terapia2
Riennahera

Riennahera

10 myśli o terapii

(ten wpis opowiada tylko o moich doświadczeniach i nie ma żadnych pretensji do profesjonalizmu)

Po raz szósty zaczynam terapię.

No, może po prostu po długiej przerwie kontynuuję piąty raz? Bo z tą samą terapeutką, tyle, że po pół roku przerwy?
Różnie podchodziłam do terapii. Z lękiem. Z niepewnością.
Tym razem – cieszę się. Czuję ekscytację na myśl, że mogę rozwiązać problem, który mnie dręczy.
Czuję taką ekscytację, że ten tekst pisze się niemal sam.
Zapraszam do mojej głowy.

Z terapeutą jest jak z życiowym partnerem. Musi zaiskrzyć. Można spotykać się z osobą, która ma świetne wykształcenie i świetne doświadczenie, a nie poczuje się z nią chemii i nie będzie chciało się z nią rozmawiać. To też podobnie jak kiedy pracowałam w sprzedaży w dziale reklamy w prasie. Każdy w teamie miał pewną swoją specjalizację, typ osób, z którymi łapał lepszy kontakt. I tak najprzystojniejszy chłopak w firmie był lepem na młode kobiety i starszych panów, którzy traktowali go jak syna i rozmawiali z nim o piłce nożnej. Ładne i sympatyczne blondynki umiały świetnie dogadać się z dziewczynami, które mogłyby być ich przyjaciółkami oraz zauroczyć wielu mężczyzn, chyba, że ci uważali się za zbyt ironicznych, żeby flirtować z blondynkami, wtedy…zwykle lubili mnie, ha ha. Tak było, nie kłamię Moją specjalnością byli zatem nieco dziwni panowie 30-45 lat oraz, uwaga – panie w wieku mojej matki. Świetnie się z nimi dogadywałam.
Nie, nie chodzi tu o żaden seksizm, po prostu z takimi klientami CZĘSTO czuliśmy chemię, mieliśmy wspólne tematy, jakoś szło lepiej. Do tego stopnia, że kiedy koledze zupełnie nie szło z jedną z najważniejszych klientek, wszystkie problemy minęły, kiedy zaczęła pracować ze mną. A był świetnym przedstawicielem handlowym. Po prostu nie mieli chemii. I była to pani w wieku mojej matki…
Z terapeutami mam zupełnie tak samo. Na pięć osób, z którymi miałam w życiu okazję pracować, ufałam…dwóm. Starszy pan, jeszcze kiedy byłam na studiach, w ogóle mi nie pasował. Dwie kobiety mniej więcej w moim wieku były bardzo miłe, ale nie czułam się z nimi dobrze. Były za bardzo jak koleżanki. Najlepiej dogaduję się…bingo. Z kobietami w wieku mojej matki.
Choć przypuszczam, że mogłoby wyjść z nieco quirky mężczyznami w wieku 30-45 lat, he he…

Są tematy, przy których się płacze. Są tematy, które bolą. Ja mam temat, który są zupełnie zablokowane i nie chcę w ogóle ich poruszać. Na przykład – nie rozmawiam o mężu. Nie dlatego, że mamy jakieś problemy czy że się wstydzę. Z jakiegoś powodu czuję, że to jest tak bardzo moje i prywatne, że ten aspekt życia chcę chronić.
Dopiero z obecną terapeutką poruszyłam jakkolwiek tematy związku, ale szczerze mówiąc, dalej nie mam ochoty o tym rozmawiać.

Nie raz w różnych wiadomościach dostawałam pytania czy daję radę z terapią po angielsku czy jednak chodzę do osoby mówiącej po polsku. Oprócz ostatniej terapeutki, zawsze rozmawiałam po angielsku. I wolę rozmawiać po angielsku. Może ma to jakiś związek z większym dystansem do siebie w obcym języku?
Wynikła z tego też sytuacja, która mnie bawi. Terapeutka zwróciła uwagę, na słowa, których użyłam. W wolnym tłumaczeniu, rozmowa przebiegła:

  • To chyba nic nie znaczy. Nie wiem czemu wybrałam takie słowa.
  • A jednak wybrałaś.
  • Może po prostu to kwestia mojego angielskiego?
  • Myślę, że obie zdajemy sobie sprawę z poziomu twojego angielskiego i to tylko marna próba uniknięcia odpowiedzi na moje pytanie.

Touché.

Uważam, że każdy powinien odbyć terapię. Nie dlatego, że ma problemy. Nie dlatego, żeby szukać ich na siłę. Po to, żeby zrozumieć mechanizmy, które nim kierują i swój sposób myślenia. Z pomocą osoby, która jest specjalistą.
To bardzo pomaga w życiu. Abstrahując już od moich problemów, wiem, że dzięki terapii stałam się osobą o wiele bardziej przyjazną, empatyczną i wyrozumiałą. Myślę, że również bardziej asertywną. To wszystko są dobre cechy do rozwijania w kontekście codziennego życia.

Kiedyś martwiłam się, że kolejny raz zaczynam terapię. Terapeutka zapytała mnie dlaczego. Dlaczego to jest problem? I właściwie…to nie jest problem.
Obecnie terapia jest dla mnie jak pójście do dentysty. Kiedy boli, idę. Nie czuję potrzeby chodzenia do dentysty co tydzień przez całe życie, ale są okresy, kiedy do naprawienia jest tyle, że regularne wizyty są niezbędne. A potem nie są. A potem może znowu będą.
Nie wiem jak zapatruje się na to teoria. Wiem, że w tej chwili MNIE to odpowiada i tego chcę.

Nie mam problemu pisać o terapii, ale nie znoszę analiz robionych przez nieznajomych. Nie uważam, że mamy prawo do diagnozowania ludzi na podstawie urywków wiadomości z ich życia przefiltrowanych przez nasz odbiór ich przekazu. Zwłaszcza będąc psychologami i psychiatrami z dyplomem z wikipedii, a nie z uczelni.

Oczywiście, że mnóstwo osób ma gorzej niż ja. Mnóstwo moich problemów to problemy pierwszego świata. Nie twierdzę, że jestem najbardziej poranioną osobą, której dzieje się najgorzej. Nigdy tak nie uważałam i wręcz większość osób boi się przecież iść na terapię albo im głupio, bo przecież inni mają gorzej i w sumie to nic się nie dzieje. Ale wiem, że mogę MYŚLEĆ lepiej, sama siebie traktować lepiej. I nie widzę powodu, żeby nie zainwestować w siebie, żeby tak się stało. Gdyby bolał mnie ząb, przecież zajęłabym się nim. A istnieją gorsze bóle niż ząb, prawda?
(Chociaż nie do końca prawda, ból zęba związany z infekcją przy kanale uważam za jeden z najgorszych w moim życiu, pobija go tylko poród)

Teraz wstydliwe wyznanie – nie mam pojęcia w jakim nurcie odbywały się moje terapie. Oprócz jednej CBT. Nigdy nie wpadłam na zadanie tego pytania, a terapeuci nie oznajmiali „dzień dobry, zaczniemy zatem gestalt/psychodynamicznie/poznawczo-behawioralnie” czy jakkolwiek inaczej. Może to temat do poruszenia przy kolejnym razie…

Jednym z paradoksalnych plusów pandemii jest popchnięcie mnie (i mnóstwa osób, jestem pewna) do terapii przez Skype, Zoom czy inne ustrojstwo online. Rozumiem, że nie każdemu się to rozwiązanie sprawdzi, dla mnie działa świetnie. Nie mam wymówki, że nie umówię się na sesję „bo dzieci”, „bo nie mam czasu”. Odpada mi argument, że „nie chcę poświęcać prawie trzech godzin na dojazdy i spotkanie, żeby porozmawiać o tym jak mi minął tydzień”.

Myślę, że na obecnym etapie życia znam więcej osób, które były na terapii niż tych, które nie były. Na pewno wśród tych z mojego pokolenia. Na pewno wśród tych, z którymi się trzymam. Czy to oznacza, że jesteśmy jacyś dziwni? Chorzy? Miękcy? Myślę, że dbamy o siebie bardziej i nie zaciskamy zębów, bo inni mają gorzej.
Myślę, że to wspaniałe.

PS Nie mam obecnie depresji i na terapię wybieram się z innego powodu, niemniej, być może zainteresują Cię moje teksty o depresji.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry