Processed with VSCO with q1 preset
Riennahera

Riennahera

Miesięcznik Pogardy 7/2021

To był miesiąc pierwszych razów. Bardzo intensywny, chociaż w banalny sposób. Bez fajerwerków, chociaż z nerwów nie mogłam czasem spać. Nie przeciągając wstępu, lipiec wyglądał jak następuje.

ZOO: Pierwsza wizyta w ZOO z dwójką dzieci. W ogóle pierwsze poważne wyjście z dwójką dzieci. Orli oczywiście zwierzęta były absolutnie obojętne, Iona była kilkoma zachwycona (głównie pingwinami), uznała małpkę za lwa, zrobiła awanturę o lody i po kilku godzinach była zbyt zmęczona, żeby kontynuować wizytę i zasnęła na ojcu w taksówce (a co, POWODZI SIĘ!). Wszyscy przeżyli. Rodzice, dzieci, zwierzęta, taksówkarz. Sukces? Sukces!

Powrót grupy dla bobasów: Przez pierwszy rok życia Ionki moje macierzyństwo kręciło się wokół lokalnych grup dla matek, grup dla bobasów, śpiewania w bibliotece i tak dalej. Nie miałam żadnych znajomych z dziećmi, dzięki zajęciom poznałam mnóstwo osób i miałam z kim spędzać ciężki czas. Grupy i poznane dziewczyny psychicznie mnie uratowały i sprawiły, że było fajnie. Czułam, że mam prawdziwą “paczkę”. Bardzo współczuję matkom, które nie miały dostępu do tych zajęć przez pandemię, bo nie wiem gdzie ja bym skończyła psychicznie, gdyby to było moje pierwsze dziecko. Na szczęście teraz grupy powróciły. 

Z drugim dzieckiem mam zupełnie inne doświadczenia. Moje koleżanki wróciły w większości na etaty, oprócz jednej, która jak ja urodziła niedawno drugie dziecko. Jednak psychicznie jestem zupełnie gdzie indziej. Czuję się o wiele pewniej, nie boję się więc być z dzieckiem sama w domu i nie potrzebuję codziennie kontaktu z innymi osobami przechodzącymi przez to samo co ja. Kiedy mam dobry dzień i w miarę ogarniam, wolę wykorzystać spokojne chwile…dla siebie. Dla pisania, dla relaksu, nawet czasem dla SPRZĄTANIA!  O wiele rzadziej widuję się też ze znajomymi matkami, chociaż akurat zwykle z kimś się w każdym tygodniu widzę. 

Pogotowie: Młodsza córka pobiła domowy rekord ustanowiony przez siostrę i trafiła na pogotowie w wieku ośmiu tygodni (Iona mając roczek). Nie było wielkiego dramatu, cały problem okazał się zapaleniem oskrzeli, ale brytyjski system nieco inaczej organizuje codzienność. Po teleporadzie u internisty w przychodni pojechaliśmy do Accidents and Emergency Department, gdzie obejrzała nas pediatra (w lokalnych przychodniach nie ma na co dzień pediatrów, są w szpitalach). Wszystko było bardziej stresujące niż było trzeba i oczywiście zalecenie było…żadne (obserwować, karmić, mierzyć temperaturę). Chcę powiedzieć, że co nie zabije to wzmocni, ale ja poszłam spać z koszmarnym bólem pleców, który wystąpił po tym jak spadła mi adrenalina. Następnego dnia byłam zombie. 

Szczepienie dziecka: Myślałam, że za drugim razem jest łatwiej, wiecie, bo drugie dzieci niby w ogóle są łatwiejsze (Ell twierdzi, że nasze drugie dziecko jest, ale ja nie jestem w ogóle pewna). No i niby było trochę łatwiej, bo spodziewałam się najgorszego, gorączki i ogólnej apokalipsy, a była tylko połowa apokalipsy, zero gorączki i ogólne darcie się połączone z niezadowoleniem. Słaby dzień, ale bywały gorsze. Wciąż jednak nie znoszę tego momentu, kiedy bobasiątko zanosi się płaczem łączącym przerażenie z niedowierzaniem, że ktoś miał czelność skrzywdzić maleństwo. Nie pomogła nawet pierś. Po wyjściu z gabinetu Orla szybko zasnęła w wózku z niemałym fochem na twarzy, a mama się popłakała. 

Praktyczne informacje: wszystko o szczepieniach dzieci w Wielkiej Brytanii znajdziecie na stronie NHS, która jest wielką skarbnicą wiedzy medycznej i kocham ją z całego serca. Szczepienia są nieobowiązkowe, darmowe i mają miejsce około 8,12 i 16 tygodnia życia, potem około roku, trzech i pół lat itd. 

Impreza u Kat: Zaliczyliśmy pierwszą imprezę od…nie wiem. Od lat? Nie widziałam na raz tylu ludzi w zamkniętej przestrzeni od listopada. Moja przyjaciółka Kat Terek obchodziła trzydziestkę, nie mogło mnie więc zabraknąć. Co prawda impreza była specyficzna, bo to również pierwsza impreza naszych córek, jako rodzice i odpowiedzialni opiekunowie nie poszaleliśmy zatem zbyt intensywnie. W przeciwieństwie do Iony, która grała w zośkę, tańczyła, malowała i skończyła wieczór w wannie cioci ze stopami umorusanymi czarną farbą. 

A ja wypiłam całą jedną szklankę ponczu. Sami widzicie. Było GRUBO. 

Wydawnictwa: Były emocje. Wysyłałam maile. Czekałam. Była odmowa. Były inne dwie odpowiedzi. Coś chyba kiełkuje. Ja dostaję rozstroju żołądka ze stresu i z emocji i z niepewności. 

Napisać książkę to jest zupełnie nic.

Mogłabym pisać kilka rocznie. Wydać debiut to jest COŚ.

Blogowo

Pisałam o tym na co jest czas z dwójką dzieci. Wciąż znajduję ten temat ciężkim. Czas czasem jest, czasem nie jest, każdy dzień jest inny i ten chaos jest dość męczący. Ale płyniemy dalej. W fajnej i miłej współpracy z HeyDoc pisałam o diagnozowaniu się w internecie. Spisałam scenki rodzinne, były najpopularniejszym tekstem miesiąca. Myślałam o terapii (ponieważ w sierpniu na nią wracam) i o swojej niełatwej relacji z ciałem.

Filmy i seriale 

The Serpent: Historia seryjnego mordercy Charlesa Sobhraja, który rabował i zabijał młodych turystów w Azji w latach siedemdziesiątych. Mnie przyciągnął przede wszystkim okres, w którym rozgrywa się akcja, ale nie mogłam się oderwać od serialu. Zastanawiałam się dlaczego, skoro jestem od dłuższego czasu cięta na fetyszyzowanie morderców i, nie bójmy się tego powiedzieć, uważam, że koncept podcastów true crime jest moralnie wątpliwy. I chyba wiem dlaczego. Ten serial w ogóle nie skupia się na postaci mordercy. Skupia się na problemach jego otoczenia, osób, które pozwalały mu sobą manipulować. Na naiwności ofiar. Na bezduszności systemu, z którym walczy duński dyplomata tropiący Sobhraja. Sam morderca nie jest fascynujący, nie czujemy do niego sympatii. 

Lolita: Arcydzieło Stanleya Kubricka, mojego ulubionego przecież reżysera. Jak to stare filmy (mają inną poetykę, którą bardzo cenię), jest dobry, a nawet ponadprzeciętnie dobry i wciągnęłam się w niego jak nie wciągam się w niemal żadne nowości na platformach streamingowych, ALE…Tak, jest ale. Rozumiem z czego wynikają zmiany adaptacji względem książki Nabokova, jednak to nie jest dla mnie dobra adaptacja “Lolity”.  Czuć mistrzowskie umiejętności reżysera, czuć jego styl i na pewno jeśli lubi się “Dr Strangelove” to “Lolita” się spodoba, ale…hm. Film z 1997 roku mnie szokował. Ten nie szokuje jakkolwiek. A może właśnie szokuje w inną stronę, bo ten Humbert Humbert wydaje się…sympatyczny.

Oczywiście, jest to klasyka i jest to seans obowiązkowy. Aż mi głupio, że zabranie się za niego zajęło mi tyle lat.

Never Have I Ever: Jak to się stało, że kobieta grubo po trzydziestce ogląda seriale o nastolatkach i dla nastolatków? Oczywiście, że karmienie piersią…No, żart. To taki słodko-gorzki serial, który spodobał mi się już w pandemii. Zresztą, co ja będę opisywać, mam wrażenie, że wszyscy w mojej internetowej bańce go oglądali. Oglądałaś? Team Ben czy Team Paxton?

Małe Kobietki: Mini serial BBC z 2017, nie film z 2019. To właściwie ciekawe, że akurat ta opowieść doczekała się dwóch adaptacji w ciągu dwóch lat. Nie powiem, te adaptacje niekoniecznie różnią się od siebie tak, że warto by obie istniały. Ta od BBC WYDAJE MI SIĘ być nieco bardziej tradycyjną i TROCHĘ wierniej oddawać realia XIX-wieku, ta filmowa jest bardziej wyrafinowana wizualnie. Chociaż obie mają dobre obsady, to jednak tutaj kupuję kreacje aktorskie bardziej. Maya Hawke jest lepszą Jo niż Saoirse Ronan, chociaż uwielbiam Saoirse na ekranie (moim zdaniem sprawdziłaby się lepiej jako Amy, natomiast grająca Amy Florence Pugh jak Jo…). No i nie ma Timothée Chalameta, którego ja akurat nie lubię na ekranie, a grający Lauriego Jonah Hauer-King mnie kupił. 

Wiadomo, ja obejrzę wszystko w kostiumie, ale czy potrzebujemy oglądać nowe Małe Kobietki co dwa lata?…Nie 😉 

Making the Cut: Kocham i uwielbiam reality show o konkurujących ze sobą projektantach, modelkach, fryzjerach, makijażystach. Jest to jedyny typ realisty show, który wciągam. 

Crashing: Serial Phoebe Waller-Bridge, autorki i aktorki z Fleabag, która w kilka lat zrobiła oszałamiającą karierę. I ciężko się dziwić. Jej scenariusze są cierpkie i trafne, wciąż pozostając zabawnymi. Ten serial opowiada o grupie znajomych (nie przyjaciół!) mieszkających w starym zrujnowanym szpitalu jako opiekunowie nieruchomości. Mamy zderzenie różnorodnych postaci z różnorodnych środowisk w kuriozalnym miejscu. Na tyle zabawnie, że mój mąż przeżywający od długiego czasu niechęć do seriali i spędzania wspólnego czasu na ich oglądaniu, wkręcił się tak, że wciągnęliśmy na raz cztery odcinki. 

Warto.

Książki

Pierwszy raz od dawna nie skończyłam żadnej książki. Nie żebym nie czytała. Czytam trzy na raz. Ale nie udało mi się skończyć. W sierpniu liczę, że ta rubryczka będzie wieść prym w ilości recenzji.

Oby sierpień był przynajmniej tak różnorodny, a może bardziej, ale w same spokojne doświadczenia. Sobie i Wam tego życzę.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry