OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Riennahera

Riennahera

Sceny z życia rodzinnego tom 2

Lubię pisać wesołe rzeczy. Naprawdę. Może nie widać tego po kilkunastu latach istnienia bloga, ale zdarzało mi się pisać zabawne teksty i sprawiały mi dużo radości. A sceny z życia rodzinnego są wesołe. No, może nie wesołe. Są śmieszne. Mnie śmieszą. Nawet jeśli to śmiech przez łzy po czterech deszczowych dniach w domu z dwójką małych dzieci. 

CO SIĘ NIE ZABIJE TO CIĘ WZMOCNI. Albo obślini. 

No cóż. Przynajmniej produkujemy na potęgę wspomnienia. A blog jest najlepszym sposobem na przechowanie wspomnień. Można je wtedy wyszukiwać w google. Nie spłoną. Nie przepadną. Internet nie zapomina. Zatem powracam z kolejną odsłoną.

Czy uda się zrobić z tych scen regularny cykl? Byłoby wspaniale. Jestem dobrej myśli. Iona coraz więcej mówi. Orla kiedyś też zacznie. Content niemal sam się tworzy. Nawet jeśli bywa dość monotematyczny…

Urodziny

Z poprzedniego tekstu możecie pamiętać, że Iona przechodzi przez manię urodzin. Nie wiem czy to kwestia żłobka czy też zgubny wpływ książki “Pierwsze urodziny Prosiaczka”. Jest to jednak fakt. 

Ma też całkiem dobry kontakt z trzymiesięczną siostrą. Dużo jej opowiada, chce ją łaskotać i przytulać. To znaczy zgnieść kładąc się na niej, ale umówmy się, że przytulać. 

Jestem w kuchni, spoglądam co chwila na dziewczyny. Orla leży w bujaku, a Iona śpiewa jej:

  • Stary Donald farmę miał, ija ija oł! A na tej farmie torty miał. Happy Urodziny!

Znowu urodziny…

Siedzimy na kanapie. Iona bawi się torebką na prezenty.

  • Są moje urodziny!
  • Nie są – odpowiadam nieco już znudzona. – Będą za niecałe pół roku. Co byś chciała dostać?
  • Hmm…tort?
  • Dobrze, mama zrobi tort. Coś jeszcze?
  • Hmm…kwiatek!
  • Nie ma sprawy, mogę obiecać kwiatka. Jeszcze coś?
  • Hmm…Sasaja? Chcę sasaja!
  • Masz już hulajnogę. Może balon?
  • Tak, balon. 
  • No to świetnie. Będzie tort, kwiatki i balon. 

Iona siedzi i czeka. I czeka. I czeka…

  • Poproszę tort! – domaga się zniecierpliwiona i rozgląda wokół. 

Real love

Orla płacze. Nie jakoś mocno, ale z widoczną irytacją. Nie ukrywam, najczęściej moja pierwsza myśl to “o nie, znowu, kiedy to się skończy”. Ale czasem i mnie trafi się przypływ czułości. No więc tym razem się trafił, biegnę do niej jak na skrzydłach. Już zaraz utulę niemowlę w ramionach. Już zaraz ukoję malutki Weltschmerz.

  • Jest mama, już jestem bobasku. Kocham cię. Kochasz mnie?
  • PFRRRRRRRR – rozlega się w pielusze.

Życie to teatr

Facebook przydybał mnie dobrze targetowaną reklamą – taką z biletami na nową inscenizację “Kabaretu”. W obsadzie – Eddie Redmayne. Bilety od trzydziestu funtów. Czyż nie brzmi to jak marzenie?

Już rezerwuję na styczeń. Już mam je w koszyku. Spektakl w dzień, bo mamy żłobek. Z pewnością zdążymy odebrać Ionę po przedstawieniu. Już prawie płacę. Już myślami jestem w teatrze. Coś jednak mnie tknęło i wysyłam smsa z mojej kanapy w salonie do leżącego w sypialni na piętrze męża czy mu to pasuje i co sądzi i czy idziemy. 

I wtedy pada znamienne pytanie:

  • Ale że z Orlą?

Tak, zapomniałam, że mam dwójkę dzieci. 

Trochę chujowo

Iona nie jest wielbicielką jedzenia, chyba, że tym jedzeniem są lody, ciastka lub owoce. Albo…

  • Penis! – cieszy się Ionka. 

Jako zatrwożeni i oburzeni rodzice patrzymy się na siebie, a potem na toddlera, ale okazuje się, że…

  • Ionka, to nie penis. To winogrona…
  • Dżodżozona!
  • Tak, dżodżozona, to są winogrona. 
  • Aha. Penis!

(tak, używamy w domu określeń medycznych na części ciała, ale poza tym nie pytajcie, bo nie wiem o co chodzi)

Gra o Tron?

Niedzielny spacer. Jedna z tych okazji, kiedy można przez chwilę porozmawiać. Czasami nawet bez krzyku. 

  • Obejrzałabym jakiś film – stwierdzam rozmarzona, bo filmy oglądam w kawałkach jak seriale. –  Coś w stylu „Ex Machina”, ale żeby nie była to „Ex Machina”.
  • Proponuję “300” – sugeruje mąż, który przeżywa obecnie retrofascynację filmem. 
  • W którym punkcie “300” ma cechy wspólne z „Ex Machina”?
  • Królowa ma taki mechaniczny uśmiech – odpowiada automatycznie (he he) Ell.
  • Ach, coś w tym jest. Ten taki krzywy, niezręczny uśmiech, którym grała jako Cersei. Ten uśmiech jak Tocia…Toćka jesteś Cersei?
  • Tak – odpowiada pewnie Iona, jadąc na dostawce do wózka niczym na rydwanie ognia. – Jestem Cersei
  • Kto jesteś? – patrzę osłupiała.
  • Jestem Cersei.

I teraz nie wiem czy mam się bać czy cieszyć. 

Ale chyba cieszyć, bo w końcu Lannisterowie zawsze spłacają długi. Jeśli uznać, że wychowanie dziecka jest jego długiem zaciągniętym wobec rodziców…TO BĘDĘ BOGATA. WIN.

(Dobrze, że Toćka nie ma brata)

(Czy coś…) 

Kawiarniany gwar

Iona jest wielką fanką babyccino. 

W wersji kawiarnianej jest to pierwotnie spienione mleko z piankami marshmallow lub czekoladką. Większość kawiarni serwuje je w wersji na szybko, posypane szczyptą proszkowanej czekolady. W domu robimy je w garnku jako ciepłe mleko z cynamonem i odrobiną miodu. 

Jakiej formy by nie miało, Iona nie może żyć bez swojego babyccino, tak jak rodzice nie mogą zacząć dnia bez kawy. Czasami wstaje rano i pierwsza rzecz, której żąda, to babyccino. Niczym mała skacowana imprezowiczka. Czasami oznajmia, że jest chora i MUSI babyccino. 

Ale tym razem…

  • Ionka, musisz być teraz grzeczna i spokojna – smarkam żałośnie. – Mama jest trochę chora. 
  • Mama musi babyccino! 

Czym jest dika? 

Poszłam po Ionkę do żłobka. Już w drzwiach miała łzy w oczach.

  • MOJA DIKA MOJA DIKA – krzyczała rozpaczliwie. 

Próbowałam dowiedzieć się o co chodzi, bo afera była wielka. 

  • O co chodzi, o piłkę? Czy ktoś ci zabrał piłkę w ogródku?

Z każdą chwilą jest gorzej. Takiego tantrum jeszcze nie miała. Biorę ją na ręce, przytulam i niosę do domu, ale wyrywa się i panikuje. 

  • MOJA DIKA MOJA DIKA!

Dwa razy musimy wracać, przechodzimy znów przed żłobkiem, inni czekający na dzieci rodzice patrzą się na nas podejrzliwie.

  •  MOJA DIKA!

Nie możemy wrócić do domu na obiad dopóki nie zgadnę co to jest ta pieprzona DIKA. WTEM, Iona wskazuje na nadgarstek wychowawczyni. A na nim – czarna gumka do włosów.

Otóż córka ma wyszła rano uczesana w kitka. W ciągu dnia go rozpuściła i zgubiła gumkę. Jak wychodziła to myślała, że gumka, którą wychowawczyni ma na ręku jest jej, bo była taka sama. Więc pani musiała jej oddać “zagrabioną” gumkę, żebyśmy mogły wrócić do domu.

Ale pani szybko się uczy. Następnego dnia miała już dla Iony przy wejściu specjalnie odłożoną gumkę. 

Życzę Ci, żeby komuś zależało na Tobie tak jak Ionie na gumce. I na urodzinach. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry