najwazniejsze-rzeczy
Riennahera

Riennahera

Najważniejsze rzeczy, których nikt nas nie uczy

Nie jestem geniuszem matematycznym, delikatnie mówiąc. Całkiem lubiłam przedmioty ścisłe, fascynowała mnie biologia, dużo aspektów chemii i fizyki. Ale królowa nauk na pewnym poziomie sprawiała mi problem. Nie na poziomie logiki, ta szła mi dobrze, ale na poziomie funkcji – koszmarnie. Do dzisiaj robi mi się niedobrze i boli brzuch na samą myśl o funkcjach. Będąc w klasie humanistyczno-artystycznej, z pięcioma godzinami francuskiego w tygodniu, z trzema godzinami wiedzy o kulturze i historii, zżymałam się, że te funkcje nie będą mi w życiu potrzebne.
Cóż. Miałam rację. Przez trzydzieści pięć lat jeszcze się nie przydały.

Tak jak wiele innych rzeczy. Nie neguję bynajmniej potrzeby zrozumienia na przykład reakcji łańcuchowej ( broń atomowa akurat bardzo mnie interesuje). Zwłaszcza w kontekście historii wojennej…Jestem w stanie argumentować, że znajomość reakcji chemicznych pogłębiła moje możliwości analizy realizacji tematu traumy wojennej w japońskiej animacji, którą przeprowadzałam w eseju na studiach. Który z kolei prezentowałam później na festiwalu filmowym.

Ale tu dochodzimy właśnie do sedna sprawy. Część społeczeństwa potrzebuje rozumieć wszystkie niuanse reakcji chemicznych, a część – jak najlepiej pisać eseje. Pewnej części przydadzą się obie umiejętności. Jednak absolutnie każdy powinien umieć prezentować. Czy na festiwalu, czy w pracy w korpo, czy gdziekolwiek indziej. Jak wiele lekcji efektywnej prezentacji odbyliście w szkole? Albo w ogóle w systemie edukacji?

To jest zupełnie życiowa i praktyczna umiejętność. Tego można się jeszcze uczyć samemu, może przed lustrem, może z tutoriali w internecie i dawać w życiu nieźle radę. Gorzej, jeśli od dziecka nie masz podbudowanych w sobie instynktów samozachowawczych. Czy przez cały system edukacji ktoś na serio nauczył Was szacunku do siebie?

Jeśli nie wyniesiesz tego z domu, ciężko złapać co i jak. Co prawda niektóre lektury obowiązkowe zdają się sugerować istnienie czegoś takiego, ale próby ćwiczenia szacunku do siebie na co dzień są brutalnie tłumione przez nauczycieli. Oczywiście, nie wszystkich, nie w każdej szkole, ale systemowo – jak najbardziej. Wiem, że pruski system edukacji nie został stworzony po to, żeby jego absolwent miał do siebie prawdziwy szacunek. Ludzie z szacunkiem do siebie są cięższymi podwładnymi. Wiecie, roszczeniowi są. Kiedy widzisz jak nauczyciel bez konsekwencji wyśmiewa się z kolegi, ciężko potem postawić się mobbingującemu pracodawcy. Kiedy wiesz, że nie możesz z tym do nikogo pójść, bo nauczyciel w szkolnej hierarchii znaczy wszystko, a Ty nic. Kiedy wszyscy wiedzą, że nauczycielka jest niekompetentna i się znęca, ale i tak nikt niczego z tym nie zrobi, bo ta pani taka już jest, a poza tym jest znajomą dyrektora albo pani z kuratorium. To jest głęboka demoralizacja młodego człowieka. A ja chodziłam do zupełnie niezłych szkół, w których “nie było żadnej patologii”, no nie?

Gdy ktoś w szkole mówił “szanuj się”, oznaczało to raczej krytykę nieodpowiedniego ubrania lub promocję wstrzemięźliwości seksualnej. Ale nie oznaczałoby “nie daj się wykorzystywać pracodawcy”. “Nie zostawaj w pracy na niepłatne nadgodziny”. “Nie bądź w relacji, w której nie otrzymujesz wsparcia i nie czujesz się komfortowo”. “Nie przyjaźnij się z osobami, które z premedytacją Cię krzywdzą”. I tak dalej.

Z tak rozumianego nieszanowania się, nauczana meta narracja robi cnotę. Z niedbania o siebie, swoje zdrowie, swój interes – coś normalnego. Tak, czytałam już o sobie, więcej niż raz, że jestem wielką egoistką. Czyli mimo odbierania od dziecka tej samej propagandy, jakoś wyszłam na ludzi.
Osoba, która nie szanuje siebie, nie będzie w stanie naprawdę szanować nikogo. To nie jest żadna nowa idea. Ba, ja tego sama nie wymyśliłam.
“Bliźniego swego jak siebie samego”.

Ale to tak tylko na początek. W szkole znałam budowę pantofelka, proces rozkładu atomu, umiałam robić gramatyczne wykresy zdania, ale nie umiałam powiedzieć o swoich uczuciach i o tym, że nie jest ze mną w porządku. Kosztowało mnie to tylko lata na terapii i setki, tysiące złotych na nią wydane. Błahostka. Ekonomii chyba w tych szkołach też nikt za bardzo nie ogarniał.

Czy ktokolwiek nauczył Was podejścia do porażki? Tego, żeby się jej nie bać? Tego, że lekcje z niej wyniesione też są cenne? A podejmowania decyzji? Nie takiego, żeby uszczęśliwić innych, żeby być grzecznym, układnym i nie wychylać się. Takiego, który będzie efektywnym sposobem na osiągnięcie celów. A zadawania pytań, kiedy czegoś nie wiesz? A przyznania się do błędu, kiedy go popełnisz? Nauczył Cię ktoś kiedyś jak radzić sobie z emocjami? Jak się relaksować i opanowywać stres? Jak rozpoznać, że z Tobą słabo? Jak wspierać w potrzebie bliską osobę? A podstawy interakcji międzyludzkich? Że między czołobitnością i skończonym chamstwem jest cała gama zachowań? Przepraszania? Jak było z nauką asertywności? Rozwijania talentów? Tego, że lepszym wykorzystaniem Twojego czasu może być napisanie kilkunastu opowiadań zamiast próby zaliczenia sprawdzianu z funkcji? Dzisiaj też wolę napisać książkę, niż uczyć się montować podcast. Oczywiście lata zajęło mi dojście do przekonania, że outsourcowanie nie jest marnowaniem pieniędzy i nie muszę umieć w życiu wszystkiego.

Wściekam się na szkołę, ale nie do końca sprawiedliwie. Wiele z tych rzeczy powinno się wynieść z domu. W powszechnym rozumieniu z domu wynosi się głównie kulturę, co jest oczywiście ważne. Tyle, że bycie uprzejmym nie oznacza tego samego, co bycie pokornym i biernym. Zaraz po kulturze, powinno wynosić się z domu pewność siebie i asertywność, podbudowywaną przez relację z kochającymi rodzicami, akceptującymi nas za to jakimi jesteśmy osobami i sprawiedliwie stającymi w naszej obronie przeciw bezduszności świata i systemu. Miałam spore szczęście, przynajmniej połowicznie dostałam przynajmniej niektóre z tych lekcji. A Ty? Czy czytając to zdanie kiwasz głową, śmiejesz się czy Ci przykro?

Wielu rzeczy nauczył mnie w pracy dobry kierownik.
Nie oszukujmy się, to nie jest wszechobecny standard. Uważam się za szczęściarę, że w pewnym momencie życia trafiłam na specyficzne miejsce pracy i bardzo specyficznych ludzi. Wiele osób nigdy tak nie trafi. Innych rzeczy nauczyłam się dzięki terapii. Cóż, płacąc kilkadziesiąt funtów lub ponad sto złotych za każdą wizytę, człowiek oczekiwałby, że wyniesie z doświadczenia jakąś naukę. Powiedzmy jednak, że jest to dość nieekonomiczny sposób na uczenie się życia. I nie powinniśmy być zamożni ani uprzywilejowani, żeby móc sobie na taką naukę pozwolić.

Mam czasem wrażenie, że z życiem jest jak z małżeństwem w filmach kostiumowych. Młode kobiety wydawane są w nich często za mąż nie wiedząc za bardzo o co chodzi z nocą poślubną. A potem zdziwko, niedopasowanie i nieszczęścia. To taka popularna klisza, czy to w “Księżnej”, “Marii Antoninie” czy nawet “Bridgertonach”. Jesteśmy w życiu tymi pannami młodymi, a potem życie nas, za przeproszeniem, rucha. Wszyscy wiedzieli, że tak będzie, bo to przecież naturalne życiowe koleje losu. A jednocześnie nikt jakoś nie pomyślał, żeby to wyjaśnić. W imię “inni jakoś sobie dali radę, o co ci chodzi”.

Z perspektywy wieku i doświadczenia oceny przychodzą zaskakująco łatwo, a jakoś zanika empatia i wrażliwość. Kiedy czytam jak to młodzi ludzie powinni uczyć się szacunku do pieniędzy i do starszych i ciężkiej pracy i ach i och i w ogóle…To mam ochotę odpowiedzieć prostym “spierdalaj”. Szacunku nie da się wymusić. Na szacunek się zasługuje. Kwestionowanie mądrości starszych przynosi często więcej pożytku niż życie według ich oczekiwań. Kiedy czytam “ja obrywałem od ojca i wyszedłem na ludzi”, to nie wiem czy przytulić, bo to w sumie smutne wyznanie, czy przyłożyć, bo według tego rozumowania to chyba sposób na prostowanie głupot.

Ja nie obrywałam. Osobiście uważam, że to jest właśnie norma. Że to powinna być norma. Nie wyjątek. I że o pozytywnych sprawach nie szepcze się w szkole “bo ojciec Tomka bije…”, jednocześnie nie robiąc nic z tą wiedzą, bo to “nie nasza sprawa”.

Mój ojciec z kolei uznał, że ciężkie przeżycia kształtują charakter i robił wszystko, żeby zapewnić mi dużo stresu, pozbawić mnie środków do życia i zmienić w neurotyczną kulkę nieszczęścia. Tak, przeżyłam, dałam radę. I dlatego właśnie zamierzam ze wszystkich sił chronić córki przed ciężkimi przeżyciami. Przynajmniej tymi wynikającymi z mojego żenującego zachowania. Nie jest to może wielkie bohaterstwo, ale niektórych jak widać nie stać i na takie. Nikt ich tego nie nauczył, a sami na te wnioski nie wpadli.

Próbuję wymyślić jakąś zgrabną pointę do tego tekstu i nic nie przychodzi mi do głowy. Jest takie anglosaskie powiedzenie “you live and you learn”. Tak, wiele prawd życiowych przychodzi do nas dopiero w pewnym wieku. Do wielu spraw potrzebujemy dorosnąć. Ale, do diaska, wcale nie do wszystkich. Nikt nie lubi dydaktyzmu, ma on wręcz przeciwne efekty, ale czemuż by nie przygotować młodych ludzi na życie, żeby było łatwiejsze i przyjemniejsze? Oczywiście, wtedy nie można by się chełpić, że kogoś tam ojciec bił i wyszedł na ludzi, ani, że było nas jedenaścioro, żyliśmy w jeziorze, więc ci młodzi też mogą pocierpieć. Może jestem dziwna, ale wolę innym fundować miłe rzeczy zamiast cierpień i nikomu ich nie życzę.

Nie chcę tak naprawdę wcale powiedzieć, że nikt nie powinien nas uczyć funkcji, ale te funkcje to jest ułamek potrzebnej do życia wiedzy i umiejętności i będę obstawać przy tym, że wcale nie taki ważny ułamek.
Doceniam próby nauczenia mnie jak się robi ciasto w prodiżu czy jajek nadziewanych pastą jajeczną. Nie żebym kiedykolwiek w życiu powtórzyła te szalone i wyrafinowane potrawy, ale to i tak jakaś umiejętność. Zwłaszcza jeśli robisz ciasto w prodiżu grupowo i musicie podzielić się zadaniami. A na koniec cieszycie się razem efektami. I tak dalej. Na pewno rozumiecie, o co mi chodzi.

Bo potem w życiu okazuje się, że wspaniale radzą sobie niekoniecznie ci, którzy mieli ze wszystkiego piątki, a ci, co potrafili skupić się na swoich priorytetach. Nie ci z wzorowym zachowaniem, a osoby, które cierpiały w starciu z niesprawiedliwymi nauczycielami. Nie ten, który odrabiał wszystkie prace domowe, a ten, który wiecznie siedział przy komputerze. Albo wolał grać na gitarze. Albo robić cokolwiek, co dobrze mu szło i dawało radość.

Gdybym miała coś w życiu zmienić, na pewno nie byłoby to niechodzenie na matematykę.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

4 thoughts on “Najważniejsze rzeczy, których nikt nas nie uczy”

  1. Dlatego właśnie czuje ogrooomną odpowiedzialność jako rodzic. Mam troje dzieci, w wieku przedszkolnym i szkolnym (szkoła muzyczna, co mnie cieszy, bo tam nabierają przynajmniej część z tych nieoczywistych umiejętności, o których pisałaś).
    Moje dzieci szly do szkoly chlonne jk gąbka, zafascynowane przyrodą, książkami, światem.
    Widzę już teraz, że czeka nas bardzo dużo pracy w najbliższych latach, żeby szkoła nie zniszczyła w nich tej ciekawości świata i, co jest dla mnie największym absurdem, nie obrzydzila nauki. I tak jak piszesz, szacunek do siebie, samodzielne myślenie, emocje.

  2. Jeśli jest w nas fascynacja daną rzeczą to jej się nauczymy sami z siebie, do tego wchodzą naturalne zdolności i predyspozycje. Przykład, mój mąż, bierze dowolny instrument, bardzo szybko umie na nim grać, próbuje nauczyć się języka i idzie mu jak krew z nosa. Nie nauczymy się wszystkiego i nawet nie próbujmy, lepiej robić mniej rzeczy ale dobrze niż bardzo dużo, a po łebkach.

  3. Bardzo, bardzo ważny tekst! Nikt, absolutnie nikt nie uczy w szkole rozumienia i nazywania swoich emocji, szacunku do siebie i innych, słuchania swojego głosu i tego, że po prostu jest w porządku taki, jaki jest. Oczekuje się wzorowych ocen, wzorowego zachowania i wzorowego posłuszeństwa. Często ta postawa jest także hołubiona przez rodziców. Tylko, jeśli dziecko się temu podda, kto z tej grzecznej istoty wyrasta? Dlaczego tak wiele dorosłych już nie wie kim jest i czego chce? Chyba nikogo to za bardzo nie obchodziło… A potem trzeba zacząć od nowa, najlepiej od zainteresowania tym, co mówimy i uwrażliwienia na siebie.

  4. dlaczego tak jest, bo zgadzam się, że jest tak i gorzej, bo mimo wszystko jesteśmy pępkami świata, rodząc się w uprzywilejowanym miejscu świata( ile razy to słyszałam, ile razy się o tym przekonałam). ( Polecam książkę Mikołaja Marcela, Selekcje). Najbardziej poruszył mnie fragment opisujący wymuszenie bierności wobec wartości, którymi się mami w szkole, w rodzinie. W rodzinie jest najgorzej, bo jak wynieść kulturę, kiedy nie potrafisz zapomnieć, że jej czasem brakowało, jak szukać i nie przestać się buntować, kiedy system dławi każdą cząstkę indywidualności i tej dziecięcej ciekawości. Terapie, rozmowy, szukanie, koszty, kurcze tylko nie każdy zdąży. Jak wyglądałby ten świat, gdyby było tak jak powinno być, gdybyśmy mieli szansę nauczyć się tych wszystkich rzeczy. Moje teraz nie istniałby, ilu z nas odwróciłoby się i pożegnało je bez żalu.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry