feminizm
Riennahera

Riennahera

Feminizm to wciąż za mało

Kiedy byłam młoda, piękna, niezależna i bez obowiązków, pisałam z dumą, że to obciach nie być feministką.
Obecnie jestem dziesięć lat starsza, mam męża, dzieci, nie pracuję na etacie.
Feminizm mnie rozczarował.

Nie, nie dlatego, że nie wierzę w zdolności kobiet i naszą równość wobec mężczyzn. Nie dlatego, że patriarchat nie jest taki zły i w zasadzie lubię być matką dzieciom, chociaż w zasadzie lubię. Nie dlatego, że już jest wspaniale i nie potrzebujemy więcej feminizmu. Bynajmniej. Potrzebujemy go ogromnie. Wciąż i stale. Niestety.

Uważam, że feminizm nie daje sobie rady. Może spoczywa na laurach i się opierdala. Może nie wie co robić. Może jest wciąż za słaby. Może zawsze był.

Nie chcę być roszczeniowa i nie czekam, aż ktoś mi da. Nie wytykam palcem, jacy to inni są źli, a ja ja jestem fajna. Bo nie jestem. Feminizm to też ja. Być może, całkiem prawdopodobnie, to też Ty. I tak, dobrze wiem, że nie mogę jedynie siedzieć na tyłku i narzekać, że trzeba działać i jak jestem taka mądra, to sama powinnam zabrać się do roboty. I jest to racja. Pozwolicie jednak, że mimo niezaprzeczalnej prawdziwości tego stwierdzenia, chwilę jednak posiedzę na tyłku klepiąc w klawiaturę i dając ujście moim żalom.

Gdybym chciała wrócić do mojej pracy na etacie, uwzględniając nawet teoretyczne podwyżki, zakładam, że przy przedszkolu/żłobku dla dwójki dzieci w pełnym wymiarze godzin płaciłabym tyle, że zostawałoby mi jakieś 600-700 funtów miesięcznie. Czyli mniej więcej połowa mojej raty kredytu za mieszkanie. Gdybym chciała wychowywać dzieci samotnie, nie tylko nie miałabym jak zapłacić kredytu, ale też nie miałybyśmy czego jeść. A mówimy tutaj o pensji wyższej niż brytyjska średnia krajowa, mówimy o średniej londyńskiej, która wynosi około 39 tysięcy funtów.
A to i tak więcej niż przyzwoite warunki życia i nasze gospodarstwo domowe ma się dobrze, wszystkie życiowe potrzeby mamy zaopiekowane, nie śmiem narzekać. Bo inni, bo większość społeczeństwa, ma zdecydowanie gorzej.

Jednocześnie słyszymy zewsząd, że kobiety nie chcą rodzić. Dziwicie się? Bo ja nie. Dziecko jest obecnie dobrem luksusowym. Słyszymy, że rodzić trzeba, bo Bóg-Honor-Ojczyzna, albo przynajmniej ktoś będzie musiał pracować na przyszłe emerytury. A z drugiej strony słyszysz, że jesteś roszczeniową matką, masz kaszę zamiast mózgu lub POSIADANIE DZIECI TO TAKIE EGOISTYCZNE, BO ZIEMIA UMIERA. A to dopiero początek mojego bólu!

Kiedy któraś z kobiet tak wyzwolonych, że już nie potrzebują feminizmu, twierdzi, że nie jest feministką bo już mamy równość, poza tym ona lubi gotować i dbać o siebie, to mam ochotę zapytać czy kpi czy o drogę pyta.

Kobiety i mężczyźni nie są tacy sami. Miewają różne potrzeby. Tak jak nie są takie same potrzeby ludzi młodych i starszych, niskich i wysokich, zdrowych i chorych. Równość nie polega na tym, że mamy równe szanse w wyścigu o kapitalizm, a dodatkowo mamy jeszcze do tego ogarniać dom i dzieci. Bo to jest bardzo słaby układ i gówno, a nie równouprawnienie. I nie, ja nie narzekam, mój życiowy partner jest feministą bardziej niż sądzi i w domu oraz z dziećmi radzi sobie lepiej niż ja. Ale to wcale nie jest norma, prawda? Liczby mówią same za siebie.

Feminizm wykształcał się w konkretnych warunkach społecznych, kiedy kobiety miały bardzo niewiele praw, na pewnym etapie samo przyznanie, że jesteśmy również ludźmi miało kolosalne znaczenie. Chociaż, właściwie dalej ma. Bo wciąż nie do końca jesteśmy w rozumieniu społeczeństwa ludźmi, tylko harpiami, czyhającymi, aby oskarżyć mężczyznę o gwałt i wyłudzić alimenty.

Sprawcami gwałtów są przeważająco mężczyźni, a ofiarami są przeważająco kobiety. W Wielkiej Brytanii jedna na sześćdziesiąt osób zgłaszających gwałt może spodziewać się aktu oskarżenia wobec sprawcy, nie wspominając o skazaniu. Polskie statystyki nie napawają większym optymizmem.

Niemalże w każdym przypadku molestowania czy gwałtu kwestionuje się oskarżenia kobiet, chociaż wiemy, że fałszywe oskarżenia stanowią 2-10% wszystkich spraw. Mężczyźni nie słyszą, że prosili się o gwałt wyzywającym strojem lub zachowaniem, albo że próbowali robić karierę przez łóżko.

W Wielkiej Brytanii 2% rodziców dzieli urlop rodzicielski. W Polsce też nie ma szału.

W kwestiach aborcji…sama mieszkam w kraju, gdzie jest legalna do 24 tygodnia. Ale w Polsce dalej osoby mogące zajść w ciążę kopią się z koniem o uznanie, że mają prawo decydować o swoim ciele. Jednocześnie mając najgorszy w Europie dostęp do antykoncepcji i fatalne wyniki ściągania alimentów. A już wychodzą w internetach głosy zabiedzonych mężczyzn, że powinni mieć decyzyjność w podejmowaniu przez kobietę decyzji o aborcji bądź urodzeniu dziecka, jeśli ta zechce później pieniędzy od ojca dziecka. Nie sądzicie, że komuś przewraca się w dupie? Albo w członku.

Jako wisienkę na torcie tych statystyk dodajmy, że w radach nadzorczych firm z FTSE 100 jest więcej mężczyzn o imieniu Dave lub Steve niż kobiet. Nie będę już nawet wchodzić w szczegóły luk płacowych i innych okołopieniężnych i biznesowych zagadnień, bo szczerze mówiąc jestem już wystarczająco wkurwiona.

W tym kontekście to, że mam prawo głosować, według prawa być rzekomo równą i pracować na rzekomo takich samych zasadach jak mężczyzna (chociaż wiemy przecież, że wcale nie do końca ta równość wobec prawa i zasady w pracy są takie same) to jedynie kropla w morzu potrzeb. Dobry początek, ale żadne ostateczne zwycięstwo. Żaden powód do wielkiej zadowolenia z siebie i spoczywania na laurach.

Niby jesteśmy równi, ale jednocześnie jako kobiety jesteśmy za głupie, żeby podejmować decyzje o sobie i za mądre, cwane, drapieżne, żeby nam ufać, kiedy mówimy, że ktoś zrobił nam krzywdę. Jednocześnie mamy uważać jak się ubieramy, gdzie chodzimy i co pijemy, ale nawet jeśli to wszystko robimy to i tak jesteśmy sobie same winne, kiedy coś nam się dzieje.

Czuję się oszukana przez wszystkie idee girl power i innych girl boss. Przez oklaskiwany aktywizm opierający się na tworzeniu “inkluzywnych” marek lub terfowych rozkminach o płci, gdzie walka idzie na noże, gdy chodzi o definicje i użycie słów. Szczerze mówiąc mam gdzieś kolejne owłosione pachy czy krocza i nazywanie ich wielką odwagą. Mam gdzieś walkę na noże o obronę definicji kobiety. Mam gdzieś bycie wyzwoloną oznaczające prawo do pokazywania cycków.
Społeczeństwo wciąż ustawione jest pod osobniki alpha. To czy są mężczyznami czy kobietami to kwestia drugorzędna. Kobietom, które zachowują się jak mężczyźni, jest ciężej zrobić karierę na systemowych warunkach, ale robią ją. Tyle, że społeczeństwo nie składa się z osobników alpha. Żadne stado w naturze się z nich nie składa. Ba, są one mniejszością. I nie tylko ich prawa, warunki życia i komfort powinny być brane pod uwagę przy organizowaniu świata.

I jestem zawiedziona sobą, że robię za mało. I tym, że jesteśmy całe dekady od bycia naprawdę równymi.

Oczywiście, że jestem feministką. Ale nie mówię już tego z buńczuczną dumą. Mówię to z frustracją.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

2 thoughts on “Feminizm to wciąż za mało”

  1. feminizm socjalny, nie liberalny!
    W sumie to hasło mogłoby podsumować wszystko, co myślę o feminiźmie. Też nie obchodzi mnie, kto ma włosy gdzie – pokazywanie ich jest ok jak ktoś lubi, ale nie jest odwagą i na pewno nie jest feminizmem. Ciałopozytywność nie jest feminizmem. Nie jest nim na pewno girlbossizm. Feminizm to siostrzeństwo, a ono zakłada pochylenie się nie tylko nad problemami zamożnych białych kobiet z klasy średniej, ale także tych niewykształconych, z mniejszych miejscowości, z mniejszości religijnych i etnicznych, niepełnosprawnych, czy wreszcie – LGBT+. Oczywiście, czasem będą się one wykluczać, bo w grę wchodzi interes klasowy, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry