motylewbrzuchu
Riennahera

Riennahera

Motyle w brzuchu czy bezpieczne przystanie czyli miłość niefabularna

Zdaje się, że w jednym z artykułów na TV Tropes czytałam niedawno o tym, że fabularnie uznaje się związki za ciekawe tylko w tej początkowej fazie podchodów. Kiedy para po wielu odcinkach serialu w końcu się pocałuje i wyzna, co do siebie czuje, zaczyna być nudna i nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić.

W prawdziwym życiu uważamy chyba czasem podobnie. Plotkujemy z koleżankami o tym kolesiu, który dał nam swój numer na przystanku, nie o tym, że mężczyzna, z którym jesteśmy od kilku lat zrobił najpyszniejszą kanapkę świata. Będziemy zasypywać się sms-ami, kiedy wydarzy się jakaś drama, a nie spędzając razem uroczy wieczór.

Osobiście muszę przyznać, że choć faza romantycznych uniesień początku znajomości jest cudowna, to wcale za nią nie tęsknię. Mam tendencje do zmieniania się w kłębek nerwów pod byle pretekstem, zarówno kiedy ma wydarzyć się coś potencjalnie przykrego jak i potencjalnie najlepszego na świecie. Naprawdę cieszę się, że nie muszę zastanawiać się, kocha czy nie kocha, ten telefon, spotkanie, związek to na poważnie, z nudów czy dla seksu i czy drugiej stronie zależy tak jak mnie. Motyle w brzuchu wspominam dobrze, podobnie jak dobrze wspominam pełen talerz świeżych ostryg. To, że są super, nie oznacza, że potrzebuję ich życiu częściej.

Motyle w brzuchu są wspaniałe, ale prawda jest taka, że za każdym razem wydawały mi się podobnym odczuciem. W przeciwieństwie do tych fabularnych par, których okoliczności zakochania się są tak bardzo inne, w rzeczywistości wczesne zakochania wydają mi się stosunkowo podobne, a o wiele ciekawsze jest dla mnie wspólne budowanie własnego świata. Nie kwiaty na randce, ale sms “jakiego chcesz burgera”, kiedy wracam wykończona z delegacji. Albo rozpierająca, uskrzydlająca chęć podzielenia się dobrymi wieściami z tą jedną jedyną osobą. Kłócenie się o to czy Radosław Sikorski jest mężem stanu czy nie przy śniadaniu i awantura w drodze powrotnej z pubu, bo mamy inny pogląd na pierwszą wojnę światową, chociaż nikt już nie pamięta na co konkretnie. Porozumiewawcze spojrzenie, kiedy ktoś wciska nam kit. Brak potrzeby udawania kogoś kim się nie jest. I wszystko pomiędzy.

A motyle? Zawsze znajdzie się je w filmach, serialach, piosenkach Justina Biebera i książkach. Chociaż sama chyba wolę pisać o wspólnym wygrywaniu wojen i budowaniu bezpiecznych przystani niż o kruchych owadach.

[ilustracja : Maja Lulek]

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

9 thoughts on “Motyle w brzuchu czy bezpieczne przystanie czyli miłość niefabularna”

  1. To zupelnie tak jak ja. Pomyslma sobie kiedys patrzac na mldszych ludzi, ze gdybym mila przesc jeszcze raz to samo, etapy zalotow i zdobywania…ogarnal mnei strach.

  2. Mi się nawet czasem tęskni do tych motyli, wymiany setek sms-ów, czy nawet naiwnego puszczania sygnałów, które miało oznaczać „myślę o Tobie”. Ale potem widzę mojego męża, który po nocach montuje mi szafki w kuchni lub wykrawa z ciasta krążki na pierogi i wiem, że mam wszystko.

  3. Czytam ten post czekając na swoją drugą połówkę i naszą ulubioną pizzę, którą przed chwilą dla nas zamówiłam. Tak jak mówisz – pewna stabilizacja, nasza, znajoma, i pełna szczęścia, które mieści się gdzieś między wspólną partyjką w ulubioną planszówkę, dobrym jedzeniem i rozmowach o książkach, które przeczytaliśmy,

  4. och jak ja się z Tobą zgadzam, czułam się w swoim wieloletnim związku dokładnie tak samo, kochana i bardzo bezpiecznie. Razem sobie budowaliśmy swoje życie, mieszkaliśmy razem a i tak tęskniliśmy za sobą po całym dniu w pracy, robiliśmy sobie najlepsze na świecie herbaty i kanapki. Uwielbiałam nasze walki albo dyskusje, która piosenka czy film jest fajniejsza. I któregoś dnia obudziłam się do nowej rzeczywistości, w której on stwierdził, „że się wypaliło”, że nie ma tych motyli.

    I tak zostałam sama, wciąż nie rozumiem. Przeżywam teraz dramat wyobrażania sobie, że przecież mieliśmy coś cudownego a teraz muszę znowu iść, szukać, bawić się w te głupie motyle, czy się komuś spodobam, czy kogoś poznam, czy to będzie na poważnie czy nie, czy oddzwoni czy nie oddzwoni.

    Motyle są przereklamowane a wspaniałych, dobrych związków naprawdę ze świecą szukać. O.

    Dziękuję Ci za ten tekst, wiele osób powinno go przeczytać i wziąć sobie do serca zamiast szukać uniesień i drżeń rodem z komedii romantycznej. Dlaczego nikt nie widzi piękna w takim codziennym dograniu, poznaniu siebie? Nikt tego nie docenia, a przecież to dalej jest ta sama osoba, przez którą nie mogliśmy w nocy spać i przez którą drżały nam ręce, kiedy wysyłaliśmy smsa.

    Nie rozumiem. Tak się uzewnętrzniłam w walentynki, bo smutno.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i każdego komu tak sobie w walentynki.

  5. A jak tak nie na temat, przepraszam ogromnie, ale przeglądałam ostatnio któreś z Twoich poprzednich postów, i gdzieś wplotłaś wzmiankę o „The fall” z Lee Pace’ m, z 2006 roku chyba? I pomyślałam sobie, no dobra, Lee jest dobry na wszystko. Obejrzałam wczoraj i byłam zachwycona – on był tam absolutnie przeuroczy z tą dziewczynką, co za kochany, smutny film! Dziękuję pięknie za polecenie, jakoś pominęłam tę rolę Pace’ a, a zrobiłaś mi dzień tym filmem 🙂
    Pozdrawiam cieplutko,
    Sissi.
    P.S. O związkach nic nie wiem. Może dlatego właśnie, że skupiam się na oglądaniu filmów z Lee Pace’m 😉 ale uwielbiam Twój styl pisania, więc z przyjemnością przeczytałam wpis.

    1. To jest chyba mój ulubiony film z Lee, wolę tę postać nawet od Thranduila. Podobno w ogóle dostał rolę Thranduila, bo Jackson zobaczył go w The Fall.
      No i bardzo zainspirował jedną z postaci w mojej elfiej opowieści.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry