• w dziecko
  • w dniu

Wolę być madką niż bezdzietną lambadziarą

Czy ten tytuł to clickbait? O mamo (pun intended), oczywiście, że tak. 

Wiele lat temu postanowiłam usuwać ze swego otoczenia (cyfrowego i zupełnie analogowego) osoby, które świadomie i dobrowolnie używają określenia „ciapaci”. Ponieważ jest to określenie w oczywisty sposób rasistowskie, odczłowieczające, kreujące poczucie wyższości i podziały. Obecnie coraz bardziej mam ochotę na to samo ze słowem „madka”. Oprócz rasizmu, wszystkie punkty się zgadzają. 

Sama oberwałam nim już wypowiadając się kulturalnie, że dzieci mają prawo istnieć w przestrzeni publicznej. Dzisiaj widziałam je użyte w dyskusji, wobec osoby spokojnie przedstawiającej odmienne stanowisko odnośnie wychowania. Trochę za daleko to zaszło od czasów „mam horą curke”.

Co do bezdzietnej lambadziary…Równie paskudne określenie, co? Też obciach go używać. Niemal wszyscy moi bliscy znajomi i przyjaciele są bezdzietni. Z tej najbliższej grupy, którą zapraszam do domu na ciastka i herbatę, z którą spędzam urodziny i popijam piwo. Czasem jedna czy druga osoba zirytuje mnie, bo proponuje wyjście, które będzie dla mnie trudne logistycznie. Przewracam oczami, ale po chwili proponuję alternatywę. Nigdy nie wpadłabym na pomysł, żeby ich decyzje kwestionować lub popychać do odpowiedzi “kiedy dzieci?”. Mamy inne tematy, jak będą chcieli porozmawiać o dzieciach, to sami powiedzą. Wolę być osobą, która robi swoje, zajmuje się sobą i swoim życiem, nie oglądając się na nikogo i nie wchodząc nikomu w paradę. Rozsyłając uśmiechy oraz miłość światu i każdej osobie napotkanej na ulicy. Czy to matce, czy to bizneswoman, uczennicy, robotnikowi, kierowcy limuzyny i kierowcy ciężarówki, białemu, czarnemu czy skośnookiemu. Rozumiecie. Każdemu. Wiecie co? Przez znakomitą część czasu to się udaje. Naprawdę. 

Żyję pomiędzy światami, we własnej rzeczywistości. Jestem Polką i nie odcinam się od tego faktu, najbardziej lubię pisać po polsku i być aktywną w polskim internecie. Na co dzień nie doświadczam nienawiści do dzieci, o której codziennie czytam w sieci. To jest intelektualna przygoda, obserwować społeczeństwo internetu. Jestem low key matką, która nie lubi oglądać ani pokazywać zdjęć dzieci (bo przecież znajomi na fejsie tego nie lubią, a nie chcę się im naprzykrzać) i naprawdę rozumiem brak zainteresowania nimi, staram się temat poruszać tylko kiedy już całkowicie mnie rozpiera. Tymczasem ostatnio każda sugestia, że matki i dzieci mają prawo egzystować w przestrzeni publicznej, kończy się drwinami czy niesympatycznym tonem.

·

Kiedy zostałam matką, miałam olbrzymi lęk przed tym jak będę żyć.

·

Z grubsza rzecz biorąc – żyję normalnie. Jeszcze nie chodzę do ulubionego baru z koktajlami i do teatru i nie urządzam sobie długiego shoppingu, ale to chyba tyle. Ale bałam się, bo przecież ktoś spojrzy na mnie krzywo, powie, że jestem okropna, obrzydliwa, beznadziejna. Nikt mi tego do tej pory nie powiedział. Pracuję nad tym, żeby opanowywać i kształtować zachowanie dziecka, owszem. Czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Bo to proces. Staram się mieć empatię dla otoczenia, ale nie oznacza to zamknięcia się w domu, żeby niemowlę nie wydało z siebie publicznie żadnego dźwięku. Przykro mi, nie i już. Byłam przerażona samotną wyprawą z dzieckiem w samolocie. Byłam przekonana, że zostanę wdeptana w ziemię, zrugana, zbluzgana, zniszczona, kiedy tylko zacznę córkę karmić lub gdy zapłacze. Nie zostałam. W porządku, kilka osób założyło słuchawki, gdy pod koniec lotu dostała histerii. Trwało to około pięciu minut, nie umiem powiedzieć dokładnie, bo dla mnie trwało wieczność, po czym wszystko wróciło do normy. Nikt nie umarł. Nikt mnie nie zabił spojrzeniem. Ot, dzień jak co dzień. Pani obok uśmiechnęła się do mojej córki. Pomogła mi zebrać wszystkie rzeczy przy wychodzeniu. Nie należało mi się to, była po prostu miłą kobietą.

Przyznam, zirytowałam się w Gdańsku. Rzeczy, które uznaję za pewnik nie mają miejsca. Na dworcu nie ma windy, to znaczy jest, ale zamknięta na cztery spusty, zakurzona i zapełniona śmieciami. Zjazd dla wózków jest tak stromy, że można byłoby trenować na nim skoki narciarskie. Zirytowałam się, kiedy grzecznie stojąc w kolejce do windy, do której podeszłam pierwsza, byłam za każdym jednym razem podcinana przez kogoś, kto musi wejść przede mną. To niemiłe, uważam to za brak manier, ale cóż, korona mi z głowy nie spadła. Próbowałam karmić dziecko piersią publicznie, dziecko uznało, że nie bardzo będzie to miało miejsce, bo jest zbyt ciekawie, ale nikt nie powiedział mi złego słowa, niespecjalnie się patrzył, było ok. Ogólnie – doświadczenie macierzyństwa było mniej wygodne niż w Londynie. Ale nie będę wieszać psów na Polsce, dramatów nie było, po prostu było ciężej. 

Ten wpis poleżał trochę w moim notatniku, dobre kilka miesięcy, bo stwierdziłam, że hola, dziewczyno. Przecież wszystko jest zatem ok, co? Jesteś może przewrażliwiona, może rzeczywiście wszędzie węszysz spisek i to wszystko przestałoby wkurzać, gdybyś się wyspała. Gdyby gówniak przestał się budzić w nocy, no nie? I nagle cały na biało wchodzi pracownik hotelu, który na paragonie zamieszcza dopłatę za bachora. A internet oszalał z zachwytu. Teraz ktoś nie chce dzieci w lokalu, a internet doznaje ekstazy. 

No i wiecie, można byłoby uznać, że to taki hehe, super heheszek, no przecież ludzie muszą odreagować. Tyle, że na popularnym fanpage’u wyśmiewającym obciachowych rodziców, pojawiło się najpierw szczucie na konkretne osoby (case: nasłali fanów na instagram dziewczyny, pokazującej mniej glamour stronę rodzicielstwa i zdjęcia mleka, które przeciekło jej przez bluzkę), a potem content, który owszem, jest obciachowy, ale nie ma żadnego związku z rodzicielstwem. Taki przypadkowy skręcik. Istnienie jako matka staje się nagle zbrodnią. W każdym kontekście. Innym razem, podczas kulturalnej dyskusji na profilu kulturalnej osoby, która opisała niechęć do krzyku dziecka u dentysty (nic dziwnego, krzyki u dentysty pogłębiają grozę) odpisałam na czyjąś opinię. Opinia była taka, że dzieci w miejscach publicznych to zło. Na moją wypowiedź “powinny wylatywać z kokonów niczym motyle w wieku 18 lat” (to chyba dość kulturalne stwierdzenie?), odpowiedziano “znalazła się madka, żeby ci żyłka nie pękła” i cośtam jeszcze o wstrętnych bachorach. You see it, right?

·

Twórzmy sobie kolejną uciśnioną grupę, bo rzeczywiście brakuje nam w polskiej przestrzeni publicznej jadu i nienawiści.

·

­

Za mało podziału i stref wolnych od. Bądźmy mali i obrzydliwi w coraz szerszych, bardziej uniwersalnych kręgach. Jak ktoś nam zniszczy krzesło, to zamiast rozliczyć go za to i rozmówić się twarzą w twarz, jak dorośli, róbmy virale. A potem śmiejmy się z influencerów, którzy chcą darmowy obiad za promocję. 

Nawiązując do tytułu – nie mam nic do bezdzietnych. Życzę bliźnim dobra i miłości. Będąc matką, mam za to dużą tolerancję dla innych matek. Płacz cudzych dzieci mi nie przeszkadza. Czuję jedynie ulgę, że to nie moje. Będąc człowiekiem, identyfikuję się z tymi, których się zwalcza i wyśmiewa. Jeśli to oznacza w nowym kontekście bycie “madką” – so be it. 

Są matki i są madki. Są osoby, które nie chcą/nie mogą mieć dzieci i ich nie lubią i są bezdzietne lambadziary i lambadziarze. Roszczeniowe kobiety, które zapoczątkowały określenie “madek” są słabe, ale agresywna dzieciofobia jest przynajmniej tak samo słaba. Nie, nie jest classy i wielkomiejska. Wegetarianizm może jest classy, ale wolność od dzieci jest takim samym wyborem jak to czy jesz pomidorową z ryżem czy z makaronem. Rozumiem, że dla kogoś ten ryż jest równie istotny jak dla mnie makaron, ale jeśli zamierzasz podniecać się swoją wyższością z powodu zupy, to walnij się łyżką w czoło. 

Loading..