Nie będę ukrywać, że najlepiej i najłatwiej pisze mi się, kiedy z kimś się nie zgadzam. Dzisiaj do polemiki skłonił mnie debiut Patrycji Kosiarkiewicz na natemat.pl. Zachęcam do przeczytania tekstu, żeby dalsze akapity nabrały dla Was jakiegokolwiek sensu.

Nie wyjechałam z Polski, bo było mi źle czy w pogonii za karierą. Miałam 19 lat, całe życie przed sobą i pragnęłam przygody. Przygoda trwa nadal, kariera jeszcze przede mną (przynajmniej mogę żyć nadzieją), a do Polski nie wróciłam. Bo mi całkiem dobrze, bo lubię UK, bo do pewnych rzeczy się przyzwyczaiłam i póki co nie widzę w Polsce dla nich alternatywy.

Rozumiem, że Pani Patrycja Polskę kocha i nie chce z niej wyjeżdżać. Jeśli ktoś wśród tego co mu znane od dziecka czuje się najszczęśliwszym, po co miałby to porzucać? Jeśli kogoś ciągnie w nieznane, to czemu miałby zostawać? Dopóki ktoś nie podejmuje tej decyzji przyciśnięty potrzebą zarobku (‚kariera’ to trochę co innego, nie ma na nią nigdzie gwaracji) reszta to niepotrzebne dorabianie filozofii. Im dłużej czytam ten tekst, tym bardziej nie wiem czy chodzi o usprawiedliwienie się, wyrażenie miłości do Polski czy o jakąś nie do końca potrzebną gloryfikację. Usprawiedliwianie się uważam za zbyteczne, miłość to miłość, nie ma co tłumaczyć, odniosę się zatem do tej gloryfikacji. Bo choć bardzo chcemy w to wierzyć, nie jesteśmy Chrystusem Narodów. Nie mamy monopolu na uduchowienie i sprawiedliwość.

Nie wiem co jest fajnego w dzieciakach plujących na samochody, przez wspomniane 19 lat niespecjalnie rzucały mi się w oczy (może kwestia miejsca w Polsce), ale niesforne i znudzone dzieciaki są wszędzie. Blokowiska w Wielkiej Brytanii też się zdarzają, osobiście raczej boję się tam chodzić. Przez wiele lat mieszkałam w blokowisku, nie będę udawać, że chciałabym w nim dalej mieszkać. W UK są babcie, które wciąż mają swoje miejsce w społeczeństwie i religia nie jest ich jedynym możliwym sposobem na spędzenie wolnego czasu. Są politycy, którymi nie muszę się przejmować, bo nie wprowadzają rok w rok zmian w systemie edukacji i są tak bogaci, że jakoś mniej chce im się kraść. I tak im nie ufam, ale wiem przynajmniej, że nie będę wstydzić się za publiczne poniżanie homoseksualistów, a obrzucanie błotem konkurencji do władzy odbywa się w białych rękawiczkach. Niby nic, a robi to wielką różnicę. Kościoły wszelkich wyznań stoją tu dla tych, którzy mają ochotę do nich iść, a nie tych, którzy idą bo tak wypada. Arcybiskupi są autorytetami, które mogą wypowiedzieć się w pewnych kwestiach, ale nie mogą terroryzować. Są też urzędy z serdecznymi urzędnikami, uniwersytety zwalczające plagiaty i ściąganie, gdzie panie z dziekanatu rozumieją, że są dla studenta. Kiedy idę ulicą nikogo nie obchodzi jak wyglądam i nie komentuje tego, co mam na sobie. Flagi wiszą w oknach lub ogródkach, gdzie niektórzy mają alejki z różami, a inni kurczaki.

Tu gdzie jestem jest drogie mięso, niezbyt dobre warzywa i owoce i paradoksalnie do kraju kojarzącego się z herbatą przywożę zawsze mnóstwo herbaty z Polski. Nie jest bardzo łatwo znaleźć przyjaciół i często nie zna się swoich sąsiadów. Są tu dzieci tak niedouczone, że szesnastolatki są w stanie zapytać czy w Polsce mówi się po angielsku tylko z innych akcentem. Albo dziewczęta, które po powrocie z Finlandii czy Grecji nie są w stanie wskazać ich na mapie. Zdarzają się rasistowskie wyskoki ludzi, którzy nie rozumieją dlaczego tak jest, że Afrykanin/Azjata/Polak sobie w życiu radzi, a on nie. Mężczyźni nie zawsze są gentlemanami przepuszczającymi kobiety w drzwiach, niektórzy znajomi panowie wyręczą przy noszeniu ciężarów, inni nie. Ale są też tacy nieznajomi jak starszy pan, który pomógł mi donieść ciężkie siatki ze sklepu na przystanek autobusowy, bo nie mógł patrzeć jak się męczę. Albo trzydziestokilkuletni przystojny mężczyzna w garniturze, który wysiadł z taksówki, podszedł do mnie i zapytał czy wszystko w porządku, kiedy około godziny 23 w Edynburgu nie mogłam znaleźć przystanku autobusowego.

Wszędzie są zjawiska złe i dobre, a także zupełnie neutralne. Polacy mają mnóstwo zalet i wad, podobnie jak Brytyjczycy, Francuzi, Niemcy, Japończycy, Amerykanie, Hindusi, ktokolwiek. Nie jesteśmy wybrańcami, nie jesteśmy bardziej wyjątkowi od innych. Przynajmniej ja się nie czuję. Wzruszają mnie opowieści o wojnie, ale nie definiuje mnie martyrologia. Opowiadam się po stronie sprawiedliwości tak jak mnóstwo innych osób z innych narodów. Nie mamy na to monopolu. Przykład z obiadem wydaje mi się owszem banalny, bo pięknie gościmy jednego bliźniego, a z drugiego nabijamy się na głos w tramwaju z powodu koloru włosów czy spodni jakie ma na sobie. Myślę, że nasza gościnność dla niezapowiedzianego gościa wyrównuje się z codzienną życzliwością w Anglii.

Chociaż barykady jako romantyczny pomysł są bardzo pociągające, to jednak ‘dla człowieka niedoj¬rzałego zna¬mien¬ne jest, że prag¬nie on wzniośle um¬rzeć za jakąś sprawę; dla doj¬rzałego na¬tomiast – że prag¬nie skrom¬nie dla niej żyć’. Więc pójdę raczej na tę bezecną kolację, zamiast dźwigać koślawy transparent. I raczej nie próbuję załatwiać żadnych spraw w porze obiadowej, czy to w Polsce czy w wielkiej Brytanii. Wolałabym też, żeby nikt nie próbował ich załatwiać ze mną. Taka jestem. I wciąż jestem Polką. Pisałam już, że jestem z tego faktu dumna, ale są ważniejsze cechy, które mnie definiują. Wbrew temu, co się niektórym wydaje, każdy może sobie być takim Polakiem jakim chce. Bez dyktowania, co kto ma we krwi.

„I w sumie za to Polskę kocham. Że jest taką nauczycielką – sanitariuszką dusz. Nie powinniśmy narzekać na nasz kraj. On jest tym czym jest. Jest piękny i ważny.”

Polska to nie jakiś górnolotny koncept (a przynajmniej nie tylko), tylko żyjący w niej Polacy. Nie ma co być z siebie jako społeczeństwa zadowolonym. Nie każdemu jest miło i dobrze. Niektórym jest bardzo źle i mam nadzieję, że opowiadająca się za sprawiedliwością autorka to dostrzega. Bez konstruktywnej krytyki i narzekania na pożałowania godne zjawiska nigdy nie będzie lepiej, tylko wiecznie będziemy spoczywać na laurach, bo tacy jesteśmy wspaniali. Chwalmy się tym co dobre, piętnujmy i narzekajmy na to, co złe. Dotyczy to każdego kraju. Polski też.

Jesteśmy tak samo fajni. Nie potrzeba nikomu Chrystusa Narodów.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

32 thoughts on “Krytykujmy Polskę dla jej dobra. Polemika z Patrycją Kosiarkiewicz.”

  1. „I w sumie za to Polskę kocham. Że jest taką nauczycielką – sanitariuszką dusz. Nie powinniśmy narzekać na nasz kraj. On jest tym czym jest. Jest piękny i ważny.”
    To zdanie wydało mi się komiczne, a Twoja odpowiedź bardzo trafna.

  2. Pani Patrycja trochę zrobiła z Polski chrześcijańską, sentymentalną wieś z niewychowanymi dziećmi. I chociaż uważam, że ten kraj jest ok, to wymienione wyżej argumenty wyjęłaś mi z ust. Podpisuję się pod tym 😉

  3. Ja też uważam, że Polska jest jaka jest. Ale inne kraje też. Tak jak piszesz, wcale w UK nie jest cukierkowo i nigdzie nie ma. Nie wiem dlaczego ludzie aż tak bardzo uważają, że gdzieś tam w innym miejscu będą bardziej szczęśliwi ( wiadomo, że bywa lepiej, ale bywa też skrajnie gorzej ) chyba receptą na zadowolenia z miejsca pobytu jest akceptacja jakie to miejsce jest i bez względu na to trzeba robić swoje, bo tak naprawdę o naszym szczęściu nie ma znaczenie miejsce.

  4. „Chwalmy się tym co dobre, piętnujmy i narzekajmy na to, co złe. Dotyczy to każdego kraju. Polski też.” – i właśnie na tym polega patriotyzm, na zdrowym spoglądaniu i obiektywnym ocenianiu ojczyzny, a nie wychwalaniu jej pod niebiosa w jakichś chory sposób,bez względu na wszystko. dobry post! 😉

  5. Zgodzę się, oj tak. Mesjanizm i martyrologia są według mnie powodem fałszywej dumy Polaków. Bo Polska jawi się jako ostatni bastion chrześcijaństwa (jestem chrześcijanką), Polacy jako honorowi, waleczni, dumni, prawi ludzie. Lepsi od innych, bo mają tak we krwi.
    Są ludzie tacy i tacy. Za niektórych Polaków wstyd, z niektórych można być dumnym. Według mnie nie można powiedzieć: my, Polacy, jesteśmy tacy, a nie tacy. I tu zahaczamy o stereotypy. Dobra, z jednej strony jest to, o czym pisałam wcześniej. Z drugiej – Polak-cwaniak. Czy to, że jestem sierotą życiową, a mój facet nigdy nie kupił i nie sprzedał z zyskiem żadnej rzeczy – wyklucza nas z grona Polaków? Bo my może tacy jesteśmy nietypowi…

  6. Ola Boga! Tę panią się czyta jak Sienkiewicza. Albo trochę jakby komunistyczną Polskę opisywała. Ja takiej Polski nie znam, a makaron za 1,50 zł to ona chyba wczorajszy kupuje, po promocji;D Zgadzam się z Tobą, tak w kwestii postrzegania własnego kraju jak i innych sprawach warto zachować trzeźwość spojrzenia, żyjemy na tym samym świecie, w Polsce czy gdziekolwiek indziej te same brudy nas otaczają…

  7. Z całym szacunkiem, ale moim zdaniem obie nie do końca macie rację. Naród to nie jest tylko codzienna praca i skromne życie, nie tylko takie sielskie wiejskie obrazki i starsze panie pod kapliczkami. Ludzie potrzebują właśnie wyższych idei, które w ich świadomości tkwią i ich łączą. I tak, Polska jest górnolotnym tworem, tak samo jak UK i inne kraje. Każdy z nich ma swój „mesjanizm”, bohaterów itd. Wspólnota interesów jest OGROMNIE ważnym czynnikiem łączącym ludzi, ale potrzeba też czegoś więcej. A co do wyjątkowości Polski na tle innych krajów; fakt, od ponad dwustu lat jesteśmy w tak zwanej ciemnej dupie i w tym okresie wykazaliśmy się jednak niespotykaną w innych krajach zaciętością w obronie polskości (fakt, nie zawsze mądrze, ale nie chcę tu rozpętywać dyskusji o powstaniach.) Ale Polska liczy sobie 1000 lat. Przez ten czas zdarzało nam się zajmować prawie pół Europy, wjeżdżać do Moskwy, kopać tyłki sąsiadom i ogólnie trząść większą częścią kontynentu. Przez 200 lat mieliśmy unikalny jak na swoje czasy ustrój, gdzie 10% społeczeństwa (a mówimy wiekach XVI-XVIII!) demokratycznie wybiewrało sobie władcę i równie demokratycznie mogło go pogonić jeśli się nie sprawdził. A jeśli już jesteśmy na blogu modowym, to akurat polskie stroje w tych czasach nosiła połowa Europy! Żadnym „Chrystusem Narodów” nie byliśmy. Ta wiara może i pomagała w ciężkich czasach, ale zawsze była nie prawdziwa, a szczególnie dzisiaj jest nawet szkodliwa. Ale jednak i martyrologia w nas jest, tych 200 lat nie wymażemy. A może dzięki tym „głupim” powstaniom, ich legendzie mieliśmy siłę rozpocząć upadek komunizmu? W tym też przecież byliśmy wyjątkowi

    1. Stwierdzenie, że jesteśmy wyjątkowi zakłada, że inni nie są tak świetni jak my. A z tym się nie zgadzam. Oczywiście mieliśmy w swojej historii sukcesy i blaski i nikt nam tego nie zabierze, bądźmy z nich dumni.

      A ten nasz wyjątkowy ustrój to jedna z kości niezgody w moim gospodarstwie domowym. Jako mediewistka nie jestem specjalnie wielką fanką demokracji 😉 Ale to taka dygresja, rzeczywiście w tym byliśmy unikatowi. Czy to dobrze czy źle to już inna para kaloszy.

    2. Niekoniecznie. My jesteśmy w tym wyjątkowi, inni w czym innym, tak samo jak możesz uważać, że ktoś ma lepszy styl pisania niż inne blogerki, ale one za to lepiej pozują albo coś w tym stylu (taki przykład tylko, nie bierz do siebie). Stwierdziłaś, że żaden naród nie jest wyjątkowy, a to jest ekstremalne uproszczenie, albo po prostu nieprawda. Ludzie muszą mieć poczucie jakiejś wyjątkowości, bo to ich po prostu odróżnia od reszty, dzięki temu mogą się skupić w tak wielkiej wspólnocie jak naród. Wyjątkowy język, chociaż sąsiedzi mają podobne, wyjątkowe momenty historii itp. Ciebie wyróżnia styl ubierania, jesteś przez to bardziej świetna niż inni? Nie masz takiego podejścia przecież, ale nie powiesz mi chyba, że nie lubisz się czuć w tych ciuchach wyjątkowo?

  8. Kończąc mój koszmarnie długi wykład, chciałam Ci tylko powiedzieć, że traktuję osób wyjeżdżających jako „niepolaków” czy coś w tym stylu. Bo taki Polak za granicą może się również krajowi przysłużyć (chociażby będąc miłym, ktoś pomyśli „o, a może jesdnak ci Polacy są całkiem okej?”), a w historii jest masa przykładów na to.

  9. a te wina to jakieś bardziej polecane? gdzie kupujesz? zrobiłabyś wpis jakie wina w UK polecasz? albo ogólnie o alkoholach, choć wina bardziej mnie interesują

    przepraszam, że nie na temat, ale jestem płytką istotą, którą interesują tylko dobra konsumpcyjne

    1. Nie jestem niestety koneserką wina. Chciałabym być i wiem co mi smakuje kiedy to piję, ale na tym kończy się moja wiedza.

      W UK w ogóle jest problem ze słodkimi winami, prawie wszystko jest mniej lub bardziej wytrawne, a po opisach w sklepach niczego nie da się wywnioskować jeśli nie ma się odpowiedniej wiedzy. Polegam niestety na mym mężczyźnie w tym zakresie.

      Mogę natomiast spróbować napisać coś o whisky…

    2. Jeśli chodzi o whisky, to tu nie mam problemów – spróbowałam tych kilku najpopularniejszych i najbardziej lubię to z ptakiem (głuszcem zdaje się), ale problem mam z winami.

      Czy lubisz tylko słodkie wina? Właśnie chciałabym się dać przekonać, że wytrawne też się da pić (a podobno da się z serami), ale na razie mi to nie wychodzi.

      Jeśli miałyby się pojawić jakieś alkoholowe przewodniki by Riennahera, to ja zdecydowanie poproszę z winami, które piłaś i smakowały.

  10. Zaczęłam czytać artykuł Patrycji i bardzo szybko straciłam cierpliwość. Twój przeczytałam do końca i zaskakująco (bo w takich kwestiach naszą polską cechą jest zawzięte dążenie do własnego uczuciowego zdania) zgadzam się w prawie 100%. Prawie, bo zdaje się, że w swojej krytyce jestem bardziej kategoryczna, ale podejrzewam, że po pierwsze życie tu na miejscu może czasami frustrować, a po drugie, gdybyś na jakąkolwiek kwestię związaną z ‚polskością’ wylała wiadro pomyj, narobiłabyś sobie kiepskiego PR-u i prawdopodobnie sporych nieprzyjemności. W każdym razie skłoniło mnie to wszystko to przemyślenia mojego podejścia. Jakkolwiek silnie odczuwam patriotyzm lokalny i czuję się związana z Warszawą, Polaków zasadniczo nie lubię – nie mówię tu o braku sympatii do 40 milionów jednostek, a do zbioru bardziej i mniej stereotypowych cech, jakie naród posiada. Mimo to, nie odważyłabym się wyjechać na stałe, lub może zwyczajnie nie chcę, trudno powiedzieć. Z przyzwyczajeniem wiele się wybacza.

    1. Wyjazd to też nie jest taka łatwa sprawa. Nie wiem czy bym wyjechała gdybym nie była w takim, a nie innym momencie życie.

      Jeśli chodzi o negatywne odczucia co do Polski i ‚polskości’ to zdarzają mi się, najczęściej kiedy czytam wiadomości albo mijam niektórych rodaków na ulicy. Nie wiem czy zawsze warto się nimi dzielić, mam swoje uprzedzenia jak każdy, a na pewno mnie samej też można zarzucić to i owo.

  11. Po przeczytaniu oby wpisow cisnie mi sie na usta jedno slowo: Trociny.
    Ksiazka ta pasuje doskonale do poruszonego tematu i jesli chcielibyscie sie zaglebic w analize polskosci i naszych narodowych ceach to jest to lektura obowiazkowa.

  12. chciałabym się o jedno zapytać, bo jesteś pewnym źródłem.
    czy NVQ są bardzo przydatne w poszukiwaniu pracy w UK?
    warto po emigracji znaleźć jakąś pracę żeby po prostu mieć za co żyć i robić NVQ?
    z góry dzięki za odpowiedź ( :

    1. Nie warto 🙂 Jeśli masz studia magisterskie, to automatycznie jest to ekwiwalent NVQ7. Matura to NVQ4.

      Jedyna styczność jaką kiedykolwiek miałam z NVQ to kiedy pani w urzędzie pracy mnie klasyfikowała, kiedy po studiach aplikowałam na zasiłek.

  13. Kupuję każdy Twój tekst. Pisz, pisz jak najwięcej. Masz taką lekkość pisania, świeżość poglądów no i trafność argumentów, że czytanie twoich wpisów to sama przyjemność.
    ni będę komentować tematu, bo musiałabym napisać to samo co Ty, tylko ja nie zrobiłabym tego tak dobrze 🙂 Pozdrawiam

  14. myślę, że pani Kosiarkiewicz wpisuje się znakomicie w nową, dopiero co powołaną do życia misję portalu natemat – promocję kraju w środowiskach najbardziej skłonnych do emigracji (młodych-zfrustrowanych, mlodych-niedokształconych w zakresie nauk społecznych w kontekście globalnym /to ci, którym wydaje się,że emigracja zazieleni im trawę, poktórej stąpają, że jest „łatwiejsza”/, młodych-poszukujących przygód) oraz wśród Polonii za granicami (chociaż, osobiście niełatwo mi nazywać Polonią ludzi, którzy swoje aktualne waluty wciąż „przeliczają na złotówki”, a wiem że takich jest sporo. moja prywatna teoria na temat różnicy w byciu Polonią vs. Polakiem za granicami kraju jest dość prosta, niemniej wzbudza sporo niechęci a nawet oburzenia, w związku z czym rozwijam ten wątek tylko na wyraźne życzenie rozmówcy ;).

    sama, po wieloletniej emigracji, wracam właśnie z moją anglojęzyczną rodziną do Polski. niestety, nie udało mi się dokonać cudu edukacyjnego w postaci nauczenia mojego 7-letniego syna języka polskiego, będąc jedyną polskojęzyczną osobą w jego otoczeniu przez ogromną część jego krótkiego jeszcze żywota. mój syn pójdzie więc do drugiej klasy w moim rodzinnym Szczecinie wprawdzie czytając płynnie (polska babcia popracowała nad nim trochę w trakcie wakacji), choć nie zawsze rozumiejąc sens tego co czyta. mocno obawiam się również frustracji spowodowanej kompletną nieznajomością pisma odręcznego, z nauczania którego amerykańskie szkoły wycofują się niemal całkowicie (uczniowie piszą „drukowanymi”).

    wracam do Polski nie z tęsknoty a z ciekawości. wracam na trochę, nigdy „na stałe”, bo już wiem (w ostatnich 10 latach mieszkałam na dwóch kontynentach, w trzech różnych krajach, 8 miastach i niezliczonej ilości lokali, które zwykłam nazywać „domem”), że nie chcę zostawać „na zawsze” absolutnie nigdzie. nie ma takiego miejsca na Ziemi, które potrafiłoby zaspokoić wszystkie moje potrzeby i nigdy mnie nie irytować. nawet już takiego miejsca nie szukam, nie jest mi potrzebne, po prostu nadal będę próbować nowości w tej dziedzinie, bez wyznaczania jakichkolwiek ram czasowych (no, chyba że historycznie). na pytanie, czy „wracam na stałe” odpowiadam „na wystarczająco stałe, żeby rozglądać sie za mieszkaniem do wynajęcia, kanapa u rodziców nie wystarczy”.

    bardzo jestem ciekawa Polski, którą zastanę po przylocie, 3-go września. bardzo ciekawi mnie czy będę „tą zaradną” czy raczej „tą zagubioną”. ciekawam czy fakt, że nie siedziałam w miejscu i wielu rzeczy doświadczyłam podczas mojego tułaczego życia pomoże mi czy raczej zaszkodzi w trakcie tej pół-stalej wizyty w kraju mojego pochodzenia. czy specyficzny rodzaj tumiwisizmu, jaki wykształciła we mnie Hameryka okaże się społecznie akceptowalny i czy to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie.

    1. Też jestem ciekawa Twoich doświadczeń w zderzeniu z Polską, może by tak napisać bloga na ten temat?

      Fascynuje mnie bardzo to drukowane pismo w amerykańskich szkołach. Dlaczego uważają to za dobry pomysł?

  15. nie wiem czy rezygnacja z nauki pisania odręcznego (to się kiedyś nazywało kaligrafia i chyba zaczęło umierać kiedy moja mama jeszcze chodziła do szkoły) to zły czy dobry pomysł. to akurat, jak zwykle, okaże się w praniu. myślę jednak, że w czasach kiedy dużo ważniejsze (z praktycznego punktu widzenia, oczywiście) jest posiadanie umiejętności szybkiego stukania w klawisze niż władanie pięknym charakterem pisma odręcznego — nie jest to pomysł zupełnie poroniony. w klasie mojego syna w zeszłym roku 1/3 zajęć szkolnych odbywała się za pośrednictwem interaktywnego oprogramowania, dzięki któremu , np., sprawdzana była znajomość lektur .

    mnie samej obecność/nieobecność pisma odręcznego w programie nauczania w zasadzie dynda. mam 35 lat i sama nigdy nie nauczyłam sie porządnie pisać. odkąd natomiast nauczyłam się sprawnie stukać w klawisze ( jakieś 10-12 lat temu) charakter mojego pisma tak się zdeformował, że zupełnie naseryjnie obawiam sie robić jakiekolwiek odręczne notatki, bo wiem, że około 50% nie będe w stanie sama odczytać następnego dnia. w pracy otrzymałam surowy zakaz zostawiania odręcznych notatek dla współpracowników, to o czymś świadczy. jednocześnie wcale nie czuję, że jakaś część piękna tego świata umyka mi w związku tym. niemniej, syna będę musiała w imieniu polskiego szkolnictwa przymusić do zdobycia choćby umiejętności odczytywania pisma odręcznego, bo na razie są to zupełnie nieznane mu znaki.

  16. Mieszkałam w UK i co mi się najbardziej podoba w Brytyjczykach to to, że są uprzejmi na co dzień ( irytuje mnie w Polsce, kiedy ktoś kupuje np. bilet u kierowcy w tramwaju słowami: „jeden normalny”. a czy tak trudno powiedzieć dzień dobry, jeden normalny poproszę”?), ich humor i pogoda ducha, mimo, że pada tam przez większość część roku, ale przede wszystkim podoba mi się ich duma narodowa. Brytyjczycy są dumni, że są Brytyjczykami, Polacy dumni z bycia Polakami moim zdaniem nie są. Jesteśmy dumni z naszej historii, tradycji, kuchni, ale z Polski jako „produktu” nie jesteśmy dumni. Ręka do góry, kto choć raz wstydził się przyznać, że jest z Polski… Moja w górze. Kocham Polskę, mieszkam tu, ale politycy, Urzędy Skarbowe i różne takie trochę mi to mieszkanie uprzykrzają.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry