dzien matki
Riennahera

Riennahera

Na Dzień Matki – nie zamykajcie nam ust miłością

Smuci mnie, kiedy czytam jak matki piszące o gdziekolwiek o czymkolwiek tłumaczą się często “oczywiście kocham swoje dziecko ALE…”. Tak jakby fakt, że mają czelność mieć jeszcze jakieś odczucia poza miłością potrzebował tłumaczenia. Tak jakby inne uczucia mogły zanegować miłość. Mamy prawo mieć ambiwalentne uczucia do własnych rodziców, rodzeństwa, partnerów, Boga, a z uczuć do dziecka czujemy w obowiązku się tłumaczyć. 

Raz na jakiś czas czytam Daily Mail. Bardzo rzadko, ale miewają najbardziej idiotyczne newsy i najlepszych paparazzi. Najczęściej czytam tam o moich ulubionych aktorach. Właściwie można powiedzieć, że czasem wchodzę na Daily Mail, żeby popatrzeć, co słychać u Keiry Knightley. Tak, to moja ulubiona aktorka, chociaż pewnie jej nie lubisz. So sue me. 

Zupełnie regularnie ciekawsze od samego tekstu redakcji (który traktuje na przykład o tym, że Knightley wyszła na zakupy), są komentarze. Hejt hejtem, ale to trochę barometr głosu ludu. Na przykład kiedy po metamorfozie jakiejś celebrytki z całkiem atrakcyjnej i wcale nie grubej na bardzo, bardzo szczupłą publika Daily Mail oznajmia, że wolała ją wcześniej. Ale nie zawsze jest tak ciałopozytywnie. 

Wracając do Keiry, moja ulubiona aktorka urodziła w zeszłym roku drugie dziecko. Ma nawet taki sam wózek jak ja, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest bardzo, bardzo fajna. Knightley mówi (i pisze, jej esej ukazał się w zbiorze feministycznych tekstów) często i otwarcie, że bycie matką nie zawsze jest łatwe i przyjemne, że jej poród był ciężkim doświadczeniem, że podziwia kobiety, które bez jej warunków finansowych wracają do pracy i płacą za opiekę nad dziećmi. Nie podoba jej się nacisk na perfekcjonizm i jak najszybsze dojście do wcześniejszej formy po porodzie, co ze strony gwiazdy filmowej i twarzy Chanel jest przekazem godnym pochwały. Wydaje mi się osobą, z którą chciałabym się zaprzyjaźnić. To znaczy zawsze bym jej zazdrościła wszystkiego, ale pewnie fajnie byłoby z nią pójść na kawę. Nie sądzicie?

Bo głos ludu nie. Głos ludu oznajmia, że narzekanie na niedogodności porodu to narzekania egoistycznej kobiety XXI wieku, bo jeśli odnajdzie się w sobie miłość do dziecka, to ból nie ma znaczenia. Bo jest chora. Bo jest zapatrzona w siebie. Bo jakim prawem śmie powiedzieć, że Kate Middleton w świeżej sukience i ze zrobionymi włosami w kilka godzin po porodzie to szkodliwy obraz. Jakim prawem śmie “szkalować” i “obrażać”, z pewnością zazdrości. Bo jak wszystkie feministki chce być brzydka i obrzydliwa. Królowa dramatu. Wszystkie kobiety jakoś sobie radzą, ale z niej snowflake. Millenials. A poza tym poród nie jest taki zły. Milion kobiet ma super poród. Ona nie? Widocznie nie zasłużyła. I tak dalej. I tak dalej. 

Skupiam się na Keirze, bo ją lubię i uważam, że będąc tak piękną i bogata, mogłaby poświęcić się byciu idealną. Mogłaby wyglądać zaraz po porodzie przynajmniej tak pięknie jak Kate. Ale to nie jest problem Keiry jako takiej. To jest problem tego jak wygląda dyskurs. Jak bardzo masz zagryźć zęby ze szczęścia i przypadkiem nie zniszczyć lukrowanej marketingowej wizji słodkich bobasów wśród kolorowych baloników. Problem rozważań czy cesarskie cięcie to poród czy “wydobyciny”. Czy można sobie pozwolić na znieczulenie czy też jak się kocha to ma boleć. To kwestia “jak rozkładała nogi niech teraz cierpi” i “ja też miałam ciężko i jakoś żyję”. Oraz “chciało się mieć dzieci to trzeba było przewidzieć”. I tak dalej i tak dalej. 

Chociaż, jeśli będziesz idealna, to też nie będziesz idealna.

Może będziesz zbyt. Jak Kate. Może za wcześnie będziesz żyć jak przed dzieckiem. Może za szybko pojedziesz na samodzielne wakacje albo wyjdziesz na imprezę. 

Sama na swoim małym poletku również staram się często i otwarcie pisać o tym, że bywa ciężko, a potem bywa lepiej, a potem znowu ciężko i od nowa. Odcinam się od wszystkich przekazów, które sprawiają, że czuję się gorzej. Odcinam się od wszystkich reżyserowanych wizji dzieci, ich pokoików i łóżeczek stwarzających zagrożenie SIDS. A jeszcze bardziej odcinam się od wszechobecnego hejtu na matki i madki i dzieci i bombelki i inne gówniaki. Inna matka nie musi mi się podobać, często mi się nie podoba, ale to mój problem. Nikt nie musi o nim wiedzieć. Może dlatego zaczyna mi się wydawać, że już jest normalnie, że wszystkie się wspieramy. A potem czytam komentarze pod jakimkolwiek artykułem o macierzyństwie na portalach internetowych i mi niedobrze od nienawiści i pogardy. A potem czytam Wasze wiadomości, że “jak świetnie, że napisałaś, że masz tak i tak, myślałam, że to tylko ja i czułam się okropnie”. 

Oczywiście jest też kwestia “dziecko kiedyś to przeczyta i co wtedy”. Myślę, że dobrze jak przeczyta. Zrozumie, że ma prawo do różnych uczuć i mówienia o nich. I że kocha się mimo wszystkich ALE. I że nie trzeba cały czas mówić jak bardzo się kocha. Wystarczy kochać. 

Czego wszystkim Wam życzę. Miłości. Takiej dającej wolność.

Zdjęcia: Kat Terek

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry