The Crown S4. Picture shows: Prince Philip (TOBIAS MENZIES), Princess Margaret (HELENA BONHAM CARTER), Queen Elizabeth II (OLIVIA COLMAN), Queen Mother (MARION BAILEY), Prince Charles (JOSH O CONNOR) and Princess Anne (ERIN DOHERTY). Filming Location: Rothiemurchus, Scotland
Riennahera

Riennahera

Szybkie refleksje po czwartym sezonie The Crown

Żeby nie było, że tylko marudzę, na samym początku napiszę krótko o tym co mi się podobało. A potem zamknę ten rozdział i napiszę o reszcie.

Poza pojedynczymi odcinkami (odcinek o księżniczce Małgorzacie był nudny jak flaki z olejem), otrzymujemy widowisko o sprawnym tempie, które angażuje i nie nudzi się. Jest wizualnie pięknie. Aktorzy trzymają wysoki poziom. Stylówki Diany są bezbłędne, chociaż przyznam, że nie w moim stylu, mnie inspiruje akurat księżniczka Anna i jej chustki na włosach. Jeśli chodzi o rozrywkę, to wszystko jest na miejscu. 

W tekstach kultury nie chodzi jednak tylko o rozrywkę. Tekst kultury to wciąż tekst kultury, ze swoją ideologią i przesłaniem (uprzedzam bardzo tendencyjne i nudne uwagi typu “to tylko serial o co ci chodzi”). Nie po to człowiek haruje na studiach, po których ciężko o pracę, żeby potem oglądać teksty kultury tylko dla rozrywki. Zatem teraz skupmy się na reszcie. 

Kiedy serial rozgrywa się w latach 50tych, potraktowanie historii po łebkach nie przeszkadza tak bardzo, bo to serial z innej epoki. Jak produkcja kostiumowa. Kto, poza garstką entuzjastów tematu, zwracałby uwagę na to czy Elizabeth Bennet ma w “Dumie i Uprzedzeniu” fryzurę z odpowiedniej dekady i właściwie buty. Tyle, że kiedy wchodzimy w lata osiemdziesiąte, to już nie działa. Moi rodzice brali ślub w tym samym roku co Karol i Diana, a ja sama pamiętam Margaret Thatcher z telewizji. Musiałam mieć wtedy trzy lata, ale owszem, pamiętam picie mleka po kąpieli i oglądanie Panoramy oraz Thatcher na ekranie. To już nie jest “dawno, dawno temu, za górami, za lasami”. 

Jeśli zaczynamy serial na wysokim tonie od zamachu terrorystycznego IRA, a potem uznajemy, że tematu nie ma, chociaż aktywność IRA rosła, to coś tu nie styka. Mamy Thatcher odgrażającą się, że pokona IRA i…nic. Kiedy omijamy fakt, że IRA przeprowadzili nieudany, ale spektakularny zamach na samą premier w hotelu w Brighton, to nie jest już dobrze pisana historia. Nawet w wersji serialowej. Przypomnijmy, że IRA zabiła w Europie więcej osób niż muzułmańscy terroryści. W przybliżeniu trzy tysiące. Tak że ten…

Sama Thatcher potraktowana jest przynajmniej kuriozalnie. W serialu dowiemy się jak niszczy brytyjskiego ducha, ale nie dowiemy się czemu tak właściwie dostała od królowej order za zasługi. Chociaż padają słowa, że kraj się zmienił, to nie uświadczymy nawet jednego zdania o tym jak się zmienił. Dla kogoś zainteresowanego brytyjską historią jakkolwiek bardziej niż czytanie nagłówków o rodzinie królewskiej, ten sezon jest po prostu banalny. Stare mechanizmy już nie sprawdzają. Tak, fabularnie wciąż wciąga, ale Emily in Paris też mnie wciągnęło, a nikt chyba nie będzie się sprzeczał co do merytorycznej wartości tej produkcji. 

Nie spełniła się na szczęście moja najgorsza obawa, że Thatcher dzięki interpretacji Gillian Anderson podbije serca widzów. Przynajmniej mojego nie podbiła. Widziałam sporo niepochlebnych komentarzy odnośnie tej kreacji aktorskiej, ciężko mi się jednak jednoznacznie wypowiedzieć co myślę. Nie wiem co myślę. Osobiście nie podzielam odczuć, że została okrutnie poniżona w odcinku w Balmoral, ponieważ jest dla mnie w tym odcinku tak samo antypatyczna jak rodzina królewska wobec niej. Tak samo pogardliwa, tylko wobec innych zachowań. Nie wiem też co sądzić o jej zgryźliwych komentarzach podczas Highland Games. Szkocja mocno ucierpiała w czasie rządów Thatcher, powiązanie tego z jej rzekomym wymyślonym poniżeniem jest trochę…no trochę meh. 

W pewien sposób jest taką dziwną, niemal karykaturalną wiedźmą, co można uznać za ukłon w stronę lewej strony sceny politycznej. Z drugiej dostaje od królowej klepanko po plecach na koniec kariery, niecnie zdradzona przez złych mężczyzn z partii – ukłonik ku konserwatystom. Jest chyba trochę tak, że skoro twórcy chcą zadowolić wszystkich, to nie zadowolili nikogo?  

Mam niestety wrażenie, że królowa z sezonu na sezon robi się coraz głupsza. Jej poczynania polityczne są przynajmniej toporne. Jej mądrości życiowe są już nawet nie naiwne, są chwilami żenujące (niezapomniania scena z wpatrzonym fajerwerki Karolem to mistrzostwo cringe’u). Lubię Olivię Coleman jak każdy przyzwoity człowiek i nie ujmuję jej talentu aktorskiego. Nie wiem czy to kwestia interpretacji czy scenariusza, ale między bystrooką postacią wykreowaną przez Claire Foy i trochę obciachową starzejącą się panią w wykonaniu Coleman widzę olbrzymią przepaść. Tak jakby w którymś momencie coś ją złamało. Szczerze mówiąc między księżniczką Małgorzatą Vanessy Kirby i postacią Heleny Bonham Carter widzę podobny rów. Kirby była uwodzicielska i charyzmatyczna, Bonham Carter (znów, świetna przecież aktorka) jest smutną i wredną pańcią, która powinna wiedzieć lepiej i być mądrzejsza, a jest wręcz na odwrót. Chociaż przynajmniej tę postać możemy jakoś wytłumaczyć, możemy zrozumieć co ją złamało. Niewiele ją to jednak nauczyło. Ponieważ Coleman i Carter to aktorki niemal wybitne, obwiniam jednak scenariusz. Jeśli zamysł jest taki, że na starość wszyscy dziwaczejemy, to udało się. 

Przejdźmy teraz do postaci, na którą wszyscy czekali. Proszę Państwa, oto Diana Bez Skazy. No, może zaczynamy widzieć, że jest wpatrzona w siebie jak w obrazek, ale kto mógłby winić tak przeuroczą i tak skrzywdzoną księżniczkę. Tej Diany nie da się nie kochać, nie da się jej nie lubić. Według wypowiedzi biografa rodziny królewskiej, wszystkie jej krzywdy zostały maksymalnie podkręcone, a wszystkie jej przewinienia usunięte lub złagodzone. Ot, dostaliśmy ikonę Diany. Ale czyż nie tego chcieliśmy? 

Jedynym zaskoczeniem było dla mnie łagodne i dość pozytywne przedstawienie Camilli Parker-Bowles. Chociaż może to moja interpretacja, bo mama napisała mi krótko “Camilla sukowata”. Nie podzielam tego zdania. Poza byciem w nieprzyjemnej oczywiście pozycji kochanki, Camilla nie wypowiada o nikim złego słowa i jest właściwie najsympatyczniejszą postacią może nawet w całym sezonie. 

Podsumowując, bo szybkie refleksje rozlały się w formę wcale długiego tekstu. Cały serial robi się w dużym stopniu jak Downton Abbey. Jest to, owszem, sprawnie napisany i ekscytujący melodramat, natomiast traktuje swoich bohaterów i historię instrumentalnie. Nie należy brać niczego co widzimy za wiarygodne. Ogląda się dobrze, ale nie jest to mądre. Ani tak głębokie, na jakie się kreuje. I tak, wciąż uważam, że to jest w dużym stopniu nie ok, kiedy traktujemy o żyjących współcześnie osobach. Możemy udawać, że cała publika rozumie mechanizmy, ale po dyskusjach z okazji ostatniego tekstu widzę, że wiele mechanizmów pozostaje w mitycznej sferze naszych wyobrażeń.

Uff. To by było na tyle. Więcej bólów nie pamiętam. 

Poza jednym. Obecnie nie mam już czego oglądać do pizzy. Macie jakąś rekomendację? 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry