Riennahera

Riennahera

Zwierz, jednorożce i kwestie motywacji

Coraz rzadziej mam tak, że czytam na blogu tekst, z którym nie zgadzam się tak bardzo, że aż muszę napisać odpowiedź. Jeszcze rzadziej zdarza się, że autorem tego tekstu jest osoba mi znajoma i bliska sercu. Dzisiaj jednak emocje mną szargają. Kulturalna polemika z kulturalnymi osobami to wielka przyjemność, więc piszę.

Mój wpis radzę zacząć od przeczytania tekstu Zwierza Popkulturalnego pod tytułem „Jednorożce i tęcze czyli najmniej motywujący wpis w Internecie”.

W jakiś tam sposób czuję się wywołana do tablicy, bo o motywacji, marzeniach i pokonywaniu samej siebie piszę dość często. I choćbym próbowała nie uśmiechnąć się krzywo czytając „ilekroć zwierz czyta ten wpis o tym jak należy zawsze niezależnie od okoliczności podążać za marzeniami wie, że albo kłamie albo stara się wam coś sprzedać”, tak nie daję rady. Ty cyniczny Zwierzu, Ty. Próbuję Ci, kochany Czytelniku, sprzedać farelkę sterowaną aplikacją z komórki, link pod wpisem.

Zmiana nastawienia życiowego z udręczonego niedocenionego geniusza na osobę, która ciężko pracuje nad swoimi sukcesami to jeden z ważniejszych momentów w moim życiu. Uważam też, że ci udręczeni geniusze potrzebują przede wszystkim motywacji, a nie utwierdzania ich w udręczeniu. Owszem, jeśli nie jesteś tym kim chciałeś być w życiu, to niekoniecznie Twoja wina. Może Twoja też, a może wcale nie. Sęk w tym, że istotna nie jest tu wina, ale fakt, że nie jesteś tym kim chcesz.

niekonczaca sie opowiesc3

Świat ma to do sobie, że mimo wtłaczania nam do głowy pięknych baśni i górnolotnych idei tak naprawdę wpycha nas w ramy człowieka przeciętnego. Zachowuj się, nie wychodź przed szereg, nie marnuj czasu na głupoty, najpierw lekcje, potem Twoje hobby. Świat kocha przeciętność. Przeciętność jest łatwa do kontrolowania i do targetowania produktami. Dużo więcej osób będzie Cię w życiu zniechęcać do bycia tym kim chcesz niż w tym wspierać. Największym zaś wrogiem, wykarmionym tym podejściem do życia, jesteś sobie sam.

Mały przykład z życia. Podczas treningu negocjacji w pracy mieliśmy scenariusz, w którym jedna osoba chce coś sprzedać, a druga kupić. Jedna potrzebuje szybko pieniędzy, druga na gwałt musi mieć sprzęt, bo straci kontrakt i cena tego sprzętu nie gra roli. Jest w stanie wydać 200 tysięcy funtów. Wartość nowego na rynku to jakieś 100 tysięcy, z dostawą za kilka tygodni. Żaden z negocjatorów nie dostał więcej niż 90 tysięcy. Dlaczego? Bo nawet do głowy nam nie przyszło, żeby chcieć więcej.

Może będziesz zawsze wspomnianym przez Zwierza kamerdynerem na scenie, ale nie będziesz nawet nim jeśli nie spróbujesz. Uważam, że odpuszczanie jest jedynym czego należy żałować i czego można się wstydzić. To nie jest tak, że wszystko ma wyjść i należy próbować aż do skutku. Ale odpuszczanie jest łatwe. Chwilami jest bardziej atrakcyjne. W końcu, odpuszczanie jest też zaraźliwe. Tak jak zaraźliwe jest jedzenie słodyczy. Jeśli nie jesz ich w ogóle, nie jest sztuką odmówić sobie ich po raz kolejny. Jestem właśnie po pięciu dniach bez cukierków, czipsów i czekolady i w ogóle ich nie potrzebuję. Pierwszego dnia umierałam.

niekończaca sie opowiesc1

Zwierz pisze, że wiele osiągnęła nic nie robiąc. Tyle, że zwierz od wielu lat prawie codziennie publikuje na blogu. Pogłębia swoją wiedzę. Wciąż czyta, ogląda, jeździ, wygłasza i pisze, pisze, pisze. To nie jest nic. Zwierz uważa, że była uprzywilejowana. Do pewnego stopnia tak. Ale również nie przestaje robić swojego. Dla mnie osobiście jest ewidentnym dowodem na to, że wysiłek włożony w to co się robi popłaca. Podobnie jak moje własne blogowe statystyki kiedy publikuję co dwa dni w przeciwieństwie do publikowania raz na tydzień.

Zwierz porusza kwestię przymusu do posiadania marzenia. Że rzeczywistość terroryzuje nas, byśmy je mieli i by były wielkie. Jestem introwertyczką z głową w chmurach i mnóstwem marzeń, więc nie potrafię zrozumieć stanu, w którym nie chce się niczego więcej. Mam trudności z uwierzeniem, że są ludzie bez marzeń. Chociaż może są. Tak okrutnie pobici i zmaltretowani przez los i innych ludzi, że nie mają śmiałości chcieć niczego niż więcej niż przetrwania kolejnego dnia czy nawet śmierci. Ale ci ludzie są ofiarami okrucieństwa, a nie osobami, które czytają blogi. Brak marzeń to wielka tragedia. Jestem wielką fanką tego dialogu z Niekończącej się Opowieści.

– Dlaczego Fantazja umiera?
– Bo ludzie zaczęli tracić nadzieję i zapominać o swoich marzeniach. Więc nicość rośnie w siłę.
– Czym jest nicość?
– Pustką, która pozostaje. Jest niczym rozpacz niszcząca ten świat. A ja staram się jej pomóc.
– Ale dlaczego ?
– Ponieważ tych co stracili nadzieję łatwo jest kontrolować. Ten kto zdobędzie kontrolę, zdobędzie i władzę.
– Kim tak naprawdę jesteś?
– Jestem sługą potęgi kryjącej się za nicością. Zostałem wysłany aby zabić jedyną osobę, która mogłaby powstrzymać nicość. Zgubiłem go na Bagnach Smutku. Na imię miał Atreyu.
– Jeśli I tak zginiemy, wolę umrzeć w walce. Chodź po mnie G’mork, to ja jestem Atreyu!

niekonczaca sie opowiesc4

Marzenie to nie musi być tylko kariera estradowa, Hollywood, Wall Street albo Nobel. Chociaż niech i będzie, czemu nie. Jeśli prosisz o dużo, więcej dostaniesz. Ale mówmy może o czymś mniejszym. Są osoby, które marzą o wielkim domu pełnym dzieci. Inne po prostu o domu. Są osoby, które marzą o własnej firmie. Albo o tym, żeby nigdy nie być głodnym. Powrót do domu do żony i kota sam w sobie też może być marzeniem. Nie każdemu z miejsca dana jest żona i kot. Uważam, że nie ma niczego złego w niegodzeniu się na zastaną rzeczywistość. Wręcz przeciwnie, godzenie się na nią uważam za szkodliwe. Rzeczywistość większości osób nie jest czymś specjalnie wartym godzenia się. Większość marzeń owszem, nigdy się nie spełni. Ale właśnie ze względy na wszelkie trudności, nierówności i to jaki podły jest świat powinniśmy raczej walczyć i dążyć do zmian niż usprawiedliwiać odpuszczanie sobie.
Piszę to wszystko z perspektywy osoby, która miała w życiu co prawda łatwiej niż wielu, ale też ciężej niż wielu innych. Osoby, która była sfrustrowana, nieszczęśliwa, cierpiała na depresję i przez pewien czas czuła, że świat ją krzywdzi. Że jest taka wspaniała i należy się jej. Zazdrościłam sukcesów i czemu temu czy tamtemu się udaje, a mi nie? Nie wierzyłam w żadne tam motywacje i pozytywne myślenie, bo przecież jeśli bardzo chcę zmienić swoje życie, a ono się nie zmienia, to znaczy, że się nie da. Znam absolutnie wszystkie te odczucia. I wiem jak odmienia się samopoczucie, perspektywy i chęć życia, kiedy przeskoczy się to nastawienie. Nie wierzę w hurraoptymistycznych coachów wołających, że jestem zwycięzcą. Wierzę jednak w trening negocjacji, który miałam w pracy. Jeśli chcę więcej i pozwolę sobie nad tym pracować, to dostanę więcej.

Oprócz bycia żoną Thranduila, posiadania bardzo popularnego bloga, wydania książki, życia w pięknym wielkim i własnym mieszkaniu w Londynie i Paryżu mam też kilka jeszcze bardziej błahych marzeń. Chciałabym jeździć na rowerze i chodzić na lekcje baletu. Chciałabym być uczciwym obywatelem, który nikogo nie oszukuje, przestrzega prawa i płaci podatki. Chciałabym nigdy nikogo nie zabić, umyślnie lub nieumyślnie. Chciałabym adoptować porzucone dziecko. Na pewno nie uda mi się osiągnąć wszystkiego (nie jest łatwo nie zabijać…), ale im więcej chcę, tym więcej muszę robić.

129617c10588c01bc5fca781ea96d29c

Pisząc ten tekst siedzę pod kocem, za oknem pada i robi się coraz ciemniej. Podejmuję jakiś wysiłek, poświęcam minuty mojego życia na pisanie, na bloga, na czytanie tekstów innych. Mogłabym oglądać cały dzień telewizję albo siedzieć w pubie. Co czasem też robię dla zachowania balansu i pogody ducha, ale często też rezygnuję i wracam do pracy nad swoimi projektami. Ta rezygnacja połączona z aktywnością, którą lubię, jest…przyjemna. Wkładanie w coś wysiłku bo chcesz, a nie musisz dla wyżywienia rodziny, przez większość czasu jest miłe. Jeszcze milsze jak to coś zaczyna wychodzić.

Przy tym wszystkim nie wierzę w ten mit biednej głodnej rodziny, która wszystkim staje na drodze do sukcesu. Spośród wszystkich osób, które znam, naprawdę niewiele zrezygnowało ze swych ambitnych planów ze względu na dobro bliskich. Znacznie więcej odpuściło, bało się, wolało narzekać. W końcu Paul McCartney, Johnny Cash, Dawid Bowie czy Bono doszli na szczyt będąc ojcami małych dzieci. To tylko pierwszych kilka osób, które przyszły mi do głowy. Da się. Oczywiście nie jest łatwo i różnie z rodzinami bywa. Trzeba podejmować pewne wybory. Ale to już temat na zupełnie inne rozważania.

Na końcu Niekończącej się opowieści Fantazja ma się odrodzić z marzeń Bastiana. Im będzie miał ich więcej, tym odrodzi się wspanialsza. Za każdym razem wybieram bycie marzącym Bastianem albo motywującą go Cesarzową, niż wspierającym Nicość Gmorkiem. A na początku zawsze jest ciemno.

PS Oczywiście żart o sprzedaży farelki sterowanej dzięki aplikacji na telefon był tylko przaśnym żartem. Dopóki oczywiście nie zgłosi się jakiś producent, to wtedy wstawię odpowiednie linkusie i wystawię fakturkę.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

76 thoughts on “Zwierz, jednorożce i kwestie motywacji”

  1. Jestem wciąż na etapie przeskakiwania tego nastawienia. To znaczy, już ciężko pracuję nad pewnymi marzeniami, ale wciąż jeszcze mam momenty, gdy myślę, że się nie da.
    A zaraz potem wracam do pracy 🙂

  2. podpisuję się rękami i nogami pod tym co napisałaś! wychodzę właśnie z pustki i widzę, ile – wbrew temu co pisze Zwierz – zależy właśnie ode mnie i to jest najlepsza świadomość na świecie.

  3. Super tekst 🙂 Marzenia są ważne, choćby to było nawet „przeczytać książkę X”. A „Niekończąca się opowieść” była kiedyś moją ulubioną książką (i filmem, i piosenką) <3

        1. Jasne, doskonale to rozumiem! Ja też Zwierza czytuję od dawna (namiętnie i z przyjemnością), ale tym razem nie mogłam się z nim zgodzić. I jestem po prostu ogromnie wdzięczna za tę odpowiedź, bo świetnie wyraża to, co sama myślę 😉

  4. Tekst u Zwierza wydał mi się jakiś dziwny, niespójny, pisany na siłę i przede wszystkim okropnie dwuwymiarowy. Gdy go czytałam, pomyślałam coś podobnego do Ciebie – przecież można marzyć o kocie i domu. Mówiąc szczerze, czytając ten tekst, zastanawiałam się, skąd wzięło się u autorki podobne podejście (mam na myśli Zwierza) – i być może chodzi o to, że wbrew temu, co inni uważaliby za oczywisty sukces, Zwierz tak nie uważa. Być może inaczej definiuje marzenie. Ja jednak zgadzam się z Tobą i na koniec nieśmiale trochę zastanawiam się, czy nie jestem nudnym człowiekiem, chcąc mieć własny kąt, czytać dobre książki i być w szczęśliwym związku…:)

      1. A ja się w tekście Zwierza w ogóle nie mieszczę, bo po tym, jak życie nauczyło mnie, że nie nadaję się do bycia (metaforycznie) oscarową gwiazdą, marzę o tym, by być tym taksówkarzem numer cztery, sprzedawcą nr dwa i pilotem numer jeden. Bo to wciąż TA BRANŻA i TEN ZAWÓD. Tak więc nadal mam marzenia, nawet te same, tylko bardziej adekwatne do realiów.

  5. Ja chyba inaczej odebrałam post Zwierza. Nie jako demotywację, ale jako realne ocenianie swoich możliwości. Talent to coś, co się zdarza nielicznym, to fakt. Ale też można go mieć i nic z tego człowiekowi nie przyjdzie, bo nie ma nikogo wokół, kto by go docenił. Po prostu nie trafił się w czasy lub w target (wielu genialnych kompozytorów czy malarzy żyło w nędzy, doceniono ich wieki później, sławny przykład). Spełnianie marzeń – coś w tym jest, że część ludzi nie marzy o tym, o czym chce, ale o tym, co każe mu społeczeństwo lub media. Spełnia je i… czuje pustkę, okazuje się, że to mu nic nie dało. A przecież po spełnieniu marzeń powinien być taki szczęśliwy. E e, to tak nie działa.

    Marzenia były latami moim przekleństwem. Tak dużo marzeń, tak żadnej możliwości do ich realizacji (praktycznie całe dzieciństwo i spora część młodości). To były marzenia całkowicie nierealne i co gorsza w stu procentach niezależne od tego czy się starałam, czy nie. Zależały od innych ludzi, na których nie miałam wpływu (rodzice, sympatia, obcy ludzie na ulicy). To było powodem upiornej frustracji. Z czasem się ogarnęłam i zaczęłam marzyć o prostych, osiągalnych rzeczach. Tak jest milej i zdecydowanie człowiek czuje się szczęśliwszy. Przy czym tu muszę dodać, że tak, moi najbliżsi zdecydowanie zafundowali mi zły start w życie i są w sporej części odpowiedzialni za to, że zamiast być dzieckiem i nastolatką musiałam myśleć i czuć jak osoba dorosła. Ja po prostu nie miałam dzieciństwa. Posiadanie zwykłej mamy i taty było i jest jednym z moich niespełnionych marzeń. Ech, nieważne, bo znów zacznę płakać.

  6. Dobrze powiedziane. Nie chodzi też o to, ile osiągniesz, a ile Ci się nie uda, ale właśnie o to, jakie masz do tego podejście, rozróżnianie co zależy od nas, a co nie, i aby nie mylić jednego z drugim

  7. Czytałam tekst Zwierza i o wiele bliższe jest mi Twoje spojrzenie. Ale ja jestem marzycielką, czasami nawet nie umiem ocenić swoich możliwości i według wielu za dużo bym chciała jak na siebie. Gdy zaczynam wierzyć tym okropnym ludziom to przypominam sobie historię tych, z których nic miało nie być, a jednak stali się wielcy. I wierzę, że ja też mogę. Również miałam kiedyś całkowite załamanie, którego niektóre skutki odczuwam do dziś, ale się podniosłam, bo kurczę jeśli mam marzenie to chcę je zrealizować, nawet jakby mi to zajęło 10 lat i wymagało więcej poświęceń, niż się wydaje.
    No i przypomniałaś mi Niekończącą się Opowieść, muszę posłuchać z niej soundtracka, natychmiast! 🙂

  8. Nie wypowiadam się tutaj za często, albo nawet wcale, ale Twój wpis skłonił mnie do wypowiedzenia się właśnie dzisiaj, teraz. Niestety uważam, że mój wysiłek włożony w pracę, we wszystko, co chciałam osiągnąć się nie opłacił ani trochę, zawsze staram się być najlepsza, najdokładniejsza, najlepiej przygotowana, dająca z siebie wszystko i zawsze chętna do uczenia się nowych rzeczy i niestety nic mi z tego nie przychodzi prócz jakiejś tam głupiej słownej pochwały ze strony szefostwa, albo oferowania mi wzięcia więcej obowiązków na ich zasadach, ale ja mam z tego tylko tyle, że mam grać w ich grę dając jeszcze więcej, a sama z tego mieć tylko bardzo mglistą wizję awansu (w jakiejś odległej nieokreślonej przyszłości), na który może kiedyś mi pozwolą, bo teraz jestem nie dość dobra, żeby zostać supervisorem. I to jest dołujące i frustrujące, to mnie sprowadza do parteru, że inni oceniają mnie dużo niżej, niż wiem, że potrafię. Czuję, jak podcinają mi skrzydła. Niestety znalezienie nowej pracy, która byłaby na cały etat nie jest w moim przypadku takie łatwe, bo chociaż skończyłam studia, to nie skończyłam ODPOWIEDNIEGO kierunku, gdyż mając 19 lat byłam chyba jeszcze za głupia, żeby decydować o własnym życiu i wymyślić „na już”, co chcę w przyszłości robić. Teraz wybrałabym coś innego, ale już za późno i środki finansowe na to nie pozwalają. Moja konkluzja jest taka, że po wielu latach ciężkiej pracy bez żadnych rezultatów człowiek powoli przestaje wierzyć, że ciężka praca popłaca, kiedy się nie widzi żadnej nagrody za to, co się robi.

      1. Szukam innej pracy, mam nadzieję, że za jakiś czas uda mi się coś zmienić. Sama wiem, że to nie jest miejsce dla mnie, jednak nie mogę tak po prostu odejść z pracy nie mając innej, bo muszę się z czegoś utrzymać.

    1. Na moich studiach było dużo osób około czterdziestki i pięćdziesiątki. Ty wyglądasz mi na mniej.
      Przemyśl, jak realnie możesz się przekwalifikować i zrób to (z głową!), bo tę pracę, którą masz teraz, i tak kiedyś stracisz. Obecnie nie pracuje się do emerytury na tym samym stanowisku, a zniechęceni i wypaleni pracownicy (to Ty teraz lub za najdalej dwa lata) są pierwsi do odstrzału. Jeśli zaś zaczniesz powoli się przekwalifikowywać (choćby i po godzinach), to da Ci to zapał i poczucie sensu, tak że będzie Ci łatwiej wytrzymać w obecnej robocie.
      Co jest Twoim celem, to znaczy co by nim było, gdybyś wierzyła, że się uda? W kierunku jakiej pracy chcesz dążyć?

      1. Dziękuję za rady. Pewnie mogę się przekwalifikować, niestety pracując w miejscu, gdzie pracuję zarabiam najniższą krajową i nie mam z kapelusza 1000 funtów na kurs, nie mogę sobie też pozwolić na wzięcie kredytu na studia. Nawet nie o to chodzi, że czuję się wypalona, tylko zmęczona wiecznym czekaniem na „nagrodę” za swój trud i za to, co w tą pracę wkładam, bo wciąż wkładam w nią wiele. Przykro mi jest po prostu, że to jest zawsze niezauważone. Już pomijam fakt, że moja praca nie daje mi satysfakcji, bo odnoszę wrażenie, że nie ma w niej już nic nowego, czego mogłabym się nauczyć, nie stawia przede mną żadnych wyzwań, nie rozwija mnie w żaden sposób.
        Kiedyś sobie pomyślałam, że skoro lubię kosmetyki i mam szeroką wiedzę na ten temat, to mogłabym zostać kosmetyczką, ale ja bardziej się nadaję do rozmawiania o tym, doradzania, pokazywania, niż robienia zabiegów z użyciem na przykład lasera, czy wyrywania brwi. Jak miałam trochę ponad 20 lat to chciałam być lekarzem, niestety finanse nie pozwoliły, także teraz trochę za późno. Gdybym teraz mogła coś zrobić, to poszłabym na coś związanego z liczeniem – księgowość, rachunkowość, finanse, albo jakieś statystyki, bo liczenie, podliczanie tabelek, cyferek i procentów sprawia mi ogromną przyjemność, o ile właśnie mówimy o pracy związanej z przyjemnością. I jest jeszcze jedno – brakuje mi bycia liderem zespołu. Byłam nim w poprzedniej pracy i wiem, że to jest coś, do czego dążę, dlatego ważna jest dla mnie możliwość pięcia się w górę, możliwość rozwoju, uczenia się nowych rzeczy.

        1. Z kapelusza nie masz 1000 funtów, ale odkładając co miesiąc za rok możesz mieć. Jeśli byłaś liderem zespołu z pewnością możesz znaleźć jakąkolwiek inną pracę, która pozwoli Ci zarabiać więcej niż najniższą krajową.
          Doskonale wiem, że to się wydaje nieosiągalne, bo byłam w takim punkcie kilka lat temu. A potem zmieniłam sposób szukania pracy i w ciągu dwóch tygodni miałam nowy kontrakt.

          1. Zamiast wysyłaś aplikacje i CV, które nic nie dają, zgłosiłam się do agencji rekrutacyjnej specjalizującej się w konkretnym kierunku, a znalazłam ją na twitterze.

        2. Nigdy nie jest za pozno. Mam 44 lata, 10 lat temu zaczelam kompletnie nowe zycie w Irlandii (choc nie wyjechalam tam z powodow finansowych) Teraz mam swietna, satysfakcjonujca i dobrze platna prace, a to dopiero poczatek! I nie skonczylam zadnych studiow.

          1. Ja wyjechałam z nadzieją na lepszą przyszłość, na lepsze zarobki, na godziwe życie za uczciwą i dobrze wykonywaną pracę. Teraz, po 4 latach moja nadzieja już prawie całkiem zniknęła i zastanawiam się, czy lepiej nie wrócić do Polski, bo jak być biednym tu, czy tam, to ja wolę tam – z moją rodziną.
            Gratuluję, że masz taką świetną pracę, mam nadzieję, że wszystkie Twoje plany pójdą tak, jak sobie założyłaś 🙂

          2. Nigdy się nie poddałam, tylko nie widzę już za bardzo sensu siedzenia w obcym kraju, kiedy nic dobrego mnie w nim nie spotyka. Nie mam dobrej pracy, ani pieniędzy, a moja rodzina jest setki kilometrów stąd, tracę nadzieję na lepsze jutro tutaj, bo po takim czasie starań człowiek oczekuje już rezultatu, a ja wciąż go nie widzę i takie życie, jak teraz nie rekompensuje mi rozłąki z rodziną i z Polską.

          3. Odsylam do ksiazek o pozytywnym mysleniu. Przekonanie: nie mam dobrej pracy, nie mam pieniedzy – powoduje to wlasnie ze nie masz dobrej pracy ani pieniedzy. Zmien myslenie a zmieni sie Twoje zycie.

  9. Wydaje mi sie ze Zwierz miał na myśli coś w ten desen: http://markmanson.net/being-average
    Nie chodzi o to, żeby nie marzyć i się nie rozwijać. Zawsze należy wybierać najlepszą możliwą opcje. Chodzi o to, by nie mieć wyrzutów sumienia gdy nie jest się tym, co media nazywają człowiekiem sukcesu. Szczęśliwym można być też będąc zwykłym Kowalskim. Problem w tym, ze inni ludzie/media często nam wmawiają co powinno być naszym marzeniem, a to jest przeciez rzecz którą trzeba rozkminić samemu.

    1. Ale przeciez czlowiek sukcesu to nie tylko Meryl Streep czy tworcafejsbuka, dla „przecietnego” Kowalskiego sukcesem moze byc super dom, rodzina, dzieci, spokojna, dobra praca. Dlaczego sukces kojarzy sie zawsze z czyms spektakularnym 🙂

  10. Bardzo dobry tekst! „Zmiana nastawienia życiowego z udręczonego niedocenionego geniusza na osobę, która ciężko pracuje nad swoimi sukcesami to jeden z ważniejszych momentów w moim życiu.” – dokładnie! Może nawet nie moment, bo ciągle pracuję nad swoim własnym etosem pracy, celowej pracy, pracy na rzecz marzeń właśnie, złożonych i prostych, małych i dużych. A im bardziej „rzeczywistość” wydaje się przeszkadzać, tym ciekawszą ewolucję przechodzą moje marzenia, tym bardziej staja się „misiem na miarę moich możliwości”. Nie podoba mi się traktowanie marzeń (a sama tak kiedyś robiłam) jak swojego rodzaju monolitów, zamkniętych całości, celów ostatecznych, do których trzeba „doskoczyć”, najpewniej nad przepaścią z wygłodniałymi krokodylami. Droga do marzenia powinna być spełnieniem marzenia, ale trzeba się w nią wybrać i do tego potrzebna jest motywacja – żeby nie wyobrażać sobie tylko bóg wie czego u kresu (dnia? życia?) ale każdy zwykły dzień prowadzący do spełniania bardzo plastycznych marzeń. Kiedyś myślałam za dużo o efektach końcowych marzeń, a bywało, że zapętlałam się bardzo na drodze donikąd – jak zawsze prawda jest po środku. Pozdrawiam!

    1. Tak, to proces. I marzenia się zmieniają. Kiedyś chciałam pracować w produkcji telewizyjnej. Teraz wiem, że ta praca by mnie bardzo unieszczęśliwiała, bo godziny są okropne, płace niskie, kontrakty niepewne i nie wiem czy kiedykolwiek doszłabym do reżyserowania. Pewnie nie. Ale pojawiło się dziesięć innych pomysłów. Ciągle szukam.

  11. Kurcze, zgadzam się i z Tobą i ze Zwierzem. Bo tekst Zwierza odebrałam jako krytykę tekstów, które wciskają nam, że jak chcesz być znaną aktorką na Meryl Streep, to będziesz, musisz tylko wszystko rzucić, ciężko pracować i Ci się uda. A przecież marzenia, marzeniami, ale mało jest na świecie ludzi na tyle zdolnych, by kiedyś móc powtórzyć to co ona wyprawia przez tyle lat.
    Z drugiej strony, ciągle przystaję za tym, że do marzeń, nie trzeba wszystkiego rzucać. Nie trzeba rzucać pracy, nie trzeba rzucać rodziny itd, zawsze jest jakieś inne rozwiązanie. Zawsze można to lepiej, czy gorzej połączyć. Przykładowo, rozmawiam z wieloma osobami, które swojej pracy nie lubią – z różnych względów, czy to finansowych, czy po prostu robią to czego nie lubią. Ale nie zmieniają jej, bo „jak odejdę i niczego innego nie znajdę, to co będzie? nie mogę sobie na to pozwolić”. Gdy mówię im, że przecież nie musisz odchodzić w ciemno, możesz teraz pracować tak gdzie jesteś i równocześnie szukać innego miejsca, to znajdują tysiące powodów, żeby tego nie zrobić.
    Powtórzę się z tym co pisałam u Zwierza, ale teksty motywacyjne to, dla mnie osobiście, przypomnienie, by nie przepaścić życia, nie poddać się trudnościom, jakie spotkam po drodze.
    Dlatego myślę, że jestem gdzieś pomiędzy Zwierzowym, realistycznym podejściem (mam marzenia o które wiem, że nie warto walczyć, bo są poza moim zasięgiem) i twoim, bo jednak są rzeczy, w które chce wsadzić trochę wysiłku.

    1. Tak, to jest to! Osoby, które marudzą jak im źle prawie nigdy nie ruszają się z miejsca, żeby było im lepiej. Nie dlatego, że mają przeszkody, tylko dlatego, że tak wygodniej.

  12. Czytając tekst Zwierza (mimo, że zrozumiałam co autorka chciała nim przekazać) zaczęłam się zastanawiać, czy w takim razie ze mną coś jest nie tak, że to moje marzenia dają mi siłę i pozwalają mi zmieniać się i brnąć do przodu? Jednocześnie lubię też swoją codzienność i jej zwyczajność, jednak tak realistyczne podejście Zwierza sprawiło, że poczułam się skonsternowana. Dziękuję więc Ci za tę polemikę, nie czuję się już samotna z moim stosunkiem do tej sprawy 🙂
    PS. Też nie cierpię hurraoptymistycznych coachów!!

    1. Też czerpię siłę z dążenia do moich celów. Ale nie zawsze tak było. Wyobrażam sobie, że pięć lat temu tekst Zwierza byłby miodem na moje obolałe serce.

      1. Dlatego myślę, że tekst Zwierza i Twoja odpowiedź podjęły wspólnie niesamowicie ciekawą i bardzo potrzebną dyskusję w temacie. W ten sposób każdy może znaleźć coś dla siebie 🙂

  13. To to ja też się odezwę, bo oba teksty nie są mi obojętne. Czytając
    Zwierza miałam miejscami poczucie, że pisze jakby trochę o mnie.
    Marzenie – było, plany – tak jest, pilna praca nad nimi – jak
    najbardziej, ba – nawet coaching nie jest mi obcy. No i nagle bach,
    trach, brzdęk – choroba bliskiej osoby, moje kłopoty zdrowotne i właśnie
    minął sobie rok, który rozłożył mnie na łopatki. Dobre decyzje
    przyniosły zgniłe owoce, a moje zaległości okazały się tak duże, że już
    mi się tych moich marzeń i planów zrealizować nie uda. Farewell
    ,marzenia, farewell! Tak więc będąc sobie od jakiegoś czasu w tym
    miejscu uważam, że Riennahera ma rację, tak się po prostu nie da, a może
    raczej – tak żyć po prostu nie warto. Może trzeba sobie trochę w tym
    miejscu pobyć, by to nie tylko zrozumieć, ale i jakoś tak na wskroś
    odczuć. Myślę sobie, że życie bez motywacji, bez jakiejś próby
    samorealizacji może w nas pozostawiać poczucie braku sensu, a bez sensu
    żyje się trudno (kto przybije ze mną piątkę psychologom
    egzystencjalnym?). Idąc dalej egzystencjalnym tropem, myślałabym też
    sobie jeszcze, że te marzenia może warto czasem sobie definiować z uwagi
    na wartości, które przez nie chcemy zrealizować. Bo, mimo wszystko,
    zgadzam się też z tym, że czasem wbrew naszym próbom, odwadze i pracy,
    marzenia zdefiniowane przedmiotowo (jak mój dom nad morzem) czy nawet w
    jakikolwiek inny bardzo konkretny sposób (studia, Oxford) po prostu się
    nie spełnią. Tyle czy naprawdę lepiej było nie marzyć? Może, tak trochę
    coachingowo, warto sobie wtedy zadać pytanie – po co nam to było, co
    było w tym marzeniu takie ważne i starać się dotrzeć do tej wartości,
    która nas ku temu marzeniu wiodła, którą chcieliśmy sobie przez nie
    zrealizować. Nie dla wszystkich, ale dla wielu z nas na szczycie będzie
    np. szczęście, a w marzeniu o nim i planowaniu (a potem zmienianiu tych
    planów, uaktualnianiu, podnoszeniu się z kolan i działaniu) jest,
    oczywiście moim zdaniem, głęboki sens.

  14. U Zwierza napisałam, że marzenia można mieć, a można ich nie mieć – w życiu spróbować trzeba wszystkiego. Ale kurczę, bez marzeń to tak sucho, może i niektórzy się w tym odnajdują, ale jak się już postanowi je mieć to jest coraz fajniej i fajniej i mimo porażek i frustracji i wszelakich uniesień ostatecznie jednak ten układ nam pasuje. Bo coś się dzieje, bo o czymś myślimy. Ale jeśli ktoś nie chce, to nie musi – czasem trzeba odpuścić, choćby po to żeby zobaczyć, jak to jest.

  15. A prawda pewnie jak zwykle gdzieś po środku 😉 Całym sercem jestem za posiadaniem marzeń, ale już ze wspominanym przez Zwierza „stawianiem marzeń w centrum swojego życia” byłabym ostrożna. Bo czasem nawet spełnione marzenie nie jest tak spektakularne, jak myśleliśmy i niefajnie wtedy zostać z niczym. No i ja jednak uważam, że czasem trzeba sobie odpuścić, żeby spełnianie marzenia nie zmieniło się w jakiś przykry obowiązek, do którego dążymy tylko z przyzwyczajenia czy bo nie wypada zrezygnować. Bo właśnie, łatwo jest też pomylić marzenie z presją społeczną (często nawet tylko wyimaginowaną). Nie wiem, jakoś ciężko mi poskładać sensownie myśli na ten temat, stąd sporo tu chaosu i pewnie banału, ale nie mogłam się oprzeć, żeby dorzucić swoje 3 grosze 😉 Dzięki Wam obu za te teksty i dużo materiału do przemyśleń!

  16. Podobnie jak wielu komentujących, i ja czuję się rozdarta.
    Marzenia to coś z czym trochę nie wiem jak się obchodzić. Albo inaczej – nie wiem, czy można tak po prostu wrzucać wszystkie marzenia do jednego worka i traktować je jednakowo.
    Bo o ile łatwo jest zrealizować marzenie takie jak ciepłe kakałko po powrocie do domu po długim dniu w miejskiej dżungli, tak realizacja pragnienia zostania malarką krajobrazów afrykańskich jest już trochę trudniejsza.
    I pytanie, czy w takim przypadku można stwierdzić, że fakt ze ta osoba sobie „odpuści”, jest godny potępienia.
    Bo kluczowe jest tutaj ryzyko, jakie należałoby podjąć, aby do spełnienia doszło.
    Bo jasne, może komuś takie pójście na całość się opłaci, sprzeda on co posiada i pofrunie do tej Afryki, namaluje pierdyliard krajobrazów, mission complete, ale pieniądze się skończyły i trzeba coś z tym zrobić, wrócić do rutyny z dorobkiem artystycznym, ale i z rozgoryczeniem spowodowanym niedocenieniem.
    Z drugiej strony, marzenie samo w sobie z pewnością nie jest czymś, co powinno się w sobie dusić.
    Ja sama oczywiście marzę i to dużo, po prostu czasem wizja limitów i ograniczeń stojących na przeszkodzie jest przytłaczająca i zaczyna się człowiek zastanawiać, czy aby nie ma trochę parcia na szkło.
    Nie wiem, jak będzie z moimi marzeniami, ale mam nadzieję, że przynajmniej w jakimś stopniu się spełnią. A jeśli nie, to że znajdę moje małe szczęście w czymś innym, całkiem niespodziewanie.
    Chyba najważniejsze, żeby po prostu te marzenia mieć.
    Smutno byłoby dać się pochłonąć tej Pustce.

  17. Doskonała polemika. Mną aż zatrzęsło jak przeczytałem tekst Zwierza, dlatego cieszę się, że napisałaś co napisałaś. To było genialne.
    Oświadczam Ci miłość za ten tekst.

    Wyjdziesz za mnie?

  18. Dzięki za ten wpis!
    podepnę kilka moich przemyśleń
    po pierwsze marzenie to również „praca jako handyman w szkockiej posiadłości” – nic wielkiego – ale to co daje mi radość życia – a to dla Mnie jest Wielkie!
    po drugie większość (99.99%) ludzi którzy narzekają i pomstują albo nic nie robią mają marzenia – inaczej nie oglądali by godzinami telewizji – brakuje im tylko jednej cechy – jak to powiedział Adam Słodowy – Zrób To Sam – jak nie ruszysz dupy i nie zaczniesz, nigdzie nie dojdziesz…
    po trzecie w Polsce utarło się takie nastawienie w tematach samorozwoju – Huraa Jupii Jesteś Wielki, idź na szczyt, bądź nr1 i zacznij wszystko od zaraz, już natychmiast śpiesz się – rzuć wszystko i zacznij od nowa…
    Tutaj gościu mi opowiedział o swoim celu i wielkim marzeniu – chce wejść na wszystkie Munro (282 szczyty w Szkocji) gościu ma ponad 50 lat, wciąż pracuje i powoli, ale wytrwale wchodzi na góry (czasem 15 rocznie, czasem 3 rocznie) ale wchodzi… pomału, po kolei, krok po kroku – Bo Tak On Zdecydował – i to jest najważniejsze. Twoja decyzja
    Może to głupie (3 szczyty? i to ma być dążenie do realizacji marzenia?) ale On podjął taką decyzję i każdego roku jest bliżej do realizacji Marzenia…
    I po czwarte – często nie wiemy jakie mamy marzenia. Nie znamy siebie, nie mamy ochoty poznać tego co czujemy (na pewnych warsztatach na pytanie prowadzącego Co czujesz w tym momencie – chłopak odpowiedział – no, wydaje mi się że powinienem czuć….. i nie był w tym odosobniony…) I wtedy „Marzymy” marzenia innych – znajomych, Idoli, korporacji… i co chwile mamy inne marzenia bo spotkamy innego znajomego i głupio mu powiedzieć że chcę pojechać do Chili znaleźć zapomniane miasto w górach – jak on właśnie chce lecieć na koncert rockowy do Australii … wow to jest dopiero cool – zmieniamy marzenie…
    Poznaj co chcesz robić w życiu i rusz dupę, nie musisz biec – wystarczy że zrobisz krok w odpowiednim kierunku – ważne jest by następnego dnia zrobić krok w tym samym kierunku… 😉

  19. Zainspirowałaś mnie fragmentem swojego wpisu do napisania mojemu schorowanemu partnerowi, że marzy mi się, że w przyszłości, kiedy pokonamy obecne przeszkody, w tym jego chorobę, będziemy mieli wspólny dom i kota. Dawno nie rozmawialiśmy o marzeniach, bo niby jak tu rozmawiać o marzeniach z człowiekiem w takiej depresji, że nie jest w stanie odpisać na maila? Ale wiem, że mnie czyta i chcę wierzyć, że moje pisanie do niego ma sens. A nadzieja na lepszą przyszłość jest kluczowa w wychodzeniu z depresji. Wiem to, bo sama często się z nią zmagam. Tak więc chyba zrobiłaś dla nas coś bardzo dobrego. Dziękuję Ci.

    Wracając do głównej myśli. Hurraoptymistyczny zwycięski coaching kolejnych gwiazd z pierwszych stron gazet nie jest dla mnie, za to zawsze chcę lepiej i więcej. Przeżyłam w życiu naprawdę dużo ciężkich chwil – przemoc każdego rodzaju, traumatyczne wydarzenia, spektakularne porażki – oraz jestem przewlekle chora, ale to niezgoda na zastaną rzeczywistość pozwoliła mi być w miejscu, w którym jestem teraz, kiedy to realizacja moich marzeń ZNOWU jest w zasięgu ręki. Tyle że teraz moje marzenia to nie jest „chcę być takim coachem jak Anthony Robbins, zarabiać miliony i być wielką gwiazdą” (nie wytrzymałabym tego psychicznie), ale „chcę być coachem, bo to lubię robić”. I praca z marzeniami jest bardzo ważna. Choć czasami coaching sprowadza się do odkrycia, że tu, gdzie teraz się jest, jest najlepiej, bo to właśnie jest spełnienie marzeń. Ale jeśli nie jest, jeśli się cierpi – to warto to zmienić. I często można to zmienić. Już pierwsze kroki w kierunku poprawy sytuacji to jest jakaś zmiana.

  20. Czytałam także tekst Zwierza i jest to jeden z niewielu tekstów Zwierza, pod którym z całą pewnością nie mogę się podpisać. Moje podejście jest bardzo zbliżone do Twojego – sama musiałam sprzeciwić się złej cioci Leokadii, a tak naprawdę złej babci Irenie, która – gdy powiedziałam, że chcę się zajmować sztuką – odparła, że „myślała, iż jestem poważną dziewczynką, ale chyba jednak nie” – zaznaczam, że powiedziała to do 20-letniej osoby, sama będąc emerytowaną polonistką. Mimo tego, że opór ze strony rodziny oraz nagonka na bycie lekarzem jak rodzice była duża, wiedziałam, że to nie jest dla mnie i pokusiłam się o pójście własną drogą, co nigdy nie jest łatwe. Zapominamy, że sprzeciwienie się bliskim, ryzyko pójścia drogą na pozór prowadzącą do srogiej biedy, nie jest prostym posunięciem – mrok nieznanego wyciągający po nas chciwe szpony potrafi napędzić niezłego stracha.
    Życie składa się także z małych marzeń, ale o tym pisałam już pod tekstem Zwierza, wiec nie będę się powtarzać. Moja Wanda Sukulent podpisuje się pod tym, machając z biurka mięsistym różowym listkiem. Tak samo jak pod tym, że kolacja z kotem i mężem może być marzeniem (szczególnie dla starej panny z alergią na koty).
    Bez „dążenia do marzenia” stracimy sens życia, a nie ma nic gorszego niż brak celowości. Wegetacja z dnia na dzień, bez czerpania jakiejkolwiek satysfakcji raczej nie jest niczyim marzeniem, dlaczego więc mamy zgadzać się na przeciętność i ze wzruszeniem ramion przytakiwać, że w sumie to wszystko mamy gdzieś, byle do śmierci? Marzenia, nawet te niespełnione uczą nas czegoś o sobie, jeżeli tylko im na to pozwolimy.

    1. Aż sobie zapisałam Twój komentarz i pogrubiłam fragment o pójściu własną drogą, żeby w chwili zwątpienia do niego powrócić – właśnie jestem na etapie wybierania co tak naprawdę chciałabym w życiu robić.

      To samo tyczy się fantastycznego tekstu (potwierdza to fakt, że to jest mój pierwszy komentarz w internetach), a zwłaszcza fragmentów o odpuszczeniu sobie, są chwilę, że mam ochotę pójść po linii najmniejszego oporu. Wybrać prawo, którego oczekują rodzice, nie kombinować ze zdawaniem kompletnie innych przedmiotów niż tych, które mam rozszerzone i pójść na wymarzoną neurobiologię.Nie mam pojęcia, w którą stronę pójdę, boję się, że nieważne co wybiorę i tak będę żałować. Ale dzięki takim wpisom udaje mi się wyjść z czarnej dziury kompletnego przerażenia. Dziękuję 🙂

      1. Ja po maturze poszłam na kierunek studiów, który preferowali dla mnie inni – międzywydziałowe studia ścisłe. I choć teraz jestem na Sztukach Wyzwolonych, nie żałuję tego roku. Cieszę się jednak, że nie brnęłam dalej w coś, co napawało mnie okrutnym przygnębieniem i miałam odwagę po roku przerwać. Dlatego nawet jeśli zdecydujesz się na prawo, zawsze możesz zmienić swój wybór – przeświadczenie, że jak już studia to do końca jest błędne. Lepiej stracić choćby ten rok niż pełne pięć lat i przez kolejne 30 zajmować się czymś, co sprawia, że czujemy się fatalnie. Podsumowując – ten rok na innym kierunku dał mi pewność, że na pewno nie chcę robić robić tego, czego chcą ode mnie inni i pozwolił rozeznać się w środowisku uniwersyteckim, dzięki czemu nowy kierunek, który wybrałam okazał się być perfekcyjny i nie zamieniłabym go na żaden inny :).
        Swoją drogą – chciałam zrobić sobie rok przerwy, żeby się zastanowić nad tym, co chcę robić, jednak rodzic powiedzieli, że siedząc przez 12 miesięcy w domu się tego nie dowiem. Wtedy byłam załamana, dziś jestem im ogromnie wdzięczna.
        Mocno trzymam kciuki za Twoje powodzenie i życzę dużo odwagi! 🙂

  21. Pomijając wszystkie inne aspekty, z którymi się raczej zgadzam, ale ze Zwierzem też się miejscami zgadzam, a trochę też nie wiem, to pomyślałam sobie, że obawiam się że Paul McCartney i reszta panów mogli się wspinać na szczyt kariery, mając małe dzieci, po (nie wiem jak dużej) części dlatego, że pewnie mieli żony:)

    1. Z pewnością głównie dzięki temu. Ale rodzina może być teamem, nie jest automatycznie kulą u nogi. A Linda McCartney będąc z Paulem teamem sama się realizowała w swoich pasjach. Wszystko się da.

  22. Jak czytałam tekst Zwierza, to myślałam właśnie o Twoim blogu i byłam ciekawa czy cos napiszesz, ha! 😉 Uważam, że obie macie po trochu rację, choć przyznam, że w tym momencie mojego życia dobrze mi zrobiło przeczytanie słów Zwierza. Jakby ja rozumiem potrzebę marzeń i myślę, że są one przydatne, żeby jakoś popychać się do przodu. Tylko co jeśli tych marzeń się nie ma? Tzn nie to, że w ogóle, ale jest się w takim dziwnym miejscu, kiedy nie wie się co ze sobą zrobić. Wtedy te wszystkie motywacyjne teksty zaczynają działać… depresyjnie. Przynajmniej ja tak mam. Kończę studia, zaczęłam pracę, której już nie lubię, bo mimo, ze niby wszystko w porządku, to kompletnie mnie ona nie rozwija i chciałabym szukać czegoś lepszego, ale nie mam póki co pomysłu w którą stronę iść. Więc sobie żyję próbując cieszyć się codziennością, ale gdzieś z tyłu głowy kołaczą się te myśli o marzeniach, które przecież każdy musi mieć.

  23. Nie wiem, czemu, ale zawsze mam ochotę dziękować za Twoje teksty, choć rzadko to robię publicznie. Tym razem jednak aż nie wypada się nie wynurzać. Dziękuję. „I wiem jak odmienia się samopoczucie, perspektywy i chęć życia, kiedy przeskoczy się to nastawienie.”

  24. Czytuje Zwierza i Ciebie, z ostatnim tekstem Zwierza zupelnie sie nie zgadzam i ciesze sie ze „popelnilas” ten wpis 🙂 Cale moje zycie od jakichs 10 lat to przyklad na to by podazac za pragnienieniami i ze jesli sie chce to chocby za przeproszeniem „skaly sr..ly” to sie to osiagnie.

  25. Oh..Musze przyznac ze Twoj wpis tym razem, po raz pierwszy mnie rozczarowal I obnazyl ze jednak jestes bardzo skupiona tyko na sobie..Przeczytalam z uwaag tekst Zwierza I nie zauwazylam zeby negowala sens posiadania marzen. Nigdzie tego nie znalazlam a czytalam z uwaga. Ona zrobila cos czego chyba jednak nie zrozumialas I mam wrazenie ze Twoja odpowiedz odnosi sie do zupelnie innego aspektu tego samego problem..Zwierz wyszedl ze swoich butow I spojrzal jak tlko obiektywnie sie da na swiat ktorego czescia nie jest, skomentowal problem ktory I ja od jakiegos czasu zaczlam dostrzegac. Twoj wpis jednak mam wrazenie polega tylko I wylacznie na tym ze piszesz tylko o sobie, tylko o swoich doswiadczeniach I tylko o swoim punkcie widzenia. Stad nie potrafisz sie zgodzic z kims, kto jak sama mowisz ci imponuje wiedza I inteligencja.
    Czytam Twojego bloga I bardzo lubie tu bywac ale ten wpis jak wyzej wspomnialam mnie rozczarowal.. Naprawde punkt spojrzenia bardzo zalezy od punktu siedzenia. Wydaje Ci sie ze bylas po obu stronach – tej depresyjnej I smutnej z ktorej wyszlas tylko zmieniajac nastawienie do zycia I teraz bedac po tej lepszej stronie wiesz juz co skutkuje a co nie. Tylko zauwaz ze to wszystko zadzialalo w TWOJEJ sytuacji, w TWOIM zyciu. Co Zwierz stara sie podkreslic to ze jest ciemna strona obsesji bycia wyjatkowym I pogonia za tym wielkim (bron boze zwyczajnym) marzeniem. Ja tez zaczelam ta strone dostrzegac dopiero niedawno. Xeby ja umiec dostrzec trzeba naparwde albo znalesc sie w czarnej d***e za przeproszeniem albo miec wspaniale rozwiniety zmysl empatii I umiec zrozumiec jak bardzo nasza sytuacja ma wplyw na pzrewartosciowanie potrzeb I sposob myslenia.
    Tak, presja posiadania marzenia I bycia wyjatkowym porafi miec wielka czarna strone, chociazby dlatego ze jak wspomnial Zwierz nie jest prawda to co nam sie wmawia I nie kazdy moze wszystko. Czytalam jakis czas temu na ten temat swietny artykul, niestety nie moge go teraz znalesc. Wiekszosc ludzi znajduje sie w sytuacji czy zyciowej czy po prostu sa zbyt ‚zwyczajni’, niezbyt utalentowani przez to bzdura jest wmawianie im ze moga wszystko. Tylko myslac bardzo powierzchownie I plytko mozna dojsc do wniosku ze lepiej wmawiac ludziom ze moga wszystko I popychac ich zeby sprobowali przynajmniej, poniewaz nawet jesli nie dojda na szczyt przynajmniej rusza sie do przodu. Zaglebiajac sie w temat okazuje sie ze presja ciaglego gnania do przodu, posiadania niesamowitych, koniecznie niebanalnych marzen powoduje ze rosnie liczba ludzi ktorzy czuja sie nieadekwatni, popadaja w depresje, I maja ciagle poczucie porazki. Tak, wina tego jest ogromna presja I kreowanie pogladu na swiat w ktorym bycie normalnym I zwykle zycie to porazka. Znam spora grupe ludzi ktorzy wydaja sie miec naprawde fajne zycie, normalna praca, normalna rodzina jednak czuja sie nieszczesliwi I zawiedzeni wszystkim, czesto wspominaja ze przeciez mieli byc kims, przeciez mieli osiagnac cos a to im nie wyszlo..Patrze z boku I pzreraza mnie to bo czyz samo zycie w ktorym mamy co jesc gdzie mieszkac, mamy kogo kochac nie jest juz powodem zeby czuc sie szczesciarzami? Mysle ze gdyby nie moda, gdyby nie presja o ktorej wspomina Zwierz gro z tych ludzi potrafiloby sie cieszyc tym co ma, przez to co sie nam wmawia oni ciagle maja poczucie braku spelnienia. a naprawde nie kazdy musi miec wielkie marzenia. Naprawde nie kazdy. Nie podoba mi sie z jaka w sumie pogarda piszesz o tych ktorzy marzen nie maja..Ja bardziej podziwiam ludzi ktorzy potrafia sie cieszyc codziennoscia I ktorzy posiedli ta zadka dzis umiejetnosc zeby zamiast gonitywy za jednorozcem potrafia przystanac i cieszyc sie tym co tu I teraz, po prostu cieszy ich zwyczajnosc.
    To jedna rzecz – ludzie ktorzy nie czuja potrzeby gonienia za marzeniami. To nie powinno urastac do rangi patologii.
    Druga rzecz to ludzie (ktorych wbrew twojej opinni I ograniczonemu pewnie srodowisku) jest naparwde wielu. Niektorzy ludzie maja powazne problem ktorych mozesz nie widziec golym okiem. Niektorzy cale zycie walcza z niewidzialnymi dla ciebie demonami z pzreszlsoci I dla nich spokojna codziennosc jest wszystkim czego pragna. Jednak nawet oni kiedy uda sie im ja osiagnac czuja ze pzregrali poniewaz tylko POSIADANIE WIELKIEGO MARZENIA czyni czlowieka wartosciowym w dzisiejszych czasach..
    Mysle ze bledem jest tez mieszanie w tych analizach ludzi do ktorych I ja mam wielka rezerwe..aczkolwiek zawsze pozostaje to wielkie ale – nie wiemy z czym oni walcza.. Widzimy tylko efekty czegos o czym nie mamy pojecia..
    Pisze tu o ludziach ktorzy wydaja sie byc totalnie bierni. Ktorzy chca zeby bylo lepiej, oczekuja od zycia wiele ale nie staraja sie temu zyciu pomoc. Niestety jak juz wyzej wspomnialam, coraz bardziej dociera do mnie jak wielu rzeczy nie wiemy o ludziach.
    Musze przyznac ze najbardziej przykre w twoim wpisie jest fakt ze jestes jedynaczka z domu w ktorym nigdy niczego nie brakowalo. Mama kocha cie ponad zycie I jak sama wspominalas w jednym z wczesniejszych wpisow peka z dumy kazdego dni jaka wspaniala ma corke. Nigdy nie bylas sama, wyjechalas zawsze majac poczucie bezpieczenstwa w mezczyznie ktory stal sie Twoim mezem. On pracujac w IT swietnie zarabial kiedy TY nie wiedzialas jeszcze co ze soba zrobic I kiedy targaly toba rozterki I czarne mysli. Ogolnie rzecz biorac sielanka dla wielu zupelnie nieosiagalna..Od zawsze brak problemow finansowych, od zawsze wsparcie I milosc. Moze w Twojej sytuacji jedyne czego Ci brakowalo to faktycznie kopniaka od samej siebie I zmiany nastawienia. NIe mozesz jednak porownywac swojej uprzywilejowanej jednak I to bardzo sytuacji do sytuacji wszystkich poniewaz brzmisz bardzo arogancko.
    Marzysz o napisaniu ksiazki, zyejsz w swiecie marzen a nigdy nie przyszlo ci do glowy ze najzupelniej w swiecie masz sytaucje w ktorej mozesz I zawsze moglas sobie na to pozwolic? Nie wiesz nawet jak wiele nawet mlodych osob ma glowy pelne mysli na temat – jak pzretrwac, za co zaplacic czesne za studia, czy jak przezyc I za co chcac odbyc bezplatny staz, co zrobic I jak nie zwariowac widzac jak ojciec pijak bije matke, czy jak poradzic sobie z samotnoscia nie majac przy sobie od zawsze bliskiej osoby jak ty? a kiedy I inne rzeczy wala sie na glowe? kiedy zamiast soba musimy sie marwtic tym ze bliska osoba choruje? albo jakas inna tragedia sie rozgrywa? Serio, to ze wsrod twoich znajomych tego nie widzisz nie oznacza ze nie ma tego naparwde duzo. jest tylko smiem twierdzic ze Twoje srodowisko reprezentuje tylko jedna grupe spoleczna, calkiem podobna sobie.
    piszesz, wspominasz znajomych na ktorych przykladach widzisz ze nie maja wcale problemow I to nie brak mozliwsoci ale lenistwo sprawia ze nie ruszaja sie z miejsca. ale moze nie potrafia? Moze nie wiedza gdzie I jak? Moze dlatego sa sfrustrowani bo chcieliby ale cos jednak ich poswtrzymuje..To tez wszystko jest bardzo ludzkie I nie sadze ze zdrowa I normalna rzecza jest pietnowanie takich lduzi. Nikomu to bowiem nie pomaga. sama wiem po sobie ze im wieksza presje czy ja sama czy otoczenie wywiera na mnie tym bardziej czuje sie nieadekwatna, postawiona pod sciana I wtedy nie robie nic. wycofuje sie. Mysle ze wielu ludzi robi to samo. NIe Tobie I mi osadzac tak naoprawde I gardzic ludzmi tylko dlatego ze a) nie maja tej komfortowej sytaucji w ktorej moga sie zajac tylko soba I nic ich nie ogranicza b) maja na tyle wsparcia, pewnosci siebie I pomyslow zeby wiedziec gdzie isc I w ktoras strone.i Waracajac do twoich sfrustrowanych znajomych ktorzy nic nie robia a ktroych nic nie ogranicza – nie pomyslalas tez ze moze zanim pojawila sie ta presja osiagania nie wiadomo czego I ciaglego dazenia do czegos niesamowitego ci ludzie moze nalezeliby do grupy ktora czuje sie ok po prostu zwyczajnie sobie zyjac? Moze taka ich natura moze tym roznia sie od ciebie tylko swiat dzis wmawia im ze cos z nimi nie tak poniewaz samo zwykle zycie (o jakim notabene marza miliony ludzi nie majacyh co jesc, gdzie mieszkac I jak pzretrwac jutro) jest po prostu niewystarczajace.
    TAk ze przepraszam za dlugi wpis ale tym razem Twoja wypowiedz bardzo mi sie nie spodobala I ku mojemu zaskoczeniu wstrzasnela negatywnie obrazem jaki na Twoj temat sobie wykreowalam.
    Chcialam na koniec tylko przeprosic jesli moja wypowiedz miejscami zabrzmi dosc ostro czy niemilo ale nie potrafilam znalesc innych slow..Twoj wpis bowiem zabrzmial jak dla mnie bardzo arogancko I pokazal jak bardzo skupiona jestes tylko na swoim malym swiecie, jak niewielkie pojecie, empatie, zrozumienie, wyczucie I tolerancje masz dla czegokolwiek co inne.
    Dla mnie wpis Zwierza byl walsnie o tym – to bylo tego drugie dno – nie krytyka marzen ale zacheta by spojrzec poza wlasny maly swiat I zobaczyc ze wywieranie tego typu presji na ludzi potrafi miec swoja czarna strone w zaleznosci na jaki grunt padnie. Nie, marzenia nie sa zle, sa wspaniale, jednak nie zawsze dla kazdego I nie w kazdej sytuacji. Jest w zyciu czas I miejsce na wszystko I sa ludzie ktorzy do wielkich rzeczy nie sa stworzeni, sa inni ktrzy nie maja na nie mozliwsoci, sa tez tacy ktrozy nie maja wewnetrznych umiejetnosci I wsparcia by wyjsc poza ten swoj safty zone. Naprawde trzeba byc nie lata aroganckim czlowiekiem zeby ich tak nisko oceniac..Zreszta wyobraz sobie ze dla wielu ludzi to skad ty zaczynalas w zyciu moze byc najwiekszym marzeniem – czasem scietej glowy. Nie pogardzaj tak innymi Rinanhero..Naprawde nie kazdy moze sobie pozwolic by zyc I myslec tak jak ty a sa tez tacy ktorzy nawet jesli moga zwyczajnie nie chca I tez maja prawo..Napwrade nie masz prawa I nie powinnas tak nimi pogardzac piszac ze nie wiesz jak mozna zyc bez marzen..Marzenia kazdy ma, tylko inaczej je czasami nazywa..Nawet jesli dla niektorych jest to mozliwosc spokojnego ogladania Klanu na kanapie codziennie po pracy.
    Zycze ci zebys czasem moze jednak wyszla poza twoj swiat marzen bo wlasnie uswiadomilam sobie ze jednak ogranicza ci to wiedze na temat ludzi I zdolnosci empatii. w koncu w swiecie fantazji wszystko jest takie jak sobie sama wymyslisz..w prawdziwym zyciu tak nie ma.
    Przykro mi troche.. Polubilam cie bardzo, czulam sie jakbym miala kolezanke zagladajac tu regularnie. teraz wszystko jakby pryslo a zostal tylko przykry obraz niestety rozpieszczonej zyciem jedynaczki ktora jest tak skupiona na swoim malym swiecie ze nie potrafi dostrzec jak wiele jest jego innych wymiarow.

    1. 1. Twoje wykreowane obrazy sa tylko Twoimi wykreowanymi obrazami. Bardzo nie lubie komentarzy szantazujacych mnie emocjonalnie. Mozesz nie zgadzac sie z kazdym jednym slowem, ktore pisze, ale proby jechania autorowi po uczuciach uwazam kazdorazowo za slabe. Wole juz czysty hejt.

      2. Opis Twojej wizji mojego zycia jest tylko Twoja wizja. Zakladasz, ze opisuje jego wieksza czesc, podczas gdy widzisz moze 20%. Nie masz pojecia ani o przebiegu moich finansow ani o moim domu i rodzinie, wiec pewne zalozenia, ktore robisz, bardzo mi pochlebiaja, ale i smiesza.

      3. Mnogosc opinii i pozwolenie sobie na niezgode w przemysleniach jest czyms co najbardziej cenie w dyskusji z inteligentnymi osobami, a oba teksty sa tak ogolne jak tylko sie da. Nie wiem czy wyobrazasz sobie, ze podchodze do bezdomnych na ulicy i kopie ich za brak marzen?

      4. Arogancja i pogarda…Czytamy ten sam tekst? Dajesz cytaty.

      1. ‚nie potrafię zrozumieć stanu, w którym nie chce się niczego więcej. Mam trudności z uwierzeniem, że są ludzie bez marzeń. Chociaż może są. Tak okrutnie pobici i zmaltretowani przez los i innych ludzi, że nie mają śmiałości chcieć niczego niż więcej niż przetrwania kolejnego dnia czy nawet śmierci. Ale ci ludzie są ofiarami okrucieństwa, a nie osobami, które czytają blogi. Brak marzeń to wielka tragedia. ‚ – ten cytat chociazby jak dla mnie brzmi bardzo pogardliwie i jest tak patronising ze az boli..Zakladasz chyba z gory ze jedynymi ludzmi bez marzen moga byc ci bezdomni ktorych kopac nie bedziesz a ktorzy napewna sa poza normalna rzeczywistoscia, z pewnoscia jednak nie czytaja blogow…
        Wogole to chcialam przeprosic raz jeszcze ze odnioslam sie tak personalnie i wciagnelam w ta rozmowe twoje osobiste zycie. To bylo nie na miejscu faktycznie..Czasem jednak ciezko tego nie robic skoro sama o pewnych rzeczach piszesz i nawet jesli sa one tylko jakims wycinkiem twojego zycia, nawet jesli wszystkie inne sprawy bylyby u ciebie do kitu – uwierz mi, z perspektywy wielu jestes w tak uprzywilejowanej pozycji ze czasem wypowiedzi na temat starania sie, walki z trudnosciami i szokowanie siei jak mozna nie chciec wydaja sie wlasnie takie..jak je opisalam wczesniej…
        Zaznaczyc chcialam ze ja rowniez od zawsze wierzylam ze trzeba isc do przodu, ciagle probowac, nie zgadzac sie tak po prostu na to co przynosi zycie. Jednak wiem juz, obserwujac jak potoczyly sie losy ludzi ktorych spotkalam, czy moje wlasne, ze w duzej mierze to wcale nie do konca nasze proby i usilna praca stoja za spelnianiem marzen ale szereg zbiegow okolicznosci do ktorych dzis tak niemodnie sie przyznawac.
        Po latach moglabym opisac tu dokladnie historie wielu ludzi ktorzy nie majac zadnych marzen i nie robiac w zyciu nic doszli dosc daleko jak na swoje mozliwosci, Znam tez niestety sporo historii ambitnych, madrych, fajnych osob, ktore do leniwych nigdy nie nelezaly, ktore zawsze chcialy isc do przodu, ktore zawsze mialy marzenia, jednak ciagle cos stalo na przeszkodzie. Nawet nie wiesz jak nie rok czy dwa ale jak lata ciaglych prob i ciaglych niepowodzen potrafia rozwalic czlowieka. a rozwalaja o wiele bardziej gdy mialo sie marzenia wlasnie..Czasem ciagle proby poprawiania sobie zycia, podazanie za marzeniem prowadza do wielkiej depresji..Niestety ale jedna z bliskich mi osob w taki sposob wlasnie popelnila samobojstwo. Probowala i probowala, chciala, starala sie jednak ciagle cos stalo na przeszkodzie. Poczucie porazki, wstydu i pietna sprawily ze nie potrafila uniesc tego ciezaru a kiedy ostatni raz z nia rozmawialam zalila sie ze najbardziej boli ja swiadomosc ze ludzie nie majacy pojecia jaka bitwe sie przechodzi widza tylko rezultaty i zakladaja ze jest sie leniem., Patronizujaco wspolczuja kolejnych klesk dorzucajac jednak mimochodem zlote rady ktore tylko bardziej pokazuja ze i tak nie wierza w zadne wysilki danej osoby- przeciez oni chcieli, ruszyli sie i im wyszlo wiec tak napewno jest zawsze. To przeciez regula czyz nie? Nie? Otoz wlasnie nie Rinnahero, to ze ty zmienilas sposob szukania pracy moglo nie byc powodem tego ze dostalas kolejna szybko i ze odmienilo sie Twoje zycie. Moze bylas w odpowiednim miejscu i czasie..Po prostu. Powiem ci ze ja dostalam najlepsza swoja prace bedac w najgorszej depresji mojego zycia, w zalobie po bliskiej osobie kiedy sklecenie jednego zdania i wziecie prysznica bylo dla mnie wysilkiem. Nie zrobilam niczego innego ponad to co robilam wczesniej a co w innych sytuacjach doprowadzalo mnie tylko do dead end jobs..Tym razem wszystko na odwal, zero wysilku i bam. Widzialam podobne sytuacje u wielu znajomych, Byli ludzie ktorzy siedzieli w znienawidzonej pracy latami. Beznadziejnej pracy. Nie, nic nie robili bo im sie nie chcialo, Po latach, bam zmiana kierownictwa, nagly awans, pzrejecie prze inna firme i nagle sa prawa reka CEO, przez zwyczajne zasiedzenie. Nie robiac zupelnie nic. W podobnej sytuacji znalazla sie mama mojej kolezanki ktora nie chciala sie uczyc i po zatrudnieniu w agencji reklamowej zostala tam na dugie lata, tez nie bedac tam szczesliwa. Po latach byla najstarszym pracownikiem a starzejacy sie bezdzitny dyrektor znajac ja od lat nastoletnich przepisal na nia firme. Dzis jest jedna z bogatszych kobiet w Danii. Tak jak historii sukcesu odniesionych pzrez starajace sie osoby jest wiele tak samo wiele jest historii osob ktore nie robily nic a jednak znalazly sie na szczycie. Co jeszcze dodam to to ze czesto osoby ktore sa tzw failures robia dokladnie te same rzeczy, stosuja dokladnie te same techniki co ludzie sukcesu tylko pewnie malo kto o tym wie poniewaz polki ksiegarn uginaja sie pod biografiami ludzi sukcesu a failures dont write books..Gdyby je pisali moze wieksza ilosc osob zrozumialaby ze w zyciu o sukcesie naparwde decyduje o wiele wiecej czynnikow niz samo staranie sie..Poza tym pzreczytalam gdzies takei zdanie – no one, not even rock stars ever make it alone..To tez tak a propos tego ze nie kazdy ma np wsparcie chociazby..
        Tu wrocic chce znow do sedna rozmowy – marzenia, sa wazne i dla mnie, jednak wiem juz teraz ze potrafia zabijac. Moda i obsesja na bycie nadzwyczajnym, na ciagle staranie sie i udowadnianie swiatu ze nie jest sie leniem w postaci widocznych rezultatow potrafi zniszczyc. Nikt nikomu dzis nie wierzy w starania gdy rezulatow nie ma, nawet Twoje wypowiedzi sa na to dowodem choc jedyne co ja widze to ciagle patrzenie na sprawy w sposob – ALE U MNIE ZADZIALALO wiec tak musi byc i basta. Jak wczesniej wspomnialam, moze u ciebie zadzialalo bo pojawilo sie kilka niewidocznych golym okiem elementow ktore sprawily ze tak sie po prostu mialo stac i juz. Poniewaz wiele osob probuje i robi nawet wiecej niz pozostali a jednak odchodza z niczym. W tym wlasnie tez widze twoja pogarde do innych. Zauwazylam ze ludzie maja coraz wieksza tendencje do dorabiania teorii do faktow. Moja kolezanka chciazby miala zostac dyscyplinarnie zwolniona z pracy. Z pracy w ktorej sie niczym nie wykazywala a ludzi traktowala tak okropnie ze w koncu pojawila sie wlasnie dyscyplinarka. W strachu i dopiero stojac pod sciana wyslala cv jednego dnia, ot tak w panice. Dostala zaproszenie na rozmowe o super prace. 5 dodtakowych kandydatow z ktorych 3 sie rochorowalo a jeden dostal prace gdzie indziej. Valkoverem swietna praca na ktora wcale nie zaslugiwala i na ktora niczym nie zapracowala przypadla jej. Jednak w pozniejszych rozmowach mowila dokladnie to co ty! Ciagle powtarzala wyswiechtane teorie na temat starania sie i tego ze jak sie nie pracuje nad soba to sie nie ma, ze ona to swoja praca bo pzreciez wyslala cv, ze przeciez wszystko to tylko jej zasluga i zadne tam szczescia w koncu w szczescie wierza glupcy i lenie. Ona sama ciezka praca dostala prace swoich marzen. Oh tak strasznie latwo dorobic teorie do sukcesu kiedy sie on czasem z nienacka pojawi.. Czasem ciezka praca i podazanie za marzeniem zaprowadzic moze na szczyt, czasem moze nas zniszcyzc…Nie ma na to reguly ale gdzie nie lezalaby prawda zakladnie ze lduzie bez marzen, czy bez sukcesow, czy ci ktorzy niczego wiecej nie chca sa jacys..nie teges,.nie istnieja nie ma ich, sa jakas czeluscia jest po prostu okropne…
        Ja patrzac na ludzi widze ze czasem ci prosci bez zadnych marzen ponad pojscie w sobote na impreze sa szczesliwsi niz ci ktorzy marza i marzaa i probuja ciagle isc do przodu. A czy w marzeniach wlasnie nie o szczescie chodzi? Czy nie po to one sa? Wiec jesli widzimy ze nie zawsze marzenia, podazanie za nimi, ciezka praca prowadza do czegos dobrego a w wielu przypadkach wrecz przeciwnie jak mozna tak dobitnie krzyczec na temat ludzi bez marzen…Nie wiem…Nie neguej marzen zupelnie, sa one bardzo kuszace i stymulujace ale nie mozna tak jednostronnei i tak subiektywnie patrzec podczas gdy jest wiele historii ktore swiadcza ze presja marzen moze zniszczyc i ze sukces nie tylko staraniami wybrukowany..Tylko takie historie sa ciche i nie tak krzykliwe jak cala amerykanska kolorowa uproszczona reszta..
        Boli mnie ten temat poniewaz i ja mialam bardzo traumatyczny okres w moim zyciu i czulam jak ludzie podobni tobie zakladaja z gory ze jestem leniem, ze nie mam marzen, ze sie nie staram..NIe dosc ze juz stracilam bliska osobe przez tego typu presje z ktora nie umiala sobie poradzic to czulam jak zalewa i mnie..a ja wiedzialam ze nadszedl czas kiedy musze das sobie na spocznij, kiedy musze zapomniec o marzeniach, kiedy najwazniejsza rzecza w takim momencie jest po prostu zapomnienie o czymkolwiek i sprobowanie sie zresetowac i po prostu od nowa nauczyc zwyczjnie byc..To jest bardzo trudne i czasem moze potrwac latami i opinie osob dookla, presja i bolace wypowiedzi i sugstie potrafia zwalic ponownie na kolana..Poniewaz czlowiek czuje ze nie jest wystarczajaco dobry dopuki nie pedzi za jednorozcem po prostu…a czasem czlowiek po prostu staje przed sciana z ktora wlasnie tak sie zderzyl ze widzi tylko gwiazki z bolu. Nie wie juz nic, nie wie kim jest i co czuc a wszystko wydaje sie nieosiagalne. Chce po prostu poczuc na chwile ze dobrze jest jak jest, ze samo istnienie, to tu i teraz tez jest wystarczajaco dobre ale tacy ludzi jak ty nie pozwalaja na to..Bo tzreba chciec bo trzeba dazyc bo trzeba marzyc, bo trzeba pisac ksiazki i ratowac dzieci w afryce..bo inaczje to klapa ciemna noc…a czy nie jest tak jak w artykule ktore zacytowalam wczesniej? zreszta czytalam wspisy pod twoim postem i pod postem Zwierza i wiele osob pisalo o uldze ktora nagle poczuli czytajac ze ktos nie mysli o nich zle..Inni pisali o doswiadczeniach gdy te marzenia posiadali i dazyli do nich bardzo a jedyne co osiagneli to depresja…
        Zycie nie jest czarno biale, nie ma ram, gwarancji i jasnych regul. Wbrew modnym pogladom znacznie ma tak naprawde wszystko, i szczescie i przypadek i praca i relaks i danie sobie luzu. w zyciu nie jst jak w swiecie fantazji, to ze cos przytrafia sie nam i wydaje nam sie ze wiemy skad sie wzielo i czego jest rezultatem nie oznacza ze dostzregamy wszystkie procesy ktore mogly do tego zdarzenia doprowadzic, nie oznacza tez ze inan osoba kierujac sie dokladnie tymi samymi rzeczami osiagnie identyczny skutek. Gdyby tak bylo bylibysmy panami swiata, robotami stojacymi w szeregach. w koncu jesli rzeczywistosc jest tak prosta i da sie ja tak latwo wepchnac w pewne wyswiechtane ramy to czemu panuje taki chaos? czemu tyle nieszczesliwych lduzi? czyzby wszyscy lenie i masochisci..? Czy po prostu wszystko, wszystko,wszystko zalezy od okolicznosci? Nawet sens posiadania marzen…?

  26. Moze nie o marzeniach ale cos bardzo pokrewnego, cos co mam wrazenie lezy u podstaw Twojego myslenia ..:

    So here’s the problem. I would argue that we have this expectation (or this entitlement) more today than any
    other time in history. And the reason is because of the nature of our
    technology and economic privilege.

    Having the internet, Google,
    Facebook, YouTube and access to 500+ channels of television is amazing. We have
    access to more information than any other time in history.

    But our attention is limited.
    There’s no way we can process the tidal waves of information flowing through
    the internet at any given time. Therefore the only ones that break through and
    catch our attention are the truly exceptional pieces of information. The
    99.999th percentile.

    All day, every day, we are
    flooded with the truly extraordinary. The best of the best. The worst of the
    worst. The greatest physical feats. The funniest jokes. The most upsetting
    news. The scariest threats. Non-stop.

    Our lives today are filled
    with information coming from the extremes of the bell curve, because in the
    media that’s what gets eyeballs and the eyeballs bring dollars. That’s it. Yet
    the vast majority of life continues to reside in the middle.3

    It’s my belief that this flood
    of extreme information has conditioned us to believe that “exceptional” is the
    new normal. And since all of us are rarely exceptional, we all feel pretty damn
    insecure and desperate to feel “exceptional” all the time. So we must
    compensate. Some of us do this by cooking up get-rich-quick schemes. Others do
    it by taking off across the world to save starving babies in Africa. Others do
    it by excelling in school and winning every award. Others do it by shooting up a
    school. Others do it by trying to have sex with anything that talks and
    breathes.

    There’s this kind of
    psychological tyranny in our culture today, a sense that we must always be proving that we’re
    special, unique, exceptional all the time, no matter what, only to have
    that moment of exceptionalism swept away in the current of all the other human
    greatness that’s constantly happening.

    It’s an accepted part of our
    culture today to believe that we are all destined to do something truly
    extraordinary. Celebrities say it. Business tycoons say it. Politicians say it.
    Even Oprah says it. Each and every one of us can be extraordinary. We all deserve greatness.

    The fact that this statement
    is inherently contradictory — after all, if everyone was extraordinary, then by definition,
    no one would be extraordinary — is missed by most people, and instead we eat
    the message up and ask for more. (More tacos, that is.

    Being “average” has become the new
    standard of failure. The worst thing you can be is in the middle of the pack,
    the middle of the bell curve.

    A lot of people are afraid to
    accept mediocrity because they believe that if they accept being mediocre,
    then they’ll never achieve anything, never improve, and that their life
    doesn’t matter.

    I find this sort of thinking to be
    dangerous. Once you accept the premise that a life is only worthwhile if it
    is truly notable and great, then you basically accept the fact that most of
    the human population sucks and is worthless. And ethically speaking, that is
    a really dark place to put yourself.

    This is the great irony about
    ambition. If you wish to be smarter and more successful than everybody else,
    you will always feel like a failure. If you wish to be the most loved and
    most popular, then you will always feel alone. If you wish to be the most
    powerful and admired, then you will always feel weak and impotent.

    All of
    this “every person can be extraordinary and achieve greatness” stuff is
    basically just jerking off your ego. It’s shit sold to you to make you feel
    good for a few minutes and to get you through the week without hanging yourself
    in your cubicle. It’s a message that tastes good going down, but in reality, is
    nothing more than empty calories that make you emotionally fat and bloated, the
    proverbial Big Mac for your heart and your brain.

    The ticket to emotional
    health, like physical health, comes from eating your veggies — that is, through
    accepting the bland and mundane truths of life: a light salad of “you’re
    actually pretty average in the grand scheme of things” and some steamed broccoli
    of “the vast majority of your life will be mediocre.” This will taste bad at
    first. Very bad. You will avoid eating it.

    But once ingested, your body
    will wake up feeling more potent and more alive. After all, that constant
    pressure to always be something amazing, to be the next big thing, will be
    lifted off your back. The stress and anxiety of feeling inadequate will
    dissipate. And the knowledge and acceptance of your own mundane existence will
    actually free you to accomplish what you truly wish to accomplish with no
    judgments and no lofty expectations.

    You will have a growing
    appreciation for life’s basic experiences. You will learn to measure yourself
    through a new, healthier means: the pleasures of simple friendship, creating
    something, helping a person in need, reading a good book, laughing with someone
    you care about.

    Sounds boring, doesn’t it?
    That’s because these things are average. But maybe they’re average for a
    reason. Because they are what actually matter.

  27. Vandrer zgadza się z tym co stoi zarówno za Zwierzowym tekstem jak i Twoim. Jak się tak głębiej nad tym zastanowić to Wasze wizje się uzupełniają, a nie zwalczają.

  28. A ja się obiema rękami podpisuje przede wszystkim pod pod postem Zwierza. Dla mnie nie jest on pochwałą malkontenctwa, ani promocji płynięcia z prądem, zezwoleniem na zaprzestanie walki o marzenia. Chodzi raczej o to, że Wielkie Marzenie i jego realizacja stało się tak szeroko lansowanym sposobem na spełnienie w życiu, sposobem jedynym i słusznym, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jeśli nie ma ochoty wszystkiego rzucać w imię swoich marzeń (bo de facto nie wymagają one rzucenia wszystkiego), to ta jego pozorna przeciętność nie czyni go kimś gorszym. Bo jeśli coś robię np. podróżuję, fotografuje itd, ale równie często leniuchuje, przepuszczam czas przez palce i nie robię nic produktywnego, to znaczy, że spoczywam na laurach i nie gonie swoich marzeń? Czy jeśli jest mniej spektakularnie, to znaczy że z założenia jest słabo? Ostatnio czytałam w jakimś blogu kilka postów pochwały zarabiania z bloga, pracy z domu, na własny rozrachunek, pracy z dowolnej lokalizacji itd. Tu mi się nasuwa przewrotne pytanie, a jeśli wszyscy zaczną pisać blogi, rzucą korpo i pojadą w świat, to kto na dobrą sprawę, kto będzie te blogi czytał? Ja mam wrażenie, że wy piszecie trochę o dwóch różnych rzeczach. Bo Zwierz twierdzi, że jeśli dobrze Ci jesteś tam gdzie jesteś, to znaczy że jesteś we właściwym miejscu i nie można dyskredytować tych, którzy nie chcą podejmować ryzyka, bo najwidoczniej nie jest to według nich warte (i wtedy najpewniej tak jest). Ty natomiast jeśli dobrze rozumiem twierdzisz, że jeśli coś Cię gniecie, dusi albo zwyczajnie wiesz, że stać Cie na więcej to twoim cholernym obowiązkiem jest nie ignorować tego uczucia, tylko ruszyć tyłek i coś z tym zrobić. I to nie są moim zdaniem sprzeczne teorie.

  29. Upływ czasu, czyli wiek, ma te zalety, że człowiek przestaje gonić, a zaczyna doceniać każdą chwilę. To nie znaczy, że rezygnuje z marzeń, tylko większość udało mu się spełnić, a inne stały się jakby nie takie atrakcyjne. Zaczynamy cieszyć się tym, co mamy, przestajemy chciec wciąż więcej i mocniej. Mnie tam jest z tym dobrze…

  30. A ja się zgadzam z Wami oboma, choć może to o prostu znaczy, że jestem chorągiewką. Zwierz ma rację mówiąc, że TWOJE marzenia są TWOJE (albo to napisała, albo to sama wyniosłam), nieważne jak bardzo popkultura chce Ci narzucić cudze. Mam wrażenie, że jej tekst jest bardziej o pułapce ślepego dążenia do celu. A z Tobą się jak zawsze zgadzam całkiem

  31. #team dream. Zawsze.
    „— Jedno słówko, pani — rzekł, wracając od kominka i kulejąc przy tym z bólu. — Jedno słówko. Wszystko, co powiedziałaś, jest prawdziwe, i wcale bym się nie dziwił. Taki już jestem, że lubię wiedzieć najgorsze, a wtedy staram się zachować twarz, jak potrafię. Nie będę więc zaprzeczał temu, co powiedziałaś. Ale mimo to trzeba jeszcze powiedzieć jedno. Przypuśćmy, że my naprawdę tylko wyśniliśmy albo wymyśliliśmy sobie te wszystkie rzeczy: drzewa i trawę, słońce i księżyc, gwiazdy i samego Asłana. Przypuśćmy, że tak jest. Ale jeśli tak, to mogę tylko powiedzieć, że te wymyślone rzeczy wydają mi się o wiele bardziej ważne niż tamte prawdziwe. Przypuśćmy, że ta wielka czarna dziura, twoje królestwo, JEST prawdziwym światem. No cóż, muszę wyznać, że to bardzo żałosny świat. To bardzo zabawne, kiedy się o tym pomyśli. Jeśli masz rację, to jesteśmy tylko dziećmi, które sobie wymyśliły zabawę. Ale czworo bawiących się dzieci może stworzyć fantastyczny świat, który sprawia, że twój prawdziwy świat staje się pusty. Dlatego zamierzam pozostać przy tym świecie z zabawy. Jestem po stronie Aslana, nawet jeśli nie ma żadnego Aslana. Chcę żyć jak Narnijczyk, tak jak potrafię, nawet jeśli nie ma żadnej Narnii. Tak więc dziękujemy pięknie za kolację i, jeśli tych dwu młodzieńców i ta młoda dama są już gotowi, opuszczamy twój dwór natychmiast, ruszamy w ciemność, aby spędzić resztę swego życia na poszukiwaniu Nadziemia. Nie sądzę, abyśmy żyli bardzo długo, i wcale bym się nie dziwił, ale to niewielka strata, jeśli prawdziwy świat jest tak ponurym miejscem, jak mówisz.”
    C.S. Lewis „Opowieści z Narnii. Srebrne Krzesło”

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry