12urodziny
Riennahera

Riennahera

12 myśli na 12 urodziny bloga

No i tak. Mogłyby być tu balony, torty i inne konfetti. A jestem ja, łażąca po parku ze zbolałą miną. Z jednej strony – cała ja. Z drugiej strony – wzdycham i mówię do siebie “no jak zwykle”. Nie umiem zebrać się w sobie i świętować, kiedy jest co świętować, ani celebrować życia i tak dalej, i tak dalej. Z trzeciej…balony i konfetti nie są szczególnie ekologiczne, a torty zdrowe. Zatem stanę po stronie moralnej wyższości i jeszcze dodam, że to tak specjalnie. Taki był plan!

Zaczynałam ten blog posiadając niemałe ego. Zostałam szafiarką, bo po obserwacji innych szafiarek uznałam, że w niczym im nie ustępuję. Szybko okazało się, że zrobienie dobrego zdjęcia to nie taka łatwa sprawa, ale nie wszyscy mieli wtedy dobre zdjęcia. 

Dwanaście lat później możemy uznać, że o ile znam lepiej swoją realną wartość, ego mam…w rozsypce. 

Nie myślę już, że niczym nie ustępuję innym…influencerom. Bo bloger już dawno zaczął być jednocześnie instagramerem, prowadzącym fanpage, newslettery, kanały na youtube i inne działalności. Wiem, że ustępuję im pomysłami, pracowitością, odwagą. 

Mam dużo więcej pokory niż kiedykolwiek wcześniej. 

Ta działalność około blogowa robi się z czasem istotniejsza niż sam blog. Obecnie moim ulubionym elementem zbiorczej marki Riennahera jest na przykład moja grupa Międzynarodowy Legion Pończoch Pogardy. Lubię też moje instagramowe okolice, w których jest całkiem przyjaźnie i gdzie dostaję miłe wiadomości, kiedy zamieszczam stories o pudełkach z warzywami. 

Kiedyś myślałam, że jeśli tylko nie będę mieć pracy na etacie, będę mogła zostać wpływową i sławną blogerką. Cóż, nie pracuję na etacie, mam dwa dni w tygodniu, kiedy mogłabym zajmować się niemal wyłącznie rozwijaniem działalności internetowej i…Cóż. Jest jak jest. Stąd szacunek, podziw i życzliwa zazdrość wobec tych, którzy to osiągnęli i którzy to umieją. 

Minęło dwanaście lat i z dwanaście kilogramów…

Absolutnie nie znoszę stwierdzeń “przecież robisz to bo lubisz i dla siebie”. Dla siebie bo lubię to piszę powieść o elfach. Nikt, kto cokolwiek publikuje, nie robi tego dla siebie. W zgodzie z sobą, oczywiście. Bo ma potrzebę przekazania czegoś, tak. Ale nie “dla siebie” w sensie, że nie ważne są wyniki, odbiór, popularność. 

Dla siebie pisałabym pamiętnik albo wiersze do szuflady. 

Po latach wciąż nie rozumiem czemu to wywołuje jakiekolwiek zdziwienie, oburzenie czy negatywne emocje, kiedy człowiek jasno mówi, że odbiór i wyniki są ważne. Gdzie tu wstyd? Czemu robienie czegoś “dla siebie” jest niby wyższą cnotą?

Z każdym rokiem, ba, z każdym miesiącem, coraz bardziej dbam w moim miejscu internecie o swoje zdrowie i higienę psychiczną. Kiedyś bawiłam się w konflikty czy tłumaczenie, że nie jestem koniem. W odpowiadanie na wiadomości, które podnosiły ciśnienie i od których trzęsły się ręce. Dzisiaj już tego nie robię. 

Traktuję ludzi w sieci tak jak sama chcę być traktowana. Nie wyzywam, nie eskaluję, staram się rozwiązywać nieporozumienia i spory rzeczowo i na zimno. Jeśli jednak ktoś próbuje mi wciskać swoje antyszczepionowe mądrości i potem udowadniać w wiadomościach prywatnych, że jestem żenująca bo sobie tego nie życzę lub przekonywać do swoich rasistowskich czy homofobicznych poglądów, to ja naprawdę jestem już na to po prostu za stara. 

Pięć, dziesięć lat temu, każde zdjęcia na bloga były okazją, świętem, powodem, żeby fantazyjnie się ubrać, nakręcić włosy, zrobić dobry makijaż. Pokazać się z najlepszej strony. Przebrać buty na szpilki! Albo chodzić w szpilkach, żeby wyglądać z klasą i atrakcyjnie.

A teraz? Teraz staję z wyrzutem przed obiektywem, w swetrze, w którym chodzę od trzech dni. Jeśli mam akurat umyte włosy to wyjątkowo się postarałam.

Nie ma co ukrywać. Zmieniłam się. A może nawet stoczyłam?

Bosz, ten sweter mam w szafie od spokojnie siedmiu lat. I ja się dziwię, że nie zostałam influencerką modową…

Gdyby nie blog, pewne znajomości nigdy by się nie narodziły, inne przepadłyby na zawsze. 

Pewna super osoba powiedziała mi ostatnio, że mój blog jest świetny i dobry, skoro utrzymuje się tyle lat. Nie ukrywam, że sama myślę raczej, że po prostu nie wiem kiedy dać sobie z czymś spokój 😉 

Kiedy mam duży kryzys blogowy, myślę sobie, że przecież gdyby nie on, nikt nie chciałby kupić mojej książki o elfach. Więc nie rzucam bloga, bo czyż nie będzie wspaniałą platformą marketingową? A jako, że nie mam deadline’u na powieść, to tak sobie płyniemy dalej na tej łódce…

Może wiele z tego co napisałam brzmi smutno, ale to chyba po prostu listopad. W zeszłym roku w listopadzie zamknęłam bloga całkowicie na dwa miesiące, w tym, mimo kolejnego lockdownu i znużenia rokiem 2020, mam w notatniku cztery kolejne wpisy, więc uznam, że wygrywam.

Zdjęcia: Kat Terek

W ramach prezentu urodzinowego, możesz zechcieć polubić mnie na fejsbuku czy instagramie, albo podzielić się ze światem jakimś moim wpisem. Będzie mi bardzo miło. Ale możesz też unieść realny lub wymyślony kieliszek w wirtualnym toaście. Albo nie robić nic. Nie ma to żadnego znaczenia, bo i tak wszyscy umrzemy 😉

Ale i listopad i rok 2020 kiedyś się skończą.

PS W ramach nawiązania do tradycji blogerki modowej…

|| płaszcz: H&M (zeszły rok) || kalosze: Hunter || torebka: &Other Stories ||

|| czapka: mama || sweter: tania odzież ||

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Scroll to Top