OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Riennahera

Riennahera

Czterysta słów – pięć miesięcy później

Tekst o czterystu słowach powstał w maju. Stwierdziłam wtedy, że muszę znaleźć na siebie jakiś sposób, bo jeśli zamiast pisać książkę będę tylko o niej myśleć, to umrę nigdy jej nie wydawszy. A ze wszystkich niemądrych rzeczy, które w życiu zrobiłam, ta byłaby najgorszą.

Kiedy zaczynałam przygodę z rutynowym pisaniem, udało mi się skończyć siedem rozdziałów. Pięć miesięcy później mam skończone kolejne jedenaście. Jestem na jakichś siedemdziesięciu pięciu tysiącach słów. To największy postęp w tej opowieści od czasu pojawienia się pomysłu w mojej głowie, jakieś osiemnaście lat temu. Ja wiem, że najnowsza encyklika papieża Franciszka ma tyle samo słów, ale on nigdy nie miał męża i małego dziecka ani bloga, więc sorry, ale nie będę się z nim porównywać, no nie? No właśnie. Nie ma co porównywać się z wymiataczami tego świata. Postęp względem samej siebie jest porażający. Nigdy w życiu nie pisałam tyle co teraz. 

Kończę właśnie książkę Stephena Kinga o pisaniu, w której proponuje minimum dwa tysiące słów dziennie. Nie do końca zgadzam się z tym minimum. To znaczy jeśli pisanie jest dla kogoś głównym zajęciem, źródłem znacznego dochodu, pełnoetatową pracą i zapewnia chleb rodzinie, te dwa tysiące słów brzmią bardzo rozsądnie. Dla Kinga tak było. King ma żonę, która ogarniała mu małe dzieci. Powiedzmy, że większość pisarzy, których lubię (choć nie wszyscy, ale tak, zdecydowana większość) ma żony, które zajmują się w dużej mierze organizowaniem ich życia. Sama jestem żoną, która stara się ogarniać małe dziecko (nie ukrywajmy, z miernym skutkiem) i czterysta słów to akurat tyle, ile jestem w stanie absolutnie codziennie wymyślić, nawet jeśli jestem mocno zmęczona albo naprawdę słabo się czuję. Ta liczba nie przeraża. I dobrze robi na głowę. Nawet w dzień, kiedy nie robisz praktycznie nic poza umieraniem na kanapie, mogę powiedzieć “przynajmniej napisałam dzisiaj czterysta słów”. Kiedy nie wiem jakie masz na dany dzień plany, gdzie iść, co ze sobą począć, to już wiesz. W najgorszym razie da się to nawet napisać ze Świnką Peppą w tle, albo zamknąwszy się w sypialni na czterdzieści minut. Czasami, kiedy wczuję się w scenę, piszę więcej. Ale nie zmuszam się do tego zbyt często i zbyt mocno. 

Nie zabraniam nikomu pisać dziennie tyle tysięcy ile ma ochotę. Nie bójmy się jednak budowania sukcesu małymi kroczkami. Zachęcałabym raczej do czterystu słów słów dziennie niż do dwóch tysięcy raz na pięć dni. Niby wychodzi na to samo, ale jednak zupełnie nie. Bo dwa tysiące słów raz na tydzień to WYDARZENIE. Trzeba je ZAPLANOWAĆ. Wpisać w kalendarz. Nie wiem jak Wy, ale kiedy wpisuję coś w kalendarz, staje się to obowiązkiem, a obowiązki są nieprzyjemne. Czterysta słów dziennie jest trochę jak branie prysznica. To element codzienności, niezbędny do funkcjonowania. Przy odpowiedniej wprawie nie zajmuje też więcej czasu niż prysznic. Przy powtarzaniu go codziennie wchodzi w nawyk tak bardzo, że bez pisania zaczynają trząść się ręce. A o to nam przecież chodzi. 

Nawet jak nie ma się pomysłu, da się wyrobić czterysta słów w dialogu, w opisach, w pomysłach na sceny, które pojawią się później. W lepszy dzień, kiedy ma się lżejsze pióro, można kilkoma mądrymi zdaniami połączyć wcześniejsze sceny i oto wyłania się kolejny skończony rozdział. Sama skupiam się na pisaniu powieści, ale metoda ma przełożenie na inne teksty. Kiedy wpadnę już na pomysł tekstu na blog (co jest wcale nieoczywiste, bo nie ukrywam, spadł o wiele niżej na liście priorytetów i myślę o wiele mniej “blogowo” czy “felietonowo”), jestem w stanie napisać go w rekordowym tempie. Strach pomyśleć, jak wspaniałe byłoby moje życie, gdybym stosowała tę metodę na studiach…

Jest październik. Trwają zaawansowane prace nad dziewiętnastym rozdziałem. Wiem już nawet jak się ta opowieść skończy. Chociaż nie mam pojęcia ile planuję słów. Pewnie z milion. To bardziej “Władca Pierścieni” niż “Hobbit”. Tolkien spędził nad swoim arcydziełem ponad dwanaście lat, więc uznaję, że jestem na dobrej drodze. Najważniejsze jest to, że w ogóle na niej jestem i posuwam się do przodu. 

Stosujesz tę metodę? Działa? Może działa co innego? Dawaj znać.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry