sparkler-918836_1920
Riennahera

Riennahera

Moje sukcesy i porażki w 2020

Napisać, że to był wyjątkowy rok, to nie napisać nic. Frazes. Był to jeden z najbardziej niesamowitych okresów w życiu wielu z nas, przy czym pod określeniem “niesamowity” mam na myśli tę część słownikowej definicji “budzący podziw lub grozę”.

Niemniej dla mnie był…nie taki zły. Na pożegnanie, jako ostatni wpis roku, w skrócie o kilku rzeczach miłych i mniej miłych. W kolejnym, tradycyjnym wpisie o postanowieniach, który zawsze publikuję w styczniu, będzie o tym jeszcze więcej. Ale to wkrótce. 

Sukcesy (kolejność przypadkowa)

Książka: To moja największa tegoroczna duma i sukces. Po kilkunastu latach obmyślania fabuły, w końcu siadłam na tyłku i zaczęłam regularnie spisywać wszystko, co siedziało mi w głowie. W momencie pierwszego lockdownu w Londynie czułam totalny brak życiowego celu. Ludzie musieli pracować z domu albo w okresie pandemii chodzić do pracy leczyć innych ludzi albo wykładać jedzenie na sklepowych półkach, a ja, poza zajmowaniem się dzieckiem, jak przedtem, nie robiłam nic. Nic ważnego. Nic ciekawego. Nic jakiegokolwiek. 

I wtedy postanowiłam, że jeśli nie napiszę tej książki począwszy od TERAZ, to nie napiszę jej nigdy. I oto w grudniu mam ponad 96 tysięcy słów. 

Czy to jest dobre? Chyba nie. Często chce mi się wyć, że jest złe. Ale to nie ważne. Bo JEST. Mam też głębokie poczucie, że mimo lockdownu to wcale nie jest zły rok. Ba, pod wieloma względami bardzo dobry. A książka to jeden z najważniejszych względów. 

Zarobki: W tym roku zarobiłam na blogu ponad 14 000 złotych. Na działalność i faktory VAT. Wiele osób, które znam, uznałoby to za porażkę, bo to ich miesięczne dochody z bloga. W porównaniu z naprawdę znanymi blogerami, to pewnie nie jest nawet jedna ich umowa. Nie jest to też wielki wkład do mojego budżetu domowego, który również ma się zdrowo. Nie odczuliśmy pandemii.

ALE. 

Gdybym mieszkała w Polsce, byłby to bardzo przyjemny dodatkowy tysiączek miesięcznie. A to nie jest wcale kwota do pogardzenia, bo potencjalnie pokrywałaby koszty jedzenia. Jest to jakaś motywacja, tym bardziej, że większość czasu skupiałam się jednak w pisanie książki i zdecydowanie da się tego bloga bardziej pocisnąć. Czego bardzo sobie życzę. 

Najwyższe statystyki w historii bloga: Grudzień przechodzi do mojej blogowej historii jako najmocniejszy zasięgowo miesiąc. Nie do końca jest to moja zasługa i nie sądzę, żeby znowu tak wielu nowych użytkowników ze mną zostało, ale wydarzyły się. To znaczy, że się da. Trzeba po prostu pisać. 

Pewność siebie jako matka: Kiedy urodziłam córkę, stresowałam się jak bardzo nic nie wiem, nie ogarniam i w ogóle wszyscy na pewno wiedzą wszystko lepiej. Gdy miała kilka miesięcy potrafiłam się zestresować, że ubrałam ją nie tak jak NALEŻY (bo była na spacerze w śpioszkach, a starszy o tydzień synek koleżanki w spodenkach i koszulce), albo że nie ma jeszcze takiej zabawki jak wszystkie inne dzieci i pewnie będzie przez to mniej rozwinięta. Obecnie większość rzeczy mam pozytywnie gdzieś. Wiem, że dam radę, wiem, że przeżyjemy, mało rzeczy mnie przerasta, mało przeraża. 

Nie jest idealnie, ale jest…okej. Kokodżambo i do przodu. 

Porażki 

#52rysunki: Jestem dumna z zamysłu i efektów, jakie mój pomysł przyniósł innym. Forestories Illustration zaczęła sprzedawać swoje ilustracje. Bajkoszycie stworzyła absolutnie przepiękne prace. Wiele innych osób zmotywowało się i tworzyło. To jest super uczucie. 

Sama niestety nie dałam rady z wyzwaniem. I mam dobre powody. 

Kiedy je wymyślałam, nie było pandemii. Nie pisałam książki. Czas, kiedy Iona była w żłobku albo wieczory poświęcałam na rysowanie. W momencie lockdownu straciłam na dłuższy czas żłobek, wkrótce potem stwierdziłam, jak już wspomniałam, że jeśli nie zabiorę się za pisanie, to książka nigdy nie powstanie. 

Żal mi, że nie udało mi się rysować, ale wybrałam po prostu inne priorytety. Na chwilę obecną ważniejsze. 

W tym roku lada dzień wrzucę hasła na 2021 (pierwszy tydzień rozpocznie się 4 stycznia). Sama myślę, że znowu nie dam rady, bo czeka mnie końcówka książki, kolejny draft, szukanie wydawcy i…pisanie kolejnych tomów, ale wspaniale dawać komuś pomysły. Więc jedziemy dalej. 

Blogowanie: Napisałam w poprzednim punkcie pozytywne rzeczy o blogu, a teraz czas na łyżkę dziegciu. Bo mimo, że w moich social mediach dzieją się dość fajne rzeczy. Mam świetną grupę i miłą społeczność na instagramie. Mam długofalowe, fajne współprace, mimo wszystko nie jestem w blogowaniu w tym miejscu, w którym bym chciała, zarówno z częstotliwością tekstów (i może ich jakością też? nie wiem) jak i z wynikami jakie osiągam. Częściowo zależy to ode mnie, bo książka chwilami pochłaniała mnie całkowicie, pisałam mało i może nie tak ciekawie jak dawniej, częściowo nie. Zdaje się, że pandemia miała wpływ na zachowania w sieci. 

Chciałabym w przyszłym roku zrobić więcej. I lepiej. I taki mam plan. 

Porażek było więcej, ale osobiste zachowam dla siebie lub poruszę je wkrótce. Albo i nie. Nie ma co się skupiać na tym co złe, skoro można iść do przodu bez bólu. 

Od siebie życzę Wam lżejszego roku 2021. Nie powinno to być znowu tak ciężkie do osiągnięcia…

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

1 thought on “Moje sukcesy i porażki w 2020”

  1. Co tu dużo pisać… czekam na Twoją książkę! Myślę, że rok 2021 będzie rokiem przygód z wydaniem i jej promocją. NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry