Piątek to taki najsłodszy dzień tygodnia, kiedy snujesz plany, kiedy masz marzenia, kiedy jeszcze myślisz, że weekend to zbawienie i będziesz mieć czas na WSZYSTKO. No na życie po prostu. W sobotę budząc się o jedenastej masz już świadomość, że wszystko przemija i jest marnością. W niedzielę pamiętasz o śmierci. Ale piątek to czas niewinności.

Wycieczki i podróże są wspaniałe, ale jeszcze wspanialsze jest mieć perspektywę dwóch dni bez żadnych planów.

Casual Friday jest dla mnie największą świętością. Z pewnością są jakieś życiowe momenty słodsze od siedzenia w biurze w dresie, ale kogo one obchodzą. Jeśli jakimś okropnym zrządzeniem losu, w wyniku wielkiej niesprawiedliwości społecznej lub w ramach kary za grzechy mam wtedy spotkanie z klientem i muszę ubrać się JAK ZWYKLE, czuję się skrzywdzona niczym szczenię, któremu ktoś zabiera w połowie przeżuty kapeć. Takich rzeczy się po prostu nie robi.

Casual Friday jest w tygodniu jeden, innych dni jest w tygodniu więcej niż jeden. Mimo tego ilość ubrań na piątek w stosunku do ubrań do pracy jest odwrotnie proporcjonalna do ilości piątków w moim życiu.

Czasami w sobotę mam ochotę ubrać się w elegantsze spodnie lub nawet białą koszulę. Dla odtrutki zakładam do nich wtedy dres albo przynajmniej bluzę z kapturem.

{"DeviceAngle":-0.08267536759376526} Processed with VSCOcam with hb1 preset

W pobliskim pubie znalazłam drzwi do niezwykłej krainy.

Nie istnieje we wszechświecie coś takiego jak “jedno piwo/wino/drink”. Nigdy nie idziesz na jednego. Nigdy. Do or do not. There is no try.

Kiedy z jakiegokolwiek powodu decydujesz się nie iść na jednego, masz prawo czuć moralne zwycięstwo z powodu poświęcenia się dla dobra ludzkości i niesienia na swoich barkach cierpienia całego świata. Nawet jeśli dobrem ludzkości jest leżenie na kanapie z kakałkiem, a cierpieniem świata fakt, że skończyła się czekolada.

Jest wiele strasznych uczuć, mnie samą nękało ostatnio sporo nerwic. Mało co było jednak tak niesamowite jak budzenie się rano i bycie pewnym, że jest piątek, kiedy była sobota.

Prawo Murphy’ego dowodzi, że jeśli piątek mam luźny, nic nie będzie się w pracy działo. Jeśli w piątek coś może się schrzanić tak, żebym musiała panikować między jednym a drugim spotkaniem, że na pewno nie wyrobię się zanim wszyscy zwiną się na weekend, to jest gwarancja, że to się schrzani.

W sumie piątek jak piątek. Najwięcej miejsca w pubie jest w poniedziałek. Wszystkie stoliki wolne i wychodzą ładne zdjęcia na instagram. Zwłaszcza około trzynastej. Polecam.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry