lepsze. Ale jednak tęsknię.

PS W miejscu mojego podejrzanego lumpa jest teraz jeszcze bardziej podejrzany bar.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

25 thoughts on “Brick Lane vs Wały Piastowskie”

  1. W pełni rozumiem co masz na myśli. Przy wejściu do najczęściej odwiedzanego przeze mnie lumpa wisi kartka „osobom nietrzeźwym wstęp wzbroniony” co chyba mówi dużo o hmmm atmosferze tego przybytku

  2. Solidaryzuję się w kwestii rodzimych lumpów. Z jednej strony są strasznie urządzone(czasem aż bolą oczy), ale jest w nich tak swojsko, że wybaczam brak hipsterskiego nastroju i nadmiar starych bab, które trzeba omijać grzebiąc po wieszakach 😉

  3. Ja wciąż chodzę do lumpa w bramie, gdzie są tzw boksy, ciuchy waży się na wadze spożywczej, a stare panie podkradają sobie rzeczy z koszyków, chociaż obok błyszczą Nowe Lepsze Lumpy ja i tak wolę te stare, dobre i tańsze bramowe:)

  4. stare dobre lumpy wciąż istnieją, przynajmniej tu, w starej dobrej Polsze. choć niestety rzadko znajduję w nich cokolwiek innego prócz odrzutów z wspomnianego topszpu (nie licząc pieknych marynarek od ysl, przez które zapragnęłam zostać starszym grubawym facetem z wąsem i kapelutkiem, bo niestety te odzienia wydawały się stworzone jakby dla takowych xd)

    ale, ach, patrząc na te zdjęcia chyba wiem jak by wyglądało moje niebo, gdybym była bogiem mojego małego zwariowanego wszechświata!

  5. ach, ja go pamiętam, co prawda mieszkałam wtedy na Żabiance, ale czasami go odwiedzałam i zawsze co nieco wynalazłam i pamiętam jeszcze jeden w miejscu, gdzie teraz jest Krewetka, ale to było milion lat temu…

  6. Dzizaz Krajzd! Ja np to nie wazne czy wysztafirowany Armstrong’s, czy zagrzybiony Ciuszek Na Wage – i tak sie boje ze dostane syfa. Taki po prostu mam niczym niewytlumaczalny lek.

  7. Ale zabierzesz mnie tam jak przyjadę, prawda?:) prosze, proszę, proszę:) i zgłosze się do Ciebie po przewodnik gdański:) może jakiś lumpkowy zakamarek Twój gdzieś się jeszcze ostał:)

  8. Lubię takie klimatyczne miejsca 🙂 Chodzę do lumpka w którym ściany dawno nie widziały farby, a ciuchy dalej waży się na wadze sklepowej 🙂 ale wynajduję takie perełki, że żal nie chodzić i w dodatku cena jest 3 razy niższa niż w innym ładniej urządzonym lumpku 🙂 Pozdrawiam!

  9. myślę, że nawet sama możliwość przebywania w jakimś wintydż szopie na brick lane byłaby dla mnie czymś bardzo bardzo mega fajnym:D kiedyś muszę się tam wybrać!

  10. zamiast tamtego powstał w okolicy niepozorny lump w budce przypominającej mały sześcian, ale może jego też już nie ma.

    1. już go nie ma chyba od roku:( teraz jest jakiś kebab czy cuś. A szkoda, co prawda nie było na wagę ale ceny nie przekraczayły 10 zł

  11. Szukanie w takim starym cichulandzie odzieżowych perełek to jak wyprawa Indiana Jones po zaginiony skarb 🙂 W sklepie vintage płaci się za nastrój i za to, że ktoś wcześniej znalazł już ten skarb i podaje go nam na tacy 🙂

  12. Całe szczęście są jeszcze takie lumpy, zwłaszcza w małych miasteczkach. Nawet we Wrocławiu był taki jeden dwa lata temu, gdzie pod śpioszkami i dresami znalazłam sukienkę z Zary, zapłaciłam za nią chyba 4zł;) Ale z lumpeksów to ja się uzależniłam od tych na wagę, te emocje w dniu dostawy to jak walka o ogień i zbieranie grzybów w jednym!:D

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry