Czuję się osaczona przez terror obowiązkowego bycia pozytywną niezależnie od sytuacji.

Na co dzień staram się być osobą przyjaźnie nastawioną do świata. Nie tryskam bynajmniej optymizmem, mam twarz Elfa Pogardy łamanego przez Lucjusza Malfoya, ale jestem grzeczna, mówię często “proszę”, “dziękuję” i “przepraszam”, takie tam podstawy zachowania w społeczeństwie. Z wiekiem nauczyłam się też, że nawet jak ktoś zadaje głupie i irytujące pytania, lepiej się uśmiechnąć na siłę i pomóc niż odburknąć złośliwie. Kiedy nie jestem pewna czy coś ma sens albo czy dam sobie z czymś radę, lepiej najpierw spróbować niż od razu się załamać. No i w ogóle nieśmiało, nieco z ukrycia staram się kochać świat, nawet jak na to nie zasługuje. Zatem staram się i w ogóle, może nie tryskam radością i energią dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale jednak bardziej się uśmiecham niż mniej. Przynajmniej jak ktoś na mnie patrzy.

Ale nie mogę, po prostu nie mogę, kiedy kolejny raz próbuję ratować ludzkość przed zagładą i słyszę “nie możesz mówić, że idzie zagłada, potrzeba być pozytywnym, wtedy meteoryty zarażą się ekscytacją i zawrócą z drogi”. To taka przenośnia, bo całość dzieje się w biurze czy przy kawiarnianym stoliku, ale rozumiesz, o co chodzi. Czasami nawet zaczynam myśleć, że może jest ze mnie gbur, może zabijam całą radość wokół mnie i jak mogę być taką okropną osobą. Ale potem meteoryty naparzają i muszę, chociaż z przykrością, wypowiedzieć to najpiękniejsze zdanie świata. “A NIE MÓWIŁAM”.

Mam dość bycia pozytywną na siłę i za wszelką cenę. Kiedy widzę coś dobrego, nie omieszkam się tym zachwycić. Mam jednak wrażenie, że trzeba zachwycać się wszystkim, niezależnie czy jest prawdziwą perełką czy czymś nieładnie pachnącym zawiniętym w sreberko. Jak się nie zachwycisz, komuś będzie przykro. A trzeba być pozytywnym!

Nie wiem czemu ludzkość w którymś momencie postanowiła postawić na kartę pozytywności. Mieliśmy przecież takie piękne ideały. Memento mori. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Dobre, mocne wartości. Jak każdy lubię się cieszyć i płakać ze śmiechu, i fikać w parku na trawie, i czuć radość życia. Ale kiedy widzę naparzający na mnie meteor, to mówię sobie “fak dys szyt” i zabieram się z drogi, tudzież próbuję mu wyjaśnić, że głupio się zachowuje. Brnięcie dalej w problemy przy założeniu, że jak zwizualizuję sobie sukces, to on na pewno nastąpi, irytuje mnie jak nic innego na tym świecie.

Z biegiem lat nabrałam podejrzliwości do tych wszystkich bardzo “pozytywnych” osób, raz po raz przekonując się, że są jak te ryby głębinowe ze światełkiem. Biegniesz do nich, tych cudownych promyczków, a potem nagle łubudu i okazuje się, że bierzesz czynny udział w procesie trawienia. Dziękuję, postoję. Wolę realistów, którzy czasem się ze mną śmieją, a czasem przeklną pod nosem, jeśli sytuacja tego wymaga. Czasem mówią, że coś jest czadowe, a czasem, że do bani. I nie wizualizują sobie, że coś jest spoko, jak nie jest.

Mam dość bycia na siłę pozytywną. Chcę być po prostu sobą. Bez wyrzutów.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry