starosc1
Riennahera

Riennahera

10 oznak mojej starości

Mam prawie trzydzieści pięć lat. 

Mentalnie o wiele mniej i nie jest to komplement, że jestem młoda duchem. O nie. Raczej uważam, że mam w głowie fiu bździu i nie jestem tak odpowiedzialnym dorosłym jak powinnam. W “Seksie w Wielkim Mieście” Carrie miała swój Scary Age i było to 45 lat. Dla mnie od zawsze było to właśnie 35. 

Chwilami wciąż wydaje mi się, że skończyłam studia pięć lat temu, ba, chwilami wydaje mi się, że dopiero muszę na nie aplikować, a tymczasem moje starsze dziecko ma już prawie trzy lata…Chwilami wydaje mi się, że nie jestem mądrzejsza niż kiedy wyjeżdżałam na studia czy zdawałam maturę. Ba, może jestem nawet głupsza, żyłam wtedy głębszymi sprawami, uczuciami, poezją!

Czasami jednak fajnie tak sobie siąść pod kocem i zaakceptować mijający czas. Dzisiaj celebruję moje nowe starcze nawyki. Piszę nowe, ale one nie są takie zupełnie nowe. Czaiły się po kątach od lat, powoli wyściubiając nosy, aby wreszcie dopaść mnie na całego. I są one bardziej miarodajne niż jakieś tak siwe włosy, które pojawiały się w okolicach osiemnastki, czy pierwsze zmarszczki, które przychodzą i odchodzą zależnie od tego ile wody wypiję.

Lubię sobie posprzątać

To jest moja wielka życiowe porażka. Całe życie gardziłam porządkiem. Gardziłam osobami, które sprzątały dla przyjemności. Pisałam teksty o tym jak bardzo nienawidzę prac domowych. A teraz niewiele rzeczy cieszy mnie tak bardzo jak posprzątane mieszkanie. Kiedy mąż zabiera dzieci na spacer, ja układam rzeczy w salonie. Raz na rok zarządzam wielkie wyrzucanie zbędnych rzeczy. Kręci mnie pusty kosz na pranie. I nowy wieszak w szafie i zamawianie nowych półek i oddawanie rzeczy. Jak ja sobie w tej szafie poukładam! Ile ja ubrań pooddaję!

Lubię jeździć w te same miejsca

W pewnym momencie życia przyznałam się sama przed sobą, że nie lubię podróżować. To oczywiście kwestia definicji podróży. Lubię jeździć w miejsca, lubię nawet zwiedzać miejsca. Ale żeby nie były bardzo daleko, żebym nie musiała za długo żyć na zawartości jednej walizki i daleko od domu. Wyjazd do Szkocji? Walii? Paryża? Weekend nad Kanałem Angielskim? Odwiedziny w Polsce? To wszystko tak. Już nie mogę doczekać się na tydzień w Norwegii w przyszłym roku. Marzy mi się weekend bez dzieci w Amsterdamie, Brukseli czy Berlinie. Mam dużo wyjazdowych marzeń. Ale wyprawa na kilka miesięcy do Azji i dużo przemieszczania się? Nie, dzięki. Przejazd z jednego na drugie wybrzeże Ameryki? Kilkanaście godzin w samolocie? Nie widzę się w tym. Ba, wygrałam kiedyś nawet na evencie w pracy bilet do Chin. Byłam co prawda w ciąży, więc mam usprawiedliwienie, ale…nie wykorzystałam go. I nawet mi nie żal!

A najbardziej lubię jeździć w miejsca, które już znam. Regularnie wracamy do Folkestone w Kent. Moje nowe ulubione weekendy to wyjazd do koleżanki pod Londynem. Wiem czego się po tych miejscach spodziewać, gdzie chodzić, nie muszę myśleć. Nie muszę planować niczego poza tym jak dojechać i co spakować. I to mnie relaksuje. I to sprawia mi radość. Robię się jeszcze bardziej nudna niż byłam do tej pory. 

Jeszcze bardziej niż jeździć w miejsca, lubię wracać do domu.

Wydajemy fortunę na ser

Kiedyś jadłam mnóstwo słodyczy. Na początku studiów siadłam przed komputerem i zjadłam słoik dżemu. Nie wiem jak to się stało i dlaczego, ale zjadłam. Czekolada za jednym posiedzeniem była łatwizną. I tak dalej, i tak dalej. 

A sera nie jadłam w ogóle jakoś do trzynastego czy czternastego roku życia. Nawet pizzy nie jadłam do czasów nastoletnich, bo miała ser. 

Jednak gdyby teraz ktoś postawił mnie przed cukiernią lub stoiskiem serowara, cukiernia nie zrobiłaby na mnie żadnego wrażenia. Mogę przejść obok wystawy ciastek i nawet na nie nie spojrzeć. 

Nie to co na ser. Każdy ser. Żółty z dziurami i obrośnięty pleśnią. 

Dobra, nie każdy. Cheddar wywołuje we mnie tylko wzruszenie ramion. 

Jako dziecko nigdy nie uwierzyłabym, że tak skończę.

W weekendy chodzimy na Farmers Market

Mamy swoje ulubione stoisko z serem. Sami rozumiecie. Pan poznaje nas z daleka. Czasami chodzimy do niego zarówno w sobotę jak i w niedzielę…

Spacer na Farmers Market ekscytuje mnie i jest dla mnie ważny. 

Poza tym na markecie wpadamy na starych znajomych, którzy też chodzą na markety. Jesteśmy starymi ludźmi i nasi znajomi są starymi ludźmi. W ogóle wszędzie gdzie nie pójdę wpadam na znajomych, bo żyję już w jednym miejscu tyle czasu, że znam ludzi. No wiecie. Zapuściłam korzenie. 

Wstaję rano

Może nie aż tak bardzo rano, bo między siódmą i ósmą. Ale tak naturalnie. Sama z siebie. No, może nie zawsze, bo bobaski mają nastawione biologiczne budziki na tę porę, ale czasem budzę się przed nimi. Fajnie jest mieć przed sobą tyle godzin dnia. 

Wstawanie rano jest możliwe, ponieważ…

Chodzę spać z kurami

To też wina dzieci. Dopóki ich nie miałam, nie kładłam się nawet przed północą. Seriale do pierwszej czy drugiej? Na luzie. Pisanie ze znajomymi po nocy? Standardzik. 

Obecnie mój rekord to bycie w łóżku przed dwudziestą. Zgadza się, to rekord, ale okolice dziewiątej czy dziesiątej to standard, a jedenasta to już łohohoho noc. 

Mam ubezpieczenie na życie

Szczerze mówiąc obecnie jestem prawdopodobnie więcej warta martwa niż żywa. Na domiar złego, nie dość, że mam ubezpieczenie na życie, to mam również ubezpieczenie dentystyczne. O kredycie nawet nie wspomnę…

Kupiłam maszynkę do mierzenia ciśnienia

Mogę sobie teraz porządnie pogadać o chorobach i szwankującym zdrowiu. Bo jest o czym. Nigdy jeszcze nie chodziłam do lekarza tyle co teraz. Nigdy nie jeździłam tyle na kontrole w szpitalu. Moja lokalna apteka zaczyna mieć coraz bardziej przytulny, domowy klimat. 

Dzisiaj usłyszałam, jak jeden farmaceuta mówił do drugiego “a, to ta twoja klientka”. Boję się myśleć co to znaczy.

Moim największym marzeniem jest święty spokój

Chciałabym sobie pospać, bez żadnych pobudek, przynajmniej do dziewiątej, a potem wypić w spokoju kawę, zjeść śniadanie, wziąć prysznic i popracować sobie kilka godzin. A potem znowu iść spać. Może napić się herbaty, może sobie posprzątać. W ciszy i samotności. Bez żadnych karmień. Aż do wieczora, kiedy to obejrzałabym sobie jakiś film w całości, wzięła ciepłą kąpiel i znowu poszła spać. 

Oczywiście zakładam, że maksymalnie po kilku dniach świętego spokoju zatęskniłabym za moim pyzatym, ubabranym jedzeniem, ulanym i śmierdzącym chaosem, ale co bym się wyspała to moje. 

Jestem asertywna jak sam skurwysyn

Nie do końca zależy mi już na uznaniu i sympatii postronnych osób, na pewno nie kosztem mojego komfortu czy samopoczucia moich bliskich. Nie, nie chodzi mi o bycie chamskim taranem, nie chodzi mi o roszczeniowość. Ale kiedy trzeba, stawiam na swoim, osiągam cele, nie daję się spławiać ani źle traktować, nie daję zmuszać się do robienia rzeczy, których nie chcę. 

Jestem za stara, żeby przejmować się co ktoś pomyśli o mnie i o moich wyborach. 

I to jest najlepszy aspekt wieku. Bo to przyszło z wiekiem. 

Fajnie tak popławić się w wizjach starości i dać sobie na nią pozwolenie. Nie jestem już hip i sexy małolatą, ale może, a właściwie na pewno, nigdy nią nie byłam. Za to jestem najszczęśliwsza od lat i mimo tych szpitali i aptek, to sportowo w najlepszej kondycji od dawien dawna. 

Jeszcze nie wszystek umarłam. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry