Weszłam do szafy. 

To brzmi dziwnie. To brzmi…dumnie? To brzmi groźnie. Czy to jakaś metafora? 

Bynajmniej. Moja szafa jest małym pokojem. Niewiele mniejszym niż mój pokój w akademiku na pierwszym roku studiów. 

W moich marzeniach jest piękną, przytulną, instagramowalną garderobą, w której panuje porządek i rzeczy poukładane są kolorami. Nic tylko wejść i robić zdjęcia. W rzeczywistości jest oczywiście pierdolniczkiem, w którym sterty ubrań walają się po ziemi, a po kątach stoją kartony z rzeczami, z którymi nie ma co zrobić. Co tydzień wpisuję na listę zadań “ogarnąć szafę” i czasami nawet mi się udaje. Tylko po to, żeby po tygodniu, może dwóch, wyglądała znów tak samo. 

Oto kontekst. Weszłam zatem do szafy i po raz kolejny poczułam się przytłoczona. Jak co tydzień. Wszystkiego jest dużo. Za dużo. A ja jak zwykle chcę nosić te same rzeczy. Chociaż są w praniu. Nie dałam rady ich wyprać, bo prania też jest za dużo.

Uznałam, że to czas. Czas na odwyk od ubrań. 

Kiedyś pomyślałabym “och muszę po prostu kupić nowe rzeczy, które NAPRAWDĘ MNIE WYRAŻAJĄ”. Ale teraz mam to gdzieś. Zdecydowanie wolę się pozbyć rzeczy, które naprawdę mnie NIE wyrażają. Nawet jeśli oznacza to większość. Zapewne oznacza to większość.

Pandemia była ciężkim okresem, nie muszę tego nikomu tłumaczyć. Rzekomo nie potrzebowaliśmy do niczego nowych ubrań. Ale w kolejnych lockdownach (a przypomnę, że w Wielkiej Brytanii były nie tylko o wiele ostrzejsze niż w Polsce, ale również poważniej traktowane) zakupy były jedną z nielicznych form rozrywki, która była wciąż dostępna. Poza tym, byłam w ciąży. W niczym się sobie nie podobałam. W pewnym momencie wpadłam w nałóg kupowania rzeczy tylko po to, żeby je później odesłać. Choć kilka zostało. W pewnym momencie nowe paczki leżały całymi dniami, zanim je otworzyłam. Nie dostarczały już dopaminy. Ten mechanizm w dużej mierze już ze mną pozostał. Niektóre piękne rzeczy wciąż dostarczają radości, jednak kolejna sukienka w kwiatki, kupiona dla sportu – już w ogóle nie. Zakupy jako rozrywka i sposób spędzania czasu dla mnie umarły. Czy na zawsze? Może. Nie powiem, nie byłoby mi żal. 

Kiedy byłam dużo młodsza, często padała w moją stronę kwestia “no dobra, teraz już nic nie kupujemy przez jakiś czas”. Wtedy nowa rzecz powodowała małą ekstazę, nikt nie myślał o fast fashion. Było nie tylko mniej pieniędzy, ale i mniej rzeczy, na które można było je wydać. Znalezienie czegoś fajnego było wyczynem. Nawet sieciówki miesiącami prezentowały te same kolekcje. Kupienie bluzy za 79 zł stanowiło już małe wydarzenie, z którym wiązały się emocje. Zatem zdarzało mi się słyszeć “teraz nic nie kupujemy”, zwłaszcza jeśli akurat ostatnio kupiłam kilka, zwykle potrzebnych, rzeczy. Ten czas “teraz nic nie kupujemy” nie był jednak zdefiniowany, co stanowiło pułapkę. Więc jednak kupowaliśmy. Tyle, że kiedy byłam nastolatką, nawet kupując “dość często”, jak na tamte czasy, kupowałam rzadziej niż obecnie. 

Czy często powtarzasz sobie “od teraz już nic nie kupuję”?

Bo ja w końcu przestałam. Mnie więcej od kiedy zaczęłam na siebie zarabiać tak, że przestałam zastanawiać się ile mogę wydać w danym tygodniu na jedzenie. To dobry moment w życiu, ale i w pewien sposób niedobry, uczący pewnej nonszalancji w podejściu do zakupów. Weszłam jednak do szafy i stanęłam z nią oko w oko. I doszłam znowu do tego momentu. Od teraz już nic nie kupuję. 

Nie oszukujmy się, okres prowadzenia bloga szafiarskiego zaszkodził mi. Mimo, że często kupowałyśmy w taniej odzieży, czułam presję, by pokazywać wciąż coś nowego. A z biegiem czasu tania odzież zaczęła ustępować miejsca sieciówkom, a potem markom z wyższej półki. Poza tym „za moich czasów” haul zakupowy z Primarka był czymś do pozazdroszczenia. Teraz byłby obciachowy. I dobrze.

Pierwszy odwyk od ubrań zrobiłam w 2013 roku. Nie pamiętam dokładnie ile trwał. W założeniu “przynajmniej do Wielkanocy”, więc około 4 miesiące, ale może nieco dłużej. Trochę wytrzymałam. Pamiętam jednak, że nagle przestało mi ubywać z konta pieniędzy. I było mi jakoś lżej. 

Tym razem idę na całość. Celujmy w rok.

Zaczynam we wrześniu i skończę we wrześniu. Albo zginę próbując.  

Chodzę tak naprawdę non stop w kilkunastu rzeczach. Praktycznie jest tak, że jeśli dodaję do tego zbioru coś nowego, to pewnie coś przestanę nosić. Marzy mi się natomiast szafa, w której noszę wszystko, nawet jeśli nie często, bo wszystko ma funkcję. Być może oznacza to, że moje córki nie dostaną ubrań po mnie. Być może te ładne będę dla nich trzymać w kartonie. Mam nadzieję, że oznacza to celebrację każdego zakupu, ponieważ jest rzadkością i kiedy ma miejsce, oznacza nabytek wart czekania. 

Od dzisiaj zapisuję każdy tekstylny zakup. 

W odwyku daję dyspensę na:

  • idealny trencz 
  • idealną kurtkę przeciwdeszczowa
  • ubrania do ćwiczeń dla zastąpienia tych, które są stare i już niefajne (i pójdą do wyrzucenia)
  • skarpetki, bieliznę
  • ubrania darowane lub wymienione
  • jeśli coś się zepsuje i będzie wymagać wymiany
  • jeśli coś będzie najpiękniejsze na świecie i nie będę mogła przestać o tym myśleć przez miesiąc lub dłużej

Zatrzymajmy się przy ostatnim punkcie. Od razu łatwiej się żyje, kiedy nie wchodzi się na strony sklepów i nie sprawdza co mają w ofercie. Nie zamierzam tego robić. Wypisuję się z newsletterów. Ale jeśli zobaczę Czajkę w najpiękniejszym swetrze sezonu, tak jak ostatnio, to MOŻE KUPIĘ. Jeśli po miesiącu wciąż będę go chciała i będzie dostępny. Nie zamierzam też chodzić na zakupy, co akurat jest łatwe, ponieważ zabieranie niemowlaka do sklepów odstręcza mnie i nie mam na to siły. 

Mogłabym zrobić odwyk po cichu, zachować go dla siebie, bez przeżywania i chwalenia się. Ale wiem, że powiedzenie o czymś na głos dodaje motywacji. I pozwala czuć się głupio, jeśli się złamie. Czasami pcha do wytrwałości tylko po to, żeby móc z czystym sumieniem napisać, że udało mi się. Tym bardziej, że nie lubię kłamać i niespecjalnie mi to wychodzi. 

Idzie jesień, nie powinno być trudno. Mam mnóstwo pięknych swetrów i płaszczy. Mam mnóstwo chust i czapek. Mam też styl życia, który nie wymaga tylu maxi sukienek, ile mam. A napewno nie wymaga kolejnych. 

Rozpoczynam odwyk od ubrań i czuję się podekscytowana, że za jakiś czas wejdę do szafy, a ona będzie przejrzysta i funkcjonalna. 

Trzymajcie kciuki. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry