Pełnoletność w soczewkach kontaktowych

Przechodzą Was czasem ciarki na myśl o tym, że oto znacie kogoś od miliona lat? Oczywiście, nie dosłownie, ale z moim mężem jestem jakieś szesnaście lat, a ostatnio spotkałam się z moją przyjaciółką z którą znam się jeszcze dłużej. Oto okazuje się, że moje pierwsze badanie wzroku miało miejsce, nie bójmy się tego powiedzieć, dwadzieścia lat temu. Pamiętam jak dziś w co byłam ubrana (spodnie bojówki i akrylowy sweter z krótkim rękawem, stylówa rodem z wczesnych lat 2000), kiedy po raz pierwszy przymierzyłam nowe okulary. To było dla mnie takie symboliczne wejście w dorosłość.

Mam z okularami bardzo burzliwą relację. Kiedy okazało się, że ich potrzebuję, chyba się nawet cieszyłam. Z tego co pamiętam. Koleżanki mówiły mi, że wyglądam w nich lepiej niż bez. Kochane, co? Jeszcze bardziej kochani byli koledzy. Podobno wraz z okularami od razu przeszło wszystkim jakiekolwiek zauroczenie moją osobą. 

“Men seldom make passes at girls who wear glasses” (Dorothy Parker, 1936)

Czyż nie jest zatem wspaniałym zrządzeniem losu, że zanim skończyłam gimnazjum, dałam się mamie namówić na soczewki kontaktowe? Być może gdyby nie one, nie byłabym dzisiaj mężatką z dzieckiem.

Obecnie posiadam dwie pary naprawdę pięknych okularów, w których wiem, że wyglądam dobrze. Ta wiedza nie przekłada się jednak na dobre samopoczucie, dlatego przez zdecydowaną większość czasu noszę soczewki. Bo nie straszny mi deszcz, nie straszne mi słońce, nie straszny mi sport. Tak, jeszcze kilka lat temu uznałabym, że sport to irracjonalny powód do zejścia z kanapy, a co dopiero do zdjęcia okularów i założenia soczewek, ale jestem już ponad trzydziestoletnią staruszką i potrzebuję sportu do życia. Wiem, wiem, z pewnością da się tańczyć balet czy inne moje obecnie trenowane wygibańce na rurze w okularach, po prostu ja nie umiem i nie chcę. Poza tym moje okulary są w stylu na Harry’ego Pottera, a Harry Potter w baletowej pozie na rurze to nieco zbyt fanfikowy klimat jak na mój gust. A kiedy piszę ten tekst, w Londynie mamy temperaturę 37 stopni. Odparza mnie nawet spinka do włosów, soczewki są więc oczywistym wyborem. No i da się je nosić z moimi szałowymi hipisowskimi okularami za pięć funtów z rynku…

Od samego początku używam szkieł kontaktowych Acuvue Oasys. Czyli jakieś osiemnaście lat. Czyli jestem z tą marką dłużej niż z mężem. To dopiero przerażające. Próbowałam swego czasu oszczędzić na marce, ale tańszy zamiennik drażnił mnie, a z Acuvue Oasys przez wszystkie lata nie spotkało mnie nic przykrego, a przy każdym rutynowym badaniu u okulisty słyszę, że moje oczy są w świetnej formie. Nie wiedziałam, że oczy mogą być w jakiejś innej formie, ale naprawdę to słyszę. 

Z tymi soczewkami jest jak w starym dobrym małżeństwie. Na początku zdarzały się aferki – soczewka wypadająca z potartego oka i zgubiona podczas czekania na autobus, trudności z założeniem krnąbrnej soczewki i znalezieniem właściwej strony soczewki i tym podobne. Zdejmowanie soczewek gdy tylko wchodziłam do domu, żeby je “oszczędzać”, a poza tym przecież zdrowiej nosić przez część czasu okulary (he he he he…)…Na początku nosiłam ze sobą wszędzie kosmetyczkę z płynem i pudełkiem na soczewki i myłam trzy razy ręce przed zbliżeniem palca do oka. Po osiemnastu latach mogłabym je zakładać po ciemku. Rękami wytartymi o ubranie. Nie, nie róbcie tego i nie polecam, ale MOGŁABYM. 

Soczewki, które noszę, dostępne są w sklepie Szkla.com w wersjach dwutygodniowych Acuvue Oasys i jednodniowych Acuvue Oasys 1-day. Czy dałabym sobie uciąć rękę za ich jakość? Rękę może nie, ale ręczę okiem. I portfelem. Od osiemnastu lat.

Loading..