lockdown
Riennahera

Riennahera

10 myśli o lockdownie

Ten temat od początku był ciężki i miał rys kontrowersji. Nikt się nie spodziewał globalnej pandemii (no, poza naukowcami, którzy się spodziewali) podobnie jak hiszpańskiej inkwizycji. A jednak. Po roku temat nie jest ani trochę lżejszy, wręcz przeciwnie, bo każdy już w mniejszym lub większym stopniu pocierpiał i ma zdecydowaną opinię. Jakakolwiek by ona nie była. Na większość z nich jestem otwarta, bo mamy różne potrzeby, różną wrażliwość, różną sytuację życiową. Niektórzy muszą chodzić do pracy, inni nie. Niektórzy mają dzieci, inni nie. Jedni mają wielkie domy z ogrodem, balkony i tarasy albo las pod nosem, inni wynajmują pokój w mieszkaniu w blokowisku. Niektórym łatwiej egzystować w zamknięciu, inni się duszą. Szanuję zdecydowaną większość postaw, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam. 

Nie szanuję #plandemii i związanych klimatów w stylu “włącz youtube, obejrzyj filmik i zacznij myśleć”. Z tym dyskutować nie będę, ale myślę, że na tym blogu nie muszę.  

Do wszystkich innych, którzy mają swoje odczucia i uczucia – to są moje myśli, wynikające z mojej sytuacji. Mam prawo myśleć i fakt, że ja sobie coś myślę, nie znaczy, że mam absolutną rację, a kto inny nie ma w ogóle. Nie znaczy, że kogoś atakuję. Znaczy, że coś czuję. 

Zdefiniujmy sobie lockdown. Ta definicja będzie różna, przede wszystkim w zależności od szerokości geograficznej i stosunku rządu do walki z pandemią. 

DLA MNIE nie jest lockdownem sytuacja, w której ludzie pracują poza domem (z wyjątkiem key workers), w której ludzie mogą swobodnie przemieszczać się po kraju, wyjeżdżać z niego oraz spotykać się bez regulacji ze znajomymi lub rodziną. 

Umówmy się, że przynajmniej praca to nie jest wolny wybór. Nie oceniam ludzi, oceniam warunki lockdownu – a więc oficjalne decyzje. 

Przy pierwszym lockdownie było naprawdę źle. Wróciłam na terapię. Myślałam, że coś sobie zrobię. Przy drugim działały żłobki i było zimno. Chyba przeleżałam go pod kocem. Nie pamiętam. Na trzeci machnęłam ręką. Obecnie Wielka Brytania powoli, powoli luzuje obostrzenia, ale jeśli miałabym przeżyć kolejne trzy lockdowny…Bring it on. JUŻ NIC MNIE NIE ZŁAMIE.

Jeśli coś nie jest prawnie zabronione, to ciężko oczekiwać od ludzi, żeby tego nie robili. Ja wiem, możemy się znów kłócić nad definicjami i rozbijać o każdą życiową sytuację. Bo na przykład zdradzanie małżonka nie jest prawnie zabronione. Defekowanie na środku pokoju też nie. Niemniej, nie uważam, żeby wyjazd na wakacje należał do tej samej kategorii. Jakkolwiek może się to komuś nie podobać, jeśli coś jest legalne, to jest legalne i już. 

Jednocześnie, kiedy ktoś tłumaczy, że jedzie na wakacje ODPOWIEDZIALNIE, JA jako osoba, której dotyczy prawny zakaz wyjazdu jeszcze przez przynajmniej miesiąc, w ogóle nie przyjmuję tego argumentu. 

Jaki jest konsensus? Nie wiem. Czy nie wolno jechać? Nie wiem. Czy ja bym pojechała? Ja jestem w dziewiątym miesiącu ciąży, więc ja nie jadę nawet na zakupy na Oxford Street, bo boję się, że urodzę w taksówce do szpitala. Ba, już nawet podjechanie autobusem na koniec dzielnicy mnie przerasta. Problem wakacji jest mi zatem całkowicie obcy. 

Umówmy się, że wiele kwestii powinno być regulowanych przez rząd, opierający się na rekomendacji KOMPETENTNYCH ekspertów, a nie na decyzji i widzimisię jednostki. Zresztą, w wielu aspektach społeczeństwa. Brzmi jakbym chciała ograniczać WOLNOŚĆ?! Chyba dobrze brzmi. Wolność, która zagraża podstawowemu fizycznemu bezpieczeństwu bliźniego. Na przykład w ruchu drogowym. So sue me. 

Jest wielką słabością demokracji, że w pewnym momencie historii decyzje zaczęły być podejmowane tak by podobały się społeczeństwu i nie za bardzo je denerwowały. Założenie, że SPOŁECZEŃSTWO jest zbiorem odpowiedzialnym, rozsądnym, jednolitym, mającym wspólny interes jest…utopijne? Naiwne? A może żałosne? 

Od dobrych kilku lat widzimy co z demokracją zrobił internet. Niezmiernie ciekawi mnie jaki system polityczny wyewoluuje z obecnej demokracji, która ewidentnie jest reliktem. Mam niestety przeczucia, że może wcale niekoniecznie będzie on przyjemny. Nie dla większości. Bo cóż, większość nie jest zamożna i wpływowa. 

Mędrca szkiełko i oko więcej mówią do mnie niż czucie i wiara. 

Romantyzm to epoka piękna literacko, ale chciałabym, żeby pozostała na zawsze pogrzebana głęboko w odmętach historii. 

Nie znoszę gloryfikowania własnego sposobu życia. Mam wrażenie, że jest jakaś duma w stwierdzeniu “NO JA NIE CHODZĘ DO TEATRÓW I NIE LATAM PO KAWIARNIACH ANI FRYZJERACH”. Cóż, ja nie chodzę do kościoła i nie powiedziałabym, że chrzanić kościoły, mogą na zawsze pozostać zamknięte i w ogóle zmienione w wielkie salony fryzjersko-kosmetyczne. 

To nie jest zjawisko tylko lockdownowe, bo i antynatalizm i jeszcze kilka innych -izmów rozbija się o to samo, o przypisywanie wyborom życiowym moralnej wyższości, ale lockdown zdecydowanie sprzyja wszelkiej dumie.

Serio, niekorzystanie z fryzjerów, kosmetyczek, kawiarni, klubów, instytucji kultury czy czego tam jeszcze, nie sprawa, że jesteś lepszym człowiekiem. Ani gorszym. Tak jak samo czytanie książek nie czyni jeszcze z nikogo intelektualisty. 

Lokalny lockdownowy koloryt różni się między sobą i dostaję wiadomości “widzę na story, że ludzie nie noszą w Londynie masek na dworze, jak to?!”. Nie noszą jak nie chcą, bo w żadnym momencie nie było takiego nakazu. Za to nie byli u fryzjera ani u kosmetyczki od grudnia. 

Mówię tylko o moim doświadczeniu i otoczeniu, natomiast w sklepie czy środkach transportu (kiedy JA tam jestem) bez maseczki pojawiają się jednostki. A odsłonięte obciachowe nosy widuję, ale niezbyt często.

Warto czasem na chwilę wstrzymać się z oburzeniem. Bo jeśli coś jest legalne, to jak w punkcie drugim. 

Najbliższe wolne terminy u dobrych, jakościowych fryzjerów w okolicy są za dziesięć dni. Totalnie nie zdążę przed porodem. Ech. 

Jak wspaniale było zjeść pierwszy od grudnia lunch w lokalu. Owszem, na świeżym powietrzu, kelner miał maseczkę i siedzieliśmy w odpowiedniej odległości od ludzi, ale uczucie powrotu do życia – bezcenne. 

Tego wszystkim życzę jak najszybciej. 

Patrzyłam miesiącami z zazdrością na nowe fryzury, paznokcie i domowe spotkania osób z internetu. Chwilowo czuję się nagrodzona za frustracje. Chwilowo czuję nadchodzącą wiosnę i nadchodzącą ekscytację. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

2 thoughts on “10 myśli o lockdownie”

  1. Mam te same odczucia odnośnie romantyzmu 😉 I odpowiedzialności społeczeństwa. I tak samo zastanawia mnie przyszłość demokracji.. Świetny tekst 😊

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry