prace-domowe-2
Riennahera

Riennahera

10 myśli o sprzątaniu i pracach domowych

Najbardziej na świecie nie lubię papryki, wątróbki i sprzątania. Tak przynajmniej było jeszcze do niedawna. 

Nie umiem w porządek. Nie przychodzi mi on naturalnie. Moim naturalnym środowiskiem jest chaos. Kiedy gdzieś wyjeżdżam i się rozpakuję, już pierwszego dnia mam, nie przebierając w słowach, pierdolnik. 

Jeden z najpopularniejszych przez długie lata tekstów na tym blogu dotyczył właśnie sprzątania. Jednym z najszczęśliwszych momentów mojego życia było zatrudnienie sprzątaczki. Widok posprzątanego cudzymi rękami mieszkania był dla mnie lepszy niż seks. 

Z porządkami męczyłam się całe lata. Mama cisnęła mnie mocno jako nastolatkę, wszystko trzymało się jakoś w ryzach. Na studiach uzyskałam wolność i zanurzyłam się na dobre w Otchłani. Tkwiłam w niej…właściwie wciąż w niej tkwię. Coraz częściej się wynurzam i sunę po wodach porządku niczym piękny żaglowiec, ale regularnie obrywam z działa i podtapiam się. 

Dzisiejszy wpis jest o walce z oceanem, walce o utrzymanie się na powierzchni. O małych zwycięstwach, wielkich porażkach i złotych myślach, które w tej wcale się narodziły.

Dziecko wniosło do mojego życia jeszcze więcej bałaganu, ale po raz pierwszy wniosło i wewnętrzną potrzebę porządku. Nie sądziłam, że nastąpi taki dzień, ale około szóstego tygodnia życia mojej malutkiej córeczki, poczułam, że umrę, jeśli podczas jej drzemki nie posprzątam łazienki. Potem coś we mnie pękło. Jednego dnia bobasek spał, mąż też już się położył. Poszłam rozwiesić pranie i wtedy…Zamiast obejrzeć serial, zamiast sobie pospać, zamiast zrobić cokolwiek fajnego, posegregowałam, poskładałam i pochowałam wszystkie ubrania córki, nadając im nowy porządek, który ułatwia korzystanie z nich na co dzień. Zajęło mi to 1,5 godziny, skończyłam grubo po północy. 

Czułam się…szczęśliwa. 

Nie przeszkadza mi bałagan u innych. Nie oceniam. Dopóki nie przyklejam się do podłogi i jak czegoś dotknę nie zostawia to śladu na palcach, jest dobrze. 

Kiedy mam posprzątane mieszkanie, lepiej mi się pracuje. Od razu łatwiej się zabrać za pisanie, za myślenie, za wszystko. 

Na początku macierzyństwa zaczęłam oglądać program Marie Kondo. Wtedy był na nią szał, przemeblowała całkiem sporo głów. Program nie jest genialny, w zasadzie jeść dość nudny i oglądanie go znudziło mnie po kilku odcinkach. Te kilka odcinków jednak wystarczyło. Miałam ochotę wyrzucić WSZYSTKO. I odkryłam pewną wspaniałą prawidłowość – jeśli się nie ma rzeczy, to ma się porządek. A im mniej się ma rzeczy, tym bardziej widać te ładne rzeczy, które się ma. 

Czułam się jakbym odkryła sens życia. 

Mniej więcej w tym samym momencie zrozumiałam, że o ile sama jestem w stanie z wielkim powodzeniem kontrolować ilość rzeczy, to mam w tej bitwie wielkiego wroga. 

Mamę. To musi paść 😊😜 Ja chcę mieć bardzo mało rzeczy, tylko minimum. Moja mama kocha rzeczy, bibeloty, drobiazgi, zakupy, przydasie, doniczegocosie. Co jest spoko, każdy ma prawo żyć jak lubi.

Oczywiście kilka takich przedmiotów dodaje uroku. Ale nie umiemy się dogadać co do ich ilości i ile rzeczy mogę przyjąć z wdzięcznością, a ile mnie męczy.

To jest źródło wielkiej zgryzoty. 

Zmywarka jest jednym z kluczowych elementów udanych związków i zgodnych małżeństw.

Miałam w liceum taką koleżankę, która sprzątała, żeby się zrelaksować lub w ramach walki ze stresem. Zawsze chciałam być jak ona. Tak, Baczewska, to o Tobie.

W tym roku poczułam po raz pierwszy terapeutyczną moc porządków. Wspomniałam już kilka sytuacji, ale najwybitniejszą z nich było wstanie o 5 rano, po tym jak pokłóciłam się z mężem i wysprzątanie łazienki, kuchni i salonu. 

Obecnie największym wysiłkiem, do jakiego umiem się zmusić, jest wyjście na bieganie przed 7.30 rano, ale marzy mi się, że jeszcze kiedyś posprzątam o piątej. Bez bobasa, bez nikogo. Dla tej rozkoszy mogę się nawet pokłócić. 

Podjęłam decyzję, że nie będę już w życiu prasować i tyle. Nie mamy deski. Nie wiem czy mamy żelazko. Może?

Parownica to cudo. Zmieniła moje życie. To znaczy, nie do końca. Ale ładniej wyglądamy.

Wciąż nie znoszę wieszać prania, jeszcze bardziej nie cierpię go zdejmować. Na to nie znalazłam sposobu. Na inne nieprzyjemności – owszem. Parownica, jak wyżej. Mycie podłogi ograniczam, radząc sobie specjalnymi chusteczkami do podłóg. Nie piorę ręcznie, ale właśnie kupiłam specjalne woreczki do pralki dla moich delikatnych sukienek. Niczego nie żałuję. 

Z niecierpliwością czekam na datę 4 lipca, kiedy to będzie można spędzać czas z osobami z innych gospodarstw domowych. Mam do oddania mnóstwo ciuchów. Może większość? Mam do wyrzucenia WSZYSTKO. 

A jak tylko bobo wróci do żłobka, to ja sobie WSZYSTKO. PORZĄDNIE. POSPRZĄTAM. 

Ze sprzątaniem jakoś sobie poradzę. Ale życie nie znosi próżni. Obecnie najbardziej na świecie nie lubię gotować…

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

2 thoughts on “10 myśli o sprzątaniu i pracach domowych”

  1. Crock pot, maszyna do gotowania na parze, maszyna do ryżu. Nastawiam, wychodzę z dzieckiem. Jak wracam wszystko jest 🙂

  2. Kochana,
    roomba (idealnie ta która sama się opróżnia – poodkurza), braava m6 (umyje podłogi), suszarka do ubrań (nie prasuję w ogóle). Polecam z całego serca, warto nerkę sprzedać (albo dwie)!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry