pazdziernik2
Riennahera

Riennahera

Miesięcznik Pogardy 9/2020

Wrzesień był dla mnie ciężkim miesiącem i nic nie zapowiada, żeby październik miał być innym. 

ŻYCIOWO

Połowę miesiąca spędziłam w Polsce, połowę w Londynie, ale wszystko zlewa mi się w jedno. Jestem obecnie na dość silnych lekach i od niemal miesiąca czuję się naprawdę słabo. Z tego powodu mało mnie na blogu i stosunkowo ciszej zrobiło się w social mediach, bo po prostu nie mam siły. Ani pomysłów. Ale zwłaszcza siły. W jakimś momencie pewnie napiszę o tym więcej, na razie przeżywam to sobie sama na kanapie i będę wdzięczna za zrozumienie. 

Wrzesień był miesiącem spotkań, bo po kilku latach spotkałam się w końcu z przyjaciółką z gimnazjum i liceum i przypadkiem wpadłam w knajpie na moją ukochaną gimnazjalną polonistkę. Odbyłam też pierwszą sesję na żywo z terapeutką, z którą pracuję od wielu miesięcy. Dodatkowo w gdańskim Wrzeszczu doszło do kameralnego, acz pamiętnego spotkania Międzynarodowego Legionu Pończoch Pogardy. To naprawdę super uczucie widać jakie fajne i wartościowe osoby przyciągnęło się do swojego świata. Legionie, jesteś ekstra. 

BLOGOWO

Blogowo było całkiem przyzwoicie mimo niewielkiej liczby publikacji. Poza comiesięcznym podsumowaniem, dzieliłam się moimi myślami o ślubie i łóżku oraz recenzją Kankena po sześciu latach używania go. Wróciłam też do tradycji wpisów pisanych w trzydzieści minut na kolanie na chwilę przed publikacją z tekstem o zmęczeniu pisaniem o dziecku. To tylko pięć wpisów, a użytkowników było na blogu ponad 19.500. Kto wie ilu by ich było, gdybym porządnie przyłożyła się do pisania 😉

Może w październiku. Chociaż, ech…nie sądzę.

Przerażającym aspektem blogowania było odkrycie, że na moje social media zagląda wspomniana polonistka i ciocia mojego męża. Od teraz będzie mi głupio napisać “dupa” (ha ha, wcale nie). 

zdjęcia ze spotkania: Asia Ryćko-Bożeńska

KULTURALNIE

Jestem w trakcie czytania trzech książek, ale oczywiście żadnej nie skończyłam…

Jeśli chodzi o ekran…(poniższe linki są afiliacyjne)

An Education: Młoda dziewczyna poznaje ekscytującego starszego mężczyznę w latach sześćdziesiątych. Postanowiłam sobie odświeżyć ten film po ponad dekadzie i oczywiście wciąż jest dobry, ale mam wrażenie, że dużo mniej głęboki niż kiedyś mi się wydawało. Może to tak jest kiedy ogląda się go najpierw z perspektywy wieku zbliżonego do głównej bohaterki, a dziesięć lat później identyfikuje się dużo bardziej z jej “ukochanym” i nauczycielką…Wciąż uwielbiam jednak patrzeć na świetne kostiumy z lat sześćdziesiątych i jak Rosamund Pike gra kobietę aż niezręcznie głupią. Uwielbiam Rosamund Pike.

Glow up: Programy typu Project Runway są moim guilty pleasure. Tutaj mamy ten sam mechanizm tylko rywalizują makijażyści z Wielkiej Brytanii. Nie wiem czy polecam. Ja wciągnęłam na Netflixie dwa sezony.

Pan Tadeusz: Leciał u teściowej przy śniadaniu, a potem płakałam na bułką. Nie jestem wielką patriotką w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, dużo bliżej mi do pierwotnego rozumienia pojęcia kosmopolityzm. Ale no nie mogę, nie mogę nie uronić łzy na scenie, gdy w Paryżu Zosia próbuje smutno uśmiechnąć się do kamery i nie wychodzi jej. Nie identyfikuję się z uczuciami, ale i tak mnie wzruszają. No i nie ukrywam, wizualnie ten film wpłynął mi na życie, bo na ślubie miałam fryzurę inspirowaną Zosią. Tak, wiem, byłam ze dwa razy starsza, ale co moje to moje. 

Pisanie czegokolwiek o ekranizacji narodowej epopei jest banalne, ale nie mogę pominąć mistrzostwa wątku Telimeny (oraz każdego z jej adoratorów) i emocjonalnego trójkąta z Tadeuszem i Zosią. To jest majstersztyk podwójnych standardów XIX wieku i (choć może wymyślam, ale tak będę uważać) majstersztyk autoironii Mickiewicza. Może to głupie i żałosne, ale wciąż mnie to jara. 

Death Comes to Pemberley: Szykuje się wielki bal u Państwa Darcych, ale w lesie dochodzi do morderstwa. Ten ministerial okropnie mnie irytuje, do tego stopnia, że po latach obejrzałam go ponownie żeby zobaczyć czy na pewno nie jest lepszy niż pamiętam. Niby to sequel “Dumy i Uprzedzenia”, ale nie ma w nim ani krztyny lekkości i atmosfery oryginału. Są za to przyjemne kostiumy, chociaż dość teatralne i cukierkowe, oraz przegląd brytyjskich aktorów, z których znakomita większość jest dzisiaj mocno znana. Nie rozumiem też idei obsadzenia Anny Maxwell Martin jako Lizzy, bo nie ma ani krztyny charyzmy (i nie miała jej dotąd w niczym co widziałam na ekranie), ale to może moje uprzedzenie do aktorki. Wydaje się być miłą osobą, ale po prostu nie lubię jej oglądać. Bez rewelacji, ale jak się lubi period dramy, to oczywiście warto. 

Aquaman: Z reguły nie oglądam blockbusterów o superbohaterach i Aquaman tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że dobrze robię. Z pewnością czyta mnie mnóstwo geeków tego gatunku i nie mam zamiaru nikogo tu krytykować. Po prostu DLA MNIE to jest kinowy odpowiednik żarcia z McDonalds (przy czym raz na jakiś czas i czis z maka jest spoko, jem go chętnie, tylko nie ma się czym zachwycać). Nie ma tu nic zaskakującego, zakończenie jest oczywiste od pierwszej minuty filmu, nic mnie w tych filmach nie pociąga i nie przyciąga. Po kilku godzinach czuję, że mogłam równie dobrze myć naczynia. 

The Boys : Nie wiem jakim cudem pominęłam ten serial w miesięczniku, bo na pewno pierwszy sezon oglądałam w tym roku. Jeśli go nie znacie, to jest to mroczna dekonstrukcja opowieści o superbohaterach, którzy są w tym świecie po prostu marketingowym produktem korporacji zła, trzepiącej kasiorę. Koncept jak dla mnie świetny, serial dość wciągający i tylko jedno mnie zastanawia. Nie wiem czemu nie umiem przywiązać się do którejkolwiek z postaci. Każda z nich jest mi obojętna, ani ich nie lubię, ani nienawidzę, z nikim się nie identyfikuję. Jest to dla mnie ewenement. 

Przy okazji, ostrzegam, to jest krwawy, dość obrzydliwy i niemiły dla duszy serial. Nie polecam na chandrę.

Duchess: O tym krótkim serialu Netflixa mogłabym napisać cały tekst. Zawierałby tony narzekania i bólu rzyci, więc ograniczę się do kilku zdań. W skrócie to komiczne perypetie bardzo oryginalnej kobiety po trzydziestce, matki, kochanki, byłej kochanki, artystki i tak dalej. Przyciągnęły mnie Londynem, a podczas oglądania okazało się, że ten serial musiał mnie stalkować, ponieważ kręcony był w miejscach, gdzie mieszkałam kilka lat temu ORAZ w miejscach, gdzie mieszkam obecne. Myślałam, że się zachwycę, tyle że…w ogóle. Ten serial robi WSZYSTKO źle. Bohaterka w założeniu ma być quirky, ale znajduję ją irytującą, żałosną, niesympatyczną, niemądrą. Niemal wszystkie relacje są toksyczne, chociaż mają być, oczywiście, oryginalne i nietypowe. Najgorzej jednak serial traktuje moją ukochaną dzielnicę w moim ukochanym mieście. Ponieważ spędziłam na Islington siedem lat, naprawdę nie kupuję ściemy, że spod tej szkoły nagle znajdują się nad tym kanałem, bo to nie jest walking distance, to jest jakieś czterdzieści minut autobusem. Nie lubię produkcji, które traktują swoje miasta jedynie jako scenografię i takie zabiegi mnie tylko irytują. 

Nie jestem rodowitą mieszkanką Londynu i autorka/pierwszoplanowa aktorka też nie jest, ale mam wrażenie, że napisała totalnie nierealną bajkę, w której jej postać żyje w domu, na który nie mogłaby sobie pozwolić wykonując zawód, który wykonuje i w ogóle mnóstwo motywów jest totalnie od czapy, jakby mieszkała tu od wczoraj (np. wejście z dzieckiem wieczorem do pubu – nope). Ogólnie – mocno nie polecam. Dla mnie to był hate watching. 

Monstress: O komiksie napisałam kiedyś osobny tekst. W końcu w ręce wpadł mi czwarty tom. Nie ukrywam, nie jest tak dobry jak poprzednie, ale może dlatego, że fabuła się zagęszcza i trzeba dobrze orientować się w tym kto jest kim i o co chodzi. Dalej pociąga mnie jednak ten świat i zamawiam kolejny tom.

The Social Dilemma: Social Media są złe, bo ich model biznesowy jest niedobry i wymknął się spod kontroli. Przez social media, o ironio, przetoczyły się zachwyty nad tym “dokumentem” i sporo osób zdawało się odkryć Amerykę. Na szczęście zaraz potem pojawiło się przynajmniej trochę bardziej sceptycznych osób, wytykających nieścisłości i naiwność dokumentu. 

Nie zaprzeczam, że traktuje o czymś ważnym, jest to jednak produkcja bardzo naiwna, banalna, jednostronna. Czułam się dość urażona jej łopatologią i brakiem jakiegokolwiek niuansu. 

Marie Antoinette: To był swego czasu mój “comfort film” i musiałam widzieć go lekką ręką z pięć czy sześć razy. Po latach widzę wyraźniej jego wady (druga część jest zrobiona bardzo po łebkach i przelatuje po najistotniejszych wydarzeniach), ale nie zmienia mojej opinii o wartości i uroku tego filmu. Dla mnie jest to jedno z najlepszych filmowych przedstawień natury dworu i cudowny film o emocjach i estetycznych doznaniach, wyprzedzający swoje czasy (bo szyty na erę instagrama). Jak zawsze warto. 

Crazy Rich Asians: Dziewczyna randkuje z chłopakiem, a on okazuje się być nieprzyzwoicie bogaty. Sympatyczna komedia romantyczna, która sprawiła mi puchatą przyjemność bez obrażania mojej inteligencji. Oraz doskonały dowód, że filmy z obsadą złożoną z kogoś innego niż białych mężczyzn też się sprzedają. Mam nadzieję, że będą sequele.

Za miesiąc mam nadzieję na sporo książek w poleceniach i bardziej rozbudowaną rubrykę życie…Ale pożyjemy, zobaczymy. Trzymajcie się.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry