Marta Dziok-Kaczyńska

Dziecko na ratowanie związku

Picture of Marta Dziok-Kaczyńska

Marta Dziok-Kaczyńska

Dzieje ludzkości kryją w sobie wiele zagadkowych kwestii. Jak budowano piramidy? Po co powstało Stonehenge? Czy Atlantyda istniała naprawdę? Jaka była prawdziwa tożsamość Kuby Rozpruwacza? Last, but not least – co za geniusz wpadł na koncept “dziecka na ratowanie związku”?

Dzieci są różne i podobno zdarzają się anioły. Mnie się nie zdarzył, no ale podobno. Nie żalę się, Kiszonka ma swoje świetne momenty, śliczne oczka, różowy nosek i wydaje mi się daleka od bycia high need baby, ma też jednak momenty ciężkie, nieprzyjemne i frustrujące. Codziennie. Podejrzewam, że przeciętne malutkie dziecko jest przynajmniej przeciętnie płaczliwe (czyli dość), przeciętnie śpiące w dzień i w nocy (czyli nie bardzo) i przeciętnie zasrane (czasem po pachy). Nie trzeba mieć żadnego doświadczenia z dziećmi, żeby zdawać sobie sprawę z faktu, że są wymagające. Wymagają opieki, cierpliwości, samozaparcia, poświęcenia. Na początku non stop. W założeniu – do końca Twoich dni. Romantyczne? Trochę. Przerażające? Bardzo. 

Decyzja powołania do życia nowego człowieka z kimś, kogo nie jesteśmy pewni, to rosyjska ruletka. Z pełnym magazynkiem.

Przyznaję – moje postrzeganie męża jako człowieka zmieniło się zdecydowanie na plus. Odkryłam w nim pokłady stoickiej cierpliwości i życzliwości do małego łysego trolla. Daje sobie radę zawsze wtedy, kiedy ja płaczę, odpadam i trzaskam drzwiami, chowając się w ubikacji. Co ma miejsce przeciętnie raz na trzy dni, chociaż zaraz po porodzie miało miejsce codziennie. Jest ojcem idealnym, kiedy ja jestem matką czującą, że ledwo daję radę (w sensie emocjonalnym, w pozostałych aspektach mały nazgul jest zadbany). W tym wszystkim i tak czasem się na niego złoszczę i stroję fochy, czując się pokrzywdzona przez życie. Przez pierwszy miesiąc nie mogłam uwierzyć jak to możliwe, że mnie z dzieckiem nie zostawi. 

Dostaję gęsiej skórki na myśl o tym, jak czułabym się, gdyby nie był jaki jest. Gdyby był nieco bardziej leniwy, gdyby dziecko nieco bardziej go irytowało, gdyby nie miał cierpliwości. Gdyby nie był pewien, że chce tego dziecka i że chce go ze mną. Uważam swój związek za stabilny, udany i szczęśliwy. Przynajmniej ja mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Mimo to są momenty, kiedy mam dość. Może przez pół godziny, może nawet nie cały dzień, ale jednak dość. Dziecko wydaje się być o jedną osobę za dużo. Nawet jeśli lubię, kiedy usypia między nami i lubię się rano budzić w trójkę. 

Jeśli w ogóle rozważasz czy dziecko może pomóc Twojej relacji z drugą osobą, warto zastanowić się, czy pomoże jej budzenie ukochanego w środku nocy w celu zmiany pieluchy. Albo przebywanie kolejną godzinę w towarzystwie syreny alarmowej, próbując odbyć jakąkolwiek konwersację. Albo dużo, dużo, dużo kupy. Czasami też wymiotów. I jeszcze trochę kupy. Pod paznokciami. 

Dziecko na ratowanie związku jest jak zapewnianie światowego pokoju poprzez detonację bomby atomowej. Teoretycznie komuś się to kiedyś niby udało, z jakiegoś pokrętnego punktu widzenia może mieć to sens, ale najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie zniszczenie i pożoga. 

Serio, kto w ogóle wpadł na ten pomysł? 

Podoba Ci się? Udostępnij ten post

Riennahera

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska

Riennahera​

Prowadzę blog, podcast „Korespondencja z Londynu” oraz aktywnie działam w mediach społecznościowych. W Wielkiej Brytanii mieszkam od 2006 roku. Studiowałam historię i filmoznawstwo na Uniwersytecie w Glasgow. Przez wiele lat pracowałam w brytyjskiej prasie, obecnie jestem dziennikarką portalu polonijnego. Wydałam książki fantasy „Elfy Londynu” i „Podróżniczka” oraz non-fiction „Anglia. Czas na Herbatę” i e-book „Londyn z Riennaherą”. Mieszkam w Londynie z mężem i córkami.

9 Responses

  1. Przez pierwsze 2 miesiące też się dziwiłam, że mąż mnie/nas jeszcze nie zostawił. Aż przyszedł trzeci miesiąc, w którym nie robiłam nic poza odciąganiem mleka, karmieniem dziecka, noszeniem go na rękach do odbicia i wyciem niemal non stop. A mąż gotował obiad, przynosił zupę z baru, robił śniadanie, kolację, karmił mnie dosłownie podczas gdy ja walczyłam z laktatorem. Jak to nas nie zabiło, to już chyba nic.

    Rien, chyba tylko ty potrafisz pisać o tym mega trudnym okresie tak, że się parska śmiechem 😀 Swoją drogą wiele traumy zaoszczedziło mi to, że nigdy jakoś specjalnie nie brzydziłam się kupy 😀

  2. Hm. A propos kupy pod paznokciami. Czy jest opcja, żeby przebierać dziecko w rękawiczkach? Ja się serio pytam. SERIO. Sprzątam w jednorazówkach, gotuję w jednorazówkach, żadne fuj mi w jednorazówkach nie straszne.
    Psich kup nie sprzątam w rękawiczkach, ale obsługuję je woreczkiem, więc też raczej palca nie wsadzam. Dlatego te dzieciowe. No fuj. Można w rękawiczkach?

    Tak. Niezwykle głęboki komentarz, ja wiem. Mądry, jak zwykle doskonały tekst Rien, a ja z niego co wyciągam? Kupy.

    1. jako matka niebrzydzaca sie kup wlasnego dziecka wypowiem sie w temacie ze oczywiscie mozna:) tyle ze no troche tych jednorazowek zuzyjesz… jakas ciezarowke jednorazowek:))

    2. Jako matka podwójna napiszę, że z tą kupą to nie od razu jest tak zupełnie fuj, bo ona początkowo nie bardzo śmierdzi, więc zanim dojdzie to etapu fuj, zdążysz zapomnieć o rękawiczkach z braku czasu, snu i ciepłej kawy.
      A wracając do brzegu – koncept dziecka dla ratowania relacji jest tyleż szalony, co niebezpieczny. Trochę jak wspinaczka na jednej linie z kimś, komu nie ufasz.

  3. Mały nazgul <3 Zadziwiające jest to, ile cierpliwości odkrywa w sobie człowiek, gdy pojawia się jego mała kopia, którą trzeba się opiekować. I to bez urlopu!

  4. Myślę, że ta wiara w to, że dziecko „ocali” związek opiera się na bardzo prostym założeniu… że bez dziecka związku w ogóle by nie było, a przez dziecko jakaś relacja jednak będzie zamiast rozstania… pełna wzajemnych żalów i pretensji, oparta na zobowiązaniu i lęku przed tym „co ludzie powiedzą” – ale jednak będzie.

    Z tego co widzę – pochodzisz z dużego miasta, pewnie więc oczywiste jest dla Ciebie, że jeśli związek jest nieudany, to można (czy wręcz należy) rozwieść się. Rzeczywistość ludzi z małych miast i wsi jest często zgoła inna… Często ciąża nie jest planowana, tylko to po prostu wpadka, bo edukacji seksualnej nie ma, rodzice nie rozmawiają o tym z dziećmi, a i dostęp do antykoncepcji dla ludzi bardzo młodych w Polsce jest utrudniony. Aborcja nie, bo to grzech, bycie samotną matką też nie, bo to wstyd, więc co? Szybki ślub, zanim widoczny będzie brzuch + mieszkanie na pięterku u rodziców, aby rodzina była przykładna… A to i tak ten pozytywny scenariusz, w którym facet jest odpowiedzialny i nie spierdziela w podskokach, wypierając się rodzicielstwa. Mniej pozytywny to właśnie samotne rodzicielstwo i wstyd na całą wieś.

    Przy czym niestety, ale jeżeli masz z domu wyniesiony wzorzec, że jest się z kimś w związku bardziej z powodu zobowiązań, lękiem przed byciem samemu czy powodów wręcz ekonomicznych, to tego, że się nie dogadujecie, możesz w ogóle nie postrzegać jako problem i powód do rozwodu… Możesz w ogóle nie ogarniać tego, że relacja jest słabej jakości, skoro w rodzinie wszyscy na swoich partnerów krzyczą i ich wyzywają, „przecież kłótnie w związkach są normalne”.
    Znam niestety sporo takich małżeństw, gdzie relacja jest pełna żalu i nienawiści, brakuje tam totalnie wzajemnego szacunku, jakiejkolwiek czułości, miłości, czy nawet poprawnej komunikacji, a ci ludzie i tak są ze sobą… Nie dla każdego udany związek to „must have” – niestety sporo ludzi (chyba zwłaszcza w Polsce) woli się ze sobą męczyć niby „bo dzieci” itd. – stąd nie dziwi mnie przekonanie, że dziecko scementuje związek, zwłaszcza jeśli ktoś sam pochodzi z takiej rodziny, gdzie rodziców w zasadzie nic nie łączy poza tym, że zrobili sobie dzieci właśnie.

    1. Myślę że tu niekoniecznie problem jest w tym że ludzie nie chcą się rozwieść- wręcz powiedziałabym że często chcą za bardzo i za szybko, gdy tylko przestanie być im wygodnie-gdy są dzieci to na pewno jest dla nich bardzo trudne (mam w rodzinie nowoczesnego, dobrze ustawionego faceta z miasta, który na pewno nie ma wiejskiego sposobu myślenia, ale jest z rozbitej rodziny i boi się zakładania własnej, bo jak mówi-gdyby miał zgotować dziecku takie dzieciństwo jak on miał to woli ich nie mieć -zanim podejmie decyzję chce być 100% pewien że to będzie ktoś na całe życie). Osobiście uważam, że poczucie stałości i pewności że druga osoba nie kopnie nas w tyłek przy pierwszym lepszym problemie, ale będzie za wszelką cenę się starać ratować związek jest super. Myślę że ludzie nie męczą się ze sobą bo nie chcą się rozwieść. Męczą się bo nie chcą się starać. A przynajmniej jedna strona nie chce, choć pewnie często obie. To że wrzeszczą po sobie, że się nie szanują to nie jest efekt braku rozwodu tylko braku pracy nad związkiem. Myślenie typu, że druga osobę sobie trzeba wytresować, zero nastawienia na rozmowę, kompromis, na potrzeby drugiej strony, skupienie na własnym ego. Te wiejskie modele rodziny to czesto taki stereotyp baby z wałkiem która narzeka na chłopa, faceta który idzie na piwo się wyżalić jaka to ta baba straszna. Hasła typu „chłop może wszystko zjeść ale nie może wszystkiego wiedzieć „, kombinowanie żeby wyjść na swoje. To, że ludzie często własnym zachowaniem sami robią sobie z drugiej osoby ” Starego”, z którym się męczą, zamiast „ukochanego”, którego kochają mimo wszystko. Myślę że jeśli obie strony naprawdę są gotowe stanąć na głowie żeby relacja była dobra to ona taka będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *