OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Riennahera

Riennahera

Zmieniłam się. Całe szczęście.

Nie jestem już tą samą osobą co kiedyś. Przez lata zmieniłam się. Więcej niż raz.

Kiedy słyszymy “nic się nie zmieniłaś”, ma to być komplement. Często w kontekście wyglądu. Wyglądasz młodo, a młodość i uroda to najwyższe możliwe wartości. Zwłaszcza u kobiet. Ewentualnie chodzi o bycie miłą i bezpretensjonalną, bo niewygórowane ego i brak pretensji do tego, żeby świat traktował nas dobrze, oraz dbanie o dobre samopoczucie innych, to obowiązki kobiety. Mężczyźni mogą być starzy, brzydcy i bardzo nieprzyjemni, a i tak będą szanowani. Czy istnieje męski odpowiednik “divy”?

Kiedy słyszymy “zmieniłaś się”, zwykle chodzi o coś złego. To stwierdzenie wyraża zawód osoby je wypowiadającej. Zwykle pojawia się, kiedy nie chcesz już robić rzeczy, na które kiedyś się godziłaś. Albo już się nie dogadujecie, bo pewne rzeczy przestały być w rozmowie akceptowalne. Bo stawiasz granice, masz własne zdanie, takie tam zdrowe objawy dojrzałości emocjonalnej. To “coś złego” zależy oczywiście od punktu widzenia. Jak to mawiał Obi-Wan Kenobi, wiele prawd prawdziwych jest z pewnego punktu widzenia.

Z pewnością zmieniłam się. Z pewnych punktów widzenia również na gorsze. Dla samopoczucia innych. Dla ogólnopojętej definicji “bycia miłą”.

Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę ze zmian, kiedy zaraz po studiach przyjechaliśmy z mężem (wtedy jeszcze nie byliśmy nawet zaręczeni) do Gdańska i poszliśmy ze znajomymi na koncert. W ramach bifora grupa zebrała się na wino pod chmurką i czułam wielki dyskomfort. Przez całe liceum była to dla mnie norma, ale z jakiegoś powodu, kiedy człowiek był dorosły, zarabiał na siebie, mama nie mogła skrzyczeć, konflikt z policją stresował i przywykło się do pubów, to po prostu już nie jarało. Wręcz stresowało. Było nieprzyjemne.
Bo się zmieniłam.
Nie jesteśmy już w Kansas, Toto. Nie chodzisz już do liceum, Marto.

To oczywiście taka tam luźna anegdotka dotycząca nieistotnego aspektu życia. No więc wiemy już, że szybko zrobiłam się nudna. Na przykład wcale nie lubię chodzić na koncerty. Teatr, jak najbardziej. Nie lubię pić pod chmurką w Polsce, gdzie jest to nielegalne, chociaż otwieram prosecco na trawie w angielskim parku. Boidudek, jak to mawia moja córka. Ale za byciem nudnym boidudkiem poszło wiele miłych zmian. Nie jestem już tą samą rozmarzoną dziewczyną, która wstydzi się odezwać i czuje się gorsza od wszystkich innych. Już nie robię rzeczy, na które nie mam ochoty i widzę przede wszystkim czubek własnego nosa (i nosów moich dzieci i męża). Z pewnością jestem mniej wrażliwa i bardziej egoistyczna. I mniej zakompleksiona i przestraszona. Pewne zachowania są ze sobą sprzężone, lub przynajmniej postrzegane są w taki sposób.

Kiedy myślę o nastoletniej sobie, która wyjeżdżała na studia, czy nawet o sobie dziesięć lat temu, widzę zupełnie inną osobę.
Zazdrosną.
Porównującą się.
Smutną.
Obwiniającą okoliczności i świat za to, czego nie ma. Nie bardzo ciesząc się z tego co ma.
Zakompleksioną.
Kiedy uważałam, że ktoś mnie krzywdzi, robiła się z tego drama.
Kiedy ktoś nie traktował mnie tak jak bym chciała, przeżywałam katusze.
Żyłam we własnej głowie. Żyłam marzeniami, z którymi niekoniecznie coś robiłam.
Tak, były momenty, że wykonanie telefonu było wielkim stresem.
A jednak w tym samym czasie posiadałam jakieś poczucie wyjątkowości, że mnie się coś od życia należy i czemu tego nie mam, czemu niektórzy inni mają. Pewnie są głupi, beznadziejni, ktoś im pomógł i w ogóle niech im się nie uda.

Myślę, że wiele z tych cech jest po prostu przekleństwem młodości. A może i błogosławieństwem. Jako nieszczęśliwa nastolatka przeżywałam wszystko o wiele głębiej niż obecnie. Emocje mocniej uderzały, poezja bardziej wyciskała łzy. Spędzenie kilku dni czy tygodni bez ukochanego urastało do rangi małej tragedii. Miało to jakiś swój urok. Ale również swoją cenę. Wysoką.

Nie mam już tak wielkich kompleksów. Niemal każdą część ciała mogłabym skrytykować, tyle, że nie robi to już na mnie wrażenia. Ok, no mam wady, no nie jestem ani piękna, ani idealna, ale trudno. Nie mam z tego powodu załamań ani problemów z zaśnięciem.

Nie myślę już, że chcę nie żyć.

Nie piszę szydzących z innych tekstów, bo szydzenie z innych nie jest wartością, którą wyznaję. Może nad kawką z psiapsiółą rzucę, jak bardzo denerwuje mnie internetowa postać czy wspólna znajoma, ale nie realizuję się poprzez dokopywanie ludziom. Wręcz przeciwnie, proponuję w życiu codziennym i publicznym uprzejmość i unikanie niekonstruktywnych konfliktów, nie ich podsycanie.
Tak, wiem, nie klikam się tak jak bym mogła.

Zmieniłam się, bo na studiach musiałam liczyć każdego funta. Czy jeśli kupię sobie duży lunch na stołówce więcej niż raz w tym tygodniu, będę miała jeszcze kasę na wyjście na piwo i na sukienkę z Primarka?
Zmieniłam się, bo w ogóle nie chodzę do Primarka, często chodzę na lunch poza domem i co więcej, zdarza się, że z nieprzymuszonej woli taki lunch komuś stawiam. Zdjęcie z człowieka jarzma zmartwień czy uda się w tym miesiącu dopiąć budżet, otwiera zupełnie nowe perspektywy myślenia o świecie i o sobie samym. Na plus dla jednostki, na minus dla każdego, kto kontroluje innych za pomocą pieniędzy.

Tak, nie jestem już naiwna, niewinna ani chętna do wszystkiego co mi się proponuje. Tak, bywam snobistyczna, niewdzięczna, konfrontacyjna lub mało entuzjastyczna. I bardzo się z tego powodu cieszę.

W musicalu “Nędznicy” są dwie linijki, które szczególnie do mnie trafiają. Chociaż nie są to najbardziej wzniosłe i poetyckie fragmenty. Można w ogóle nie zwrócić na nie uwagi.

Pierwsza, to “there are children back at home, and the children have got to be fed”. Im jestem starsza, tym zadowalające zaspokojenie potrzeb życiowych uważam za wielką wartość. Jedną z największych. Fundament, na którym może budować wielkie rzeczy. I nie przejmuję się bzdetami, kiedy wokół są ważniejsze sprawy. Za bzdety nie uważam uczuć czy zdrowia, ale uważam na przykład czyjeś oczekiwania, kolidujące z moimi interesami.

Druga: “Marius, you are no longer a child”.
W dyskursie naszej kultury bycie dziecinnym jest jednocześnie pogardzane i uważane za wielką wartość. Pojęcie o wewnętrznego dziecku i zachowania dziecięcej niewinności jest gloryfikowane. Dzieci są bezbronne, zdane na innych. Nie chcę być dzieckiem. Poproszę o bycie wrażliwym dorosłym. Dorosły nie potrzebuje opieki i stanowi o sobie. I skupia się na tym, co dla niego ważne.
Tyle o “Nędznikach”.

Część zmian wynika z wieku. Człowiek po prostu się starzeje i wiele spraw przestaje go obchodzić. Zmieniają się priorytety i imponowanie ludziom, których się nie lubi albo nie zna, przestaje mieć wartość. Spokojny sen, czas z rodziną, dobre samopoczucie, relaks, to zaczyna mieć większe znaczenie. Największe.

Część zmian wynika z pracy nad sobą. Zarówno indywidualnie jak i na terapii. Wiele dało mi myślenie o tym jaką osobą chcę być i wyszło mi, że zamiast być uszczypliwa i wredna, wolę być w filmie życia postacią, która może bywa zgryźliwa, ale raczej chce dobrze i raczej wspiera niż szkodzi. Bycie bardziej miłym niż mniej to naprawdę fajna cecha. Polecam.

W końcu jest i leczenie. Terapia pomaga zrozumieć mechanizmy, które siedzą w głowie, z których istnienia nie zdajemy sobie nawet sprawy. Wiele wspólnego ze zmianami mają leki. Codziennie jestem za nie wdzięczna.

Żyć to zmieniać się. Ja z całą pewnością się zmieniłam. W wielu aspektach na gorsze. Albo “gorsze”. I dobrze. Bo dzięki tym zmianom potrafię powiedzieć, że często bywam szczęśliwa. A ponieważ zmieniłam się, to jest dla mnie najważniejsze.
I nawet czasem uśmiecham się na zdjęciach…

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

2 thoughts on “Zmieniłam się. Całe szczęście.”

  1. Pięknie napisane, bardzo się utożsamiam. I coraz częściej widzę, że moja zmiana to nie dorastanie do oczekiwań, a wręcz przeciwnie – oduczanie się wielu przekonań i wracanie do siebie samej, upraszczanie.
    Ostatnio byłam gościną w podcaście i prowadząca spytała, jak chcę być przedstawiona. Początkowo mnie zatkało i długo się zastanawiałam, jak ująć się w słowa. Od paru lat jestem w tak intensywnej transformacji, że coraz trudniej o jakieś ramy i etykiety. Jednocześnie kompletnie nie mam potrzeby ich używać i nie czuję braku tożsamości. Przeciwnie, jestem bardziej sobą niż kiedykolwiek. Cieszę się na kolejne lata.

  2. Kiedy miałam 15 lat, dwie osoby, z którymi spędzałam wtedy dużo czasu, powiedziały mi, że nie powinnam się nigdy zmieniać. I że to będzie super, jeśli nigdy się nie zmienię. Obie te osoby miały korzyści z tego, jaka wtedy byłam: pozwalająca na przekraczanie swoich granic i niezabierająca głosu, kiedy mówiono coś, co nie zgadzało się z moimi wartościami. Bardzo się cieszę, że się od tego czasu zmieniłam.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry