OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Riennahera

Riennahera

Piętnaście lat w Wielkiej Brytanii

Dzisiaj mija piętnaście lat odkąd przebywam w Wielkiej Brytanii. 

Piętnaście lat, odkąd wysiadłam z samolotu na lotnisku Glasgow Prestwick. Myślałam, że czas na jakiś wiekopomny i natchniony tekst, albo przynajmniej kalendarium tych piętnastu lat. Ale i jedno i drugie w zasadzie kiedyś już napisałam.  Wszystko już było.  Przy okazji, polecam:

Wiekopomny i natchniony tekst

Kalendarium 2006-2010

Kalendarium 2010-2015

Chociaż wszystko już było, to chciałam z okazji piętnastolecia napisać coś pożytecznego. Coś ciekawego. Coś, co komuś może się jakkolwiek przydać. Po tylu latach w Zjednoczonym Królestwie wszystko wydaje mi się normalne i oczywiste. To codzienność w Polsce jest dla mnie dziwna, niezrozumiała, nieznana, egzotyczna, ponieważ od czasu liceum właściwie jej nie doświadczam. Nie na dłużej niż kilka tygodni. Całe moje dorosłe życie, od płacenia rachunków po rodzenie dzieci, od kończenia studiów po zakładanie firmy, związane jest z Wielką Brytanią. 

Dlatego z okazji dużej rocznicy, oddałam głos Wam. Moim Czytelnikom i Obserwatorom. Followersom i Fanom. Czy jakkolwiek zwać osoby, które w jakiś sposób interesuję i z których, można mieć nadzieję, większość mnie lubi. Zadawaliście pytania w grupie i na instagramie. Chciałam napisać na nie odpowiedzi nieco dłuższe niż komentarz czy kafelek na stories (przynajmniej na większość). Wybrałam piętnaście. Zupełnie subiektywnie. Bo mi się podobały lub od razu wiedziałam co napisać. Bo jakoś tak poczułam do nich miętę. Bo tak. Niektóre z nich zgrupowałam razem, inne nie. Oto one.

Jak zaczęłaś życie? Szukałaś mieszkania, pracy?

Zdaję sobie sprawę, że większość osób nie jest ze mną na blogu od początku.

Życie zaczęłam wyjeżdżając na studia na University of Glasgow. 

Skąd pomysł? Mój sąsiad wyjechał na studia do Dublina i uznałam, że skoro on może, to ja z pewnością też dam radę. Opisałam to zresztą bardziej szczegółowo, możecie przeczytać więcej na temat tutaj.

Nie jest to zatem klasyczna historia emigracyjna, natomiast to dość klasyczna historia studencka. Nie szukałam ani mieszkania, ani pracy. Jak typowy student mieszkałam w akademiku. Przynajmniej na pierwszym roku mnóstwo brytyjskich studentów mieszka w akademikach. Nie szukałam mieszkania do drugiego roku, większość studentów w dużych brytyjskich miastach wyprowadza się z akademików właśnie wtedy, bo zdążą już poznać okolice i zaprzyjaźnić się z kimś, z kim można wynająć mieszkanie. Mieszkania wychodzą najczęściej taniej niż akademiki, przynajmniej w dużej części kraju. Nie szukałam pracy, znakomita większość moich funduszy pochodziła od rodziny. Po jakimś czasie dorabiałam, ale nigdy nie utrzymywałam się na studiach sama. 

Życie studenckie ma w sobie wciąż jeszcze pozostałości średniowiecznych struktur uniwersyteckich, które były państewkami same w sobie. Uczelnia zapewniała mnóstwo wsparcia i opieki, doradzała jak załatwiać ważne formalności związane z pobytem czy założeniem konta bankowego. Mieliśmy uniwersyteckiego lekarza, psychologów, prężny samorząd studencki, gdzie można było umówić się na spotkanie z doradcą w razie problemów akademickich czy nawet osobistych. W skrócie – wspaniale było być na uczelni. 

Ważna informacja – kiedy przyjeżdżałam, osobie z Unii Europejskiej było łatwo się przeprowadzić. Niemal bezproblemowo. W Szkocji miałam na dodatek czesne finansowane przez rządową agencję SAAS, każdy z Unii musiał jedynie aplikować, żeby dostać finansowanie. 

Ten czas minął. 

Przechodzimy zatem do kolejnego pytania…

Czy teraz trudniej byłoby się przeprowadzić niż te 15 lat temu? Czy łatwo zacząć? 

To jest coś, co mnie nieco szokuje. Mnóstwo osób wciąż nie do końca rozumie, co oznacza Brexit. Może być oczywiście tak, że osoby będące na miejscu się tym interesowały, a niebędące miały inne problemy, ale okrutna prawda jest taka – PRAWDOPODOBNIE NIE UDA SIĘ DOSTAĆ WIZY. Nie twierdzę, że na pewno, ale specjalnie i z premedytacją sprawiono, że jest to proces trudny. Oczywiście może jesteś pielęgniarką, lekarzem, naukowcem, osobą z doktoratem w potrzebnej dziedzinie, inżynierem itd. Albo kimś z potrzebnej listy. Jeśli jeszcze przed przyjazdem masz ofertę pracy i pensję przynajmniej na poziomie £25,600 rocznie, to wszystko sprawia, że wizja przeprowadzki robi się realna.  Ale tak, jest to w założeniu jeden z głównych celów Brexitu, żeby nie dało się spontanicznie zacząć tu życia na nowo z rękami gotowymi do pracy i dobrymi chęciami. Tak, to głupie, obecnie jest problem z zatrudnieniem. W sensie – brakuje tych chętnych do pracy rąk.

Jeśli chodzi o studia, rok na mojej uczelni kosztuje obecnie studentów spoza Wielkiej Brytanii £17,650. SAAS tej kwoty nie pokrywa. Nie ma już dostępu do pożyczek na czesne dla osób z Unii Europejskiej, chcących studiować bez statusu settled lub pre-settled.

W telegraficznym skrócie – przyjeżdżając 15 lat temu miałam prawa w zasadzie takie same jak rodowity Brytyjczyk. W Szkocji nawet większe niż np. Anglik (darmowa edukacja). W tej chwili osoba bez settled albo pre-settled status nie ma właściwie żadnych praw. Możesz przyjechać na wakacje, ale nie masz prawa pracować. Jeśli straż graniczna uważa Cię za podejrzanego, może skierować Cię do ośrodka imigracyjnego. Nie wiem na ile jest to realne zagrożenie, a na ile sytuacja nagłośniona przez media, ale takie przypadki miały podobno miejsce. 

W teorii i w oficjalnym przekazie, o ile nie należysz do zawodu, którego brakuje na miejscu, nie masz na miejscu rodziny, małżonka i tak dalej, to nie powinno się w ogóle dać. Jak wygląda praktyka? Zobaczymy. 

Tak, to beznadziejne. 

Angielska pogoda i czy to prawda, że ciągle pada?

Nie. 

To znaczy…tak i nie.

W Szkocji ciągle pada. Kiedy po studiach przyjechałam we wrześniu do Surrey, czułam się jak w tropikach. Przy czym różni ludzie mają różną odporność na pogodę. Są osoby, które Szkocja dobija, ja się przyzwyczaiłam i nie pamiętałam, że na świecie bywa inaczej. Nie przeszkadzał mi nieustanny deszcz, przestałam zwracać na niego uwagę. Nie mieszkałam na północy Anglii, ale zakładam, że jest tam gorsza pogoda niż na południu. Umówmy się, na Wyspy Brytyjskie nie przyjeżdża się dla pięknej pogody.

W Londynie jednak dramatu nie ma. Jest zwykle zimniej latem i cieplej zimą niż w Polsce. Zwykle, bo przy globalnym ociepleniu każdy rok jest inny i ostatnie kilka lat 30 stopni nie było rzadkością. Rzadko bywa za to śnieg. To powiedziawszy, sama chętnie chodzę z gołymi kostkami i kiedy pięć lat temu odwiedzała mnie mama z kuzynem i zwiedzaliśmy miasto w czerwcu, ja miałam koszulkę na ramiączkach i jeansy, a oni bluzy i kurtki. 

Co byś zrobiła “inaczej” mając tę wiedzę co teraz?

Nie pojechałabym do Woking lub starałabym się jak najszybciej stamtąd wyprowadzić. Uważam dwa lata tam spędzone za stracone życiowo.  Nienawidziłam pracy, nie miałam znajomych, nabawiłam się depresji. Mentalnie i zawodowo to było miejsce zupełnie nie dla mnie. Mój styl życia i bycia zderzył się z Surrey bardzo mocno, wszystko co kochałam i co mnie interesuje było daleko. Dlatego nikt nie przekona mnie, że małe miejscowości są fajne. Dla mnie nie są. Po wyprowadzce odżyłam i całe moje życie stało się lepsze.

Wiem, że mnóstwo osób uważa, że 30 minut pociągiem od Londynu to blisko i można „cały czas jeździć”, w międzyczasie spokojnie żyjąc sobie pod miastem, ale w praktyce to „cały czas” to jeden-dwa dni w miesiącu. Plus wielkie zmęczenie, gderanie na cenę biletu, przebijanie się przez weekendowe tłumy i w ogóle zło. Dla mnie odpada.

Tożsamość i poczucie przynależności. Jest struggle czy odnajdujesz się bez problemu? 

Jak wyglądała u ciebie przemiana tożsamości z „Jestem Polką w UK” na „Jestem u siebie”. W którym momencie ta polska/imigrancka tożsamość stała się drugorzędną?

Myślę, że od początku była drugorzędna. Podczas gdy poznani studenci z Polski trzymali się często (choć na pewno nie wszyscy) może niekoniecznie “razem” to ze studentami z international societies, mnie w ogóle to nie interesowało. Obce było dla mnie podtrzymywanie tożsamości  “jesteśmy skąd inąd, lubmy się”. Przyjechałam do Wielkiej Brytanii żeby poznać Wielką Brytanię. Oczywiście nigdy nie odrzucałam znajomości na podstawie pochodzenia, ale nie szukałam aktywnie znajomych ze świata, nie chodziłam na międzynarodowe imprezy i eventy. Chodziłam po prostu na inne. Czas też nie jest z gumy. 

Inna sprawa, dla mnie zawsze tożsamość łączyła się z małymi wspólnotami. Dlatego zawsze drażnili mnie Polacy wchodzący w moje środowisko i z miejsca uznający, że oni i ja to “my”, w przeciwieństwie do “NICH”, czyli tej różnorodnej grupy, do której właśnie próbowali dołączyć. Chociaż Polaka znałam od trzech minut, a Brytyjczyka od trzech lat i mieszkaliśmy razem. Powiedzmy, że osoby z tym podejściem nigdy jakoś nie dołączały do grona znajomych. 

Obecnie mam na pewno więcej znajomych z Polski niż dawniej, bo po prostu TAK WYSZŁO. Moje przyjaciółki mieszkają blisko. Z etatu odeszłam, ludzi z dawnych prac widuję sporadycznie, chociaż widuję. Część znajomych ze studiów przemieściła się najpierw do Londynu, a potem z Londynu dalej. Za pracą, albo z powodu związków, w końcu pandemia też nie była obojętna. Chociaż przebywam z bliskimi mi Polakami niemało, paradoksalnie z roku na rok coraz mniej łączy mnie z Polską jako taką, łącznie z sentymentem. Przyzwyczaiłam się jednak do bycia zawsze pomiędzy i przestaje mnie to martwić.

Ja sama nie mam doświadczenia odrzucenia, szykan czy niechęci ze strony Brytyjczyków. Przez 15 lat raz spotkałam się z ksenofobicznym komentarzem, ze strony pijanego człowieka bez zębów. Powiedzmy, że jego opinia na temat mojej rozmawiającej po polsku rodziny mało mnie interesowała. 

Pytaliście co mnie irytowało, a teraz sama to robię – odpowiedzą jest herbata.
Tylko z mlekiem. Nigdy nie piję czarnej herbaty inaczej niż z mlekiem.

Jak zmieniła się Wlk Brytania z twojej perspektywy przez te 15 lat? W końcu to kawał czasu!

Życie płynie szybko.

Kiedy przyjeżdżałam, premierem był Tony Blair z Partii Pracy. Od wielu lat rządzą Torysi. 

W Wielkiej Brytanii przetrwałam kryzys ekonomiczny. Wojnę z terroryzmem. Al Kaidę. ISIS. Teraz prawicowy terroryzm. Austerity. Wprowadzenie wysokich czesnych za studia. Brexit. Pandemię. I nie wiem co było “najgorsze”.

Polityka z pewnością robi się coraz bardziej nieprzychylna człowiekowi, rządzą bogaci konserwatyści, a opozycja kwiczy. Czyli jak w Polsce. Kapitalizm coraz mocniej ssie. Ale mnie…nie ukrywajmy. Żyje się coraz lepiej. Z wyłączeniem pandemii. Ta jest naprawdę beznadziejna. 

W czym życie w Londynie jest lepsze od tego w Szkocji?

W sumie w tym samym co życie w Warszawie jest lepsze od, hmm…Poznania? Albo innego miasta nie będącego stolicą. Chociaż może różnica jest większa, bo Londyn to największe miasto Europy. DLA MNIE jest lepsze, ponieważ odnajduję się w mieście, im większe tym bardziej mi się podoba. 

Często rzewnie i z uwielbieniem wspominam Glasgow i uważam, że to super miejsce, ale kiedy w 2011 roku wyjeżdżałam, miałam mieszane uczucia. Bo z jednej strony było mi smutno, kończyła się wielka epoka w moim życiu. A z drugiej – od dłuższego czasu dusiłam się. Oczywiście dla jednych Glasgow jest zbyt duże i ich Szkocja to dom na Highlandach. Szkocja na zawsze będzie mieć w moim sercu specjalne miejsce, ale Londyn zapewnia mi mnóstwo doznań, których pragnę i potrzebuję. Na przykład? Wspaniałe teatry i ofertę kulturalną, bliskość najważniejszych wydarzeń w kraju, kultowe miejscówki, różnorodność ludzi, jedzenia, krajobrazu, rozrywki i doznań. W Londynie jest wszystko.

Czy uważasz, że Londyn to dobre miejsce do życia mając dzieci?

Kwestia priorytetów i oczekiwań od życia. Czy chcesz mieszkać w domu z ogrodem i blisko natury? Londyn nie jest dobrym miejscem, chyba, że na obrzeżach (czyli w zasadzie to już nie Londyn) albo jeśli masz miliony funtów. 

Czy chcesz co tydzień zabierać dzieci do teatru, na świetne wystawy, do interesującego muzeum, jednego z miliona parków i dać im mnóstwo perspektyw, z których wybiorą sobie co je interesuje? Londyn jest wspaniałym miejscem. 

Ja mam swoje priorytety i dla mnie jest świetnym miejscem. 

Jak sobie poradziłaś ze szkockim akcentem? Mieć wykłady słuchając szkockiej wymowy to musiał być kosmos!

Hmm, no właśnie nie był. Poza jedną wykładowczynią na drugim roku, z tak ciężkim akcentem, że “ducks” wymiała DUKS zamiast DAKS i “blood” – BLYD (można zgadnąć, kaczki + krew = wykład o „Rodzinie Soprano”). Ale jednocześnie mówiła tak wyraźnie, że po ogarnięciu jej fantazyjnych głosek, wszystko było zupełnie zrozumiałe. 

Różne osoby mają talenty w różnych dziedzinach, uważam, że akurat język angielski jest moim talentem. Rozumiem go bez problemu mimo różnych akcentów (wiele lat temu w irlandzkiej wiosce musiałam rozmawiać z panem w hotelu, bo nikt inny z wycieczki go nie rozumiał), mówienie zawsze przychodziło mi łatwo, a akcent mam z regionu, w którym mieszkam bez żadnych starań, sam wychodzi, z osłuchania się, bez żadnej nauki. Do tego stopnia, że starszy Amerykanin w windzie w hotelu w Krakowie drążył skąd jestem i jak to z Polski, skoro mam brytyjski akcent. Co wywnioskował na podstawie wymiany uprzejmości na które piętro jadę.

Jak jest z językiem? Czy zdarza Ci się myśleć po angielsku? Czy w domu zawsze mówicie po polsku? I jak planujesz rozwój językowy córek?

Myślenie jest czynnością abstrakcyjną i zawsze zaskakuje mnie to pytanie. Większość myślenia zachodzi bez języka. Jeśli się boję, to czuję lęk bez języka. Jeśli mi źle, dobrze, jestem szczęśliwa, mam ochotę napić się herbaty albo wina, to są instynkty, o których nie myślę. 

Kiedy tworzę przekaz, to bywa różnie. Na pewno w zależności od tego z kim rozmawiam. Zwykle nie “tłumaczę” myśli, jeśli jestem w nienajlepszej formie czasem zacina mi się język i myśl nie wchodzi automatycznie. Ale zdarza mi się to tak po angielsku jak i po polsku. 

W domu mówimy po polsku, chociaż zdarza mi się użyć słowa angielskiego, które precyzyjniej wyraża o co mi chodzi. Czasami zdarza mi się użyć i angielskiego zdania w podobnym kontekście, albo w kontekście cytatu. 

Ale to nie na zasadzie, że stoimy w kuchni i proszę “darling, can you pass me the coffee”. Raczej w rozmowie typu “nie lubię tej osoby, jest bardzo obnoxious” albo “kupiłem jakieś randomowe whisky” (ok, to dziwny przykład, nie wiem w jakiej sytuacji kupujemy “randomowe whisky”). Czy to bastardyzacja języka? Owszem. Ale to nasz dom, więc, whatever 😉 (whatever to idealny przykład).

Zgodnie z zaleceniami znanych mi pracowników edukacji, sama w ogóle nie uczę dzieci angielskiego i pielęgnuję w domu używanie języka rodzimego. I rzeczywiście, według update’ów ze żłobka, Iona komunikuje się sprawnie z wychowawczyniami i innymi dziećmi i rozumie wszystko co się do niej mówi. Miewa etapy, kiedy odpowiada po angielsku (kilka tygodni wszystko było “NO”), liczy często po angielsku i śpiewa niektóre piosenki, nie chcąc słuchać polskiej wersji, ale generalnie mówi do nas po polsku. 

Co sobie cenisz w W.Brytanii/Brytyjczykach? Co Cię denerwuje? 

Uwielbiam uprzejmość. Mam wrażenie że właśnie uprzejmość Polacy uznają za dwulicowość, ale to ich problem. 

Brak powszechnej uprzejmości na co dzień, w bardzo podstawowych codziennych sytuacjach, to coś co uderza już przy przekraczaniu kontroli granicznej na lotnisku. 

Moim drugim faworytem jest przestrzeganie zasad. Czasami jest to nieco hamujące działanie, ale przynajmniej daje poczucie bezpieczeństwa. Ktoś może mieć inne doświadczenia, ale ja zawsze byłam traktowana zgodnie z prawem i ogólnie przyjętymi zasadami w pracy, na uczelni, na co dzień. 

Zatem uprzejmość i zasady. 

Ja wiem, że z pewnością są krajobrazy przecudnej urody, że świat jest piękny i w porównaniu z jego cudami to co napiszę może wydać się banalne, ale piękno Szkocji, kredowych skał na plażach Kent, klifów Kornwalii i Walii, skał i wrzosowisk Peak District…To piękno wyrywa mi serce. I możecie mówić “cudzie chwalicie, swojego nie znacie”. Dla mnie to jest MOJE. 

A denerwuje mnie, że przestrzeganie zasad prowadzi czasem do przesadnej biurokracji i powolności. Niektóre instytucje są przestarzałe i otrzymanie od nich informacji to mordęga (tak, patrzę na Ciebie, HMRC). Inne mają problemy z podjęciem jakiejkolwiek dynamicznej decyzji (tak, to Ty, Islington Council).

Za czym tęskisz/czego Ci brakuje żyjąc W.B.? 

Większość tego, za czym tęsknię, jest abstrakcyjna i nienamacalna. I nawet gdybym wróciła, nigdy bym tego nie odzyskała. 

Tęsknię za chodzeniem do szkoły i byciem nastolatką w pierwszej dekadzie XXI wieku. Tęsknię za babcią i wujkiem, którzy nie żyją. Za lasem i poligonem, które stały się terenami zabudowanymi, teraz są tam mieszkania i pociąg. Za wakacjami, łąką, zapachem gdańskich kościołów, zajęciami pozalekcyjnymi. W skrócie – tęsknię za dzieciństwem i młodością. Jak wielu z nas. 

Oczywiście mama i znajomi, ale to dobra ruchome, które mogą mnie odwiedzić, jeśli chcą. Albo ja ich, kiedy mam możliwość. 

Co sprawia, że postanowiłaś żyć w tym kraju?

Po prostu po studiach nigdy nie wyjechałam. Nie przyszedł mi nawet do głowy taki pomysł, że powinnam. Ja czuję się tutaj jak u siebie. Czyli dobrze.

Zabawna sprawa – Julia zasugerowała, żebym sprawdziła, gdzie są moje miejsca na ziemi wg astrologii. I zgadnijcie, co wyszło? 

Jeśli musiałabym podawać konkretne zaangażowane powody, to wciąż jest to w dużym stopniu państwo prawa, w którym mogę dokonać aborcji, w którym bycie gejem czy lesbijką wywołuje wzruszenie ramion, w którym w szkołach jest edukacja religijna zamiast religii, a kościół nie wtrąca się w sprawy polityki. To jest takie minimum dobrego państwa.

Jak radzisz sobie z pająkami? U nas każdej jesieni były pająki giganty, obrzydlistwo. 

O matko, to prawda. Takie mutanty jakie tu bywają to jest koszmar i apokalipsa. Czy kiedyś zdarzył się pająk tak duży, że rzuciłam ze strachu na kanapę niemowlę i barykadowałam drzwi, a potem schowałyśmy się w kuchni do powrotu męża? TAK. Na dodatek ten pająk SKOCZYŁ jak mnie zobaczył. Horror.

Jak sobie radzę? Mężem. 

Jeśli go nie ma, to proponuję pająkowi dwa rozwiązania. Szklankę – przykrywam go i czekam na męża, ponieważ myśl o rozbryzgnięciu pająka brzydzi mnie bardziej niż pająk. Don’t ask, don’t tell – jeśli nie jest nieprzyzwoicie duży, udaję, że go nie ma. Jeśli się rozumiemy, pająk znika, zająć się swoim życiem. Czasem się nie rozumiemy i wychodzi na środek ściany. Wtedy czekam. Na męża. 

Czy czasem budzę go w środku nocy, bo widzę pająka? Tak.

Wiadomość z niemal ostatniej chwili – w zeszłym tygodniu pająk ugryzł w twarz moją koleżankę. Do tej pory po prostu ich nie lubiłam. Ponieważ ich agresja eskaluje, wypowiadam im wojnę.

Potrafiłabyś teraz przeprowadzić się do Polski?

Nie. 

To nie musi być doświadczenie każdego, ale to jest moje doświadczenie. Mnie jest dobrze, czuję się dobrze i jestem zadowolona. Jestem w miejscu, które wymyśliłam sobie w przedszkolu i odnajduję się w nim. Mamy tu kredyt, mamy tu firmę, mamy w końcu, po piętnastu latach lenistwa, złożone aplikacje o obywatelstwo i dziecko z brytyjskim paszportem.

Nigdzie się nie wybieram.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry