wychowanie
Riennahera

Riennahera

Inaczej wyobrażałam sobie wychowanie

O rany, ile ja miałam wyobrażeń i planów.

“Moje dzieci takie nie będą”.
“Moje dzieci będą jeść organiczne warzywa i wyłącznie zdrową żywność”.
“Będą chodzić zawsze ubrane pod kolor”.
“Będą bawić się rozwojowymi drewnianymi zabawkami”

I co mi z tego wyszło? Ile wychodzi? No, coś tam wychodzi. Tyle, że w międzyczasie wiele z tych wyobrażeń przestało być dla mnie ważnych.

Pamiętam jak obiecywałam sobie, że moje dziecko będzie od maleńkości uprawiać wyczynowo sport i grać na instrumencie. Normalnie od urodzenia. Córki są owszem, aktywne, ale wyczynowość ogranicza się do szaleństw na placu zabaw, łące czy plaży. Lubią muzykę, ale czterolatka wciąż nie jest wirtuozką gry na pianinie ani baletu. Chociaż fajnie macha rękami do piosenek z telefonu.

Podziwiam te super stylowe i burżuazyjno-hipsterskie matki, których dzieci chodzą w koronkowych czepkach, wełnie merynosów i innych beżowych eko kiecuszkach, a do tego noszą malutkie skórzane paputki. Wyobrażałam sobie, że będę jedną z nich. Do pierwszego festiwalu ulewania. Jedna mała potrafiła ulewać osiem razy po każdym karmieniu. Gdybym miała spierać zawartość jej żołądka z wełny merynosów, osiwiałabym jeszcze bardziej.

Pozostaje też aspekt gustu dziecka. Iona ma bardzo sprecyzowane poglądy na to, co chce nosić i są to zawsze sukienki z getrami i bluzą. Niezależnie od tego ile stopni jest na zewnątrz. Kiedy kupiłam jej piękną kremową koszulkę i piękną stylową sukienkę, których sama nie zawahałabym się założyć, gdyby były dostępna w dorosłym rozmiarze, Iona powiedziała…”nie”. I wybrała różową kiecę w dinozaury.

Wyobrażałam sobie, że moje dzieci będą grzeczne, karne i spokojne. W sumie są stosunkowo grzeczne, według pewnych definicji grzeczności. Nie psują, nie niszczą, nie rzucają, nie krzyczą zbyt głośno, nie są złośliwe i zbyt psotne. Ale owszem, kiedy mają energię, biegają. Kiedy ktoś im coś zabierze, albo zabiorą sobie coś nawzajem, to krzyczą. Krzyczą też kiedy nie wypełniam ich zachcianek. Czasami, nawet często, nie jestem w stanie dotrzeć do nich tłumaczeniem. Chociaż wkładam wysiłek.

Byłam pewna, że słodycze będą jeść tylko w weekendy. Nie żebym ja miała w domu taką zasadę, ale wiem, że jadłam za dużo. Oczywiście, że jedzą codziennie. Chociaż w malutkich ilościach. I głównie ciasta, herbatniki i gorzką czekoladę. Chociaż trafi się raz w tygodniu lizak. Chyba, że trafi się częściej. Życie pełne jest pułapek. Czułam się patologią, gdy nakłaniałam rocmzniaczkę chrupką do wejścia do wózka. Na szczęście pod przedszkolem zobaczyłam, że większość rodziców z naszego przedszkola to robi.

Myślałam, że będę czytać dzieciom poezję przy kominku, a nie mamy nawet kominka. Czytamy Pucia i o urodzinach prosiaczka, a Peppa nie jest rzadką gościnią w naszych lekturach. Oczywiście, dzieci są wciąż małe, mamy czas na ambitne lektury, które sama kochałam w dzieciństwie. Albo na “Pana Tadeusza” i “Iliadę”. Ale jeśli to będzie raczej “Harry Potter” to też przeżyję.

Wyobrażałam sobie, że wszystko jest kwestią chęci i podejścia, czasami również organizacji. Nie wyobrażałam sobie, że wiele, może większość rzeczy jest kwestią siły. Ale też relacji. Dzieci to nie jest jakiś projekt, za który dostajemy punkty, tylko żywe i czujące osoby do kochania. Kochanie nie polega na lepieniu kogoś według naszej wizji i naprostowywaniu tego co do niej nie pasuje, tylko na akceptowaniu go jakim jest, cieszeniem się nim. Oczywiście, mogę podsuwać sugestie. Mogę pokazywać jak się zachowywać na własnym przykładzie i uczyć świata. Ale jeśli kocham, muszę dać wolność wyboru i możliwość popełniania błędów. Przynajmniej ja tak rozumiem miłość.

Czasami robię rzeczy, o których nigdy nie sądziłam, że zrobię. Na przykład obiecuję, że dostaną przekąskę czy zabawkę, jeśli przerwą tarzanie się po ziemi w katatonii. Nie jest to częste zachowanie, ale też nie mogę powiedzieć, żeby nigdy się nie zdarzyło. Być może kiwasz głową ze zrozumieniem. Być może się krzywisz. Twoje prawo. Czasami potrzebuję tylko przeżyć i to jest najważniejsze.

Są takie zachowania rodziców, na które człowieka aż skręca. Obiecuje sobie, że nigdy się tak nie zachowa. Po czym słyszy oczywiście, że ZOBACZY JAK TO JEST. Zobaczyłam jak to jest i dalej nie wyobrażam sobie powiedzieć dziecku, że ktoś je zabierze. Że zostawię je. Nie wyobrażam sobie go ośmieszać ani obrażać. Tak, w złości powiem czasem “to jest głupie zachowanie”, ale nie “jesteś głupia”. A jak zrobię coś niemiłego, co niestety się zdarza, to przepraszam. I nie, nie wyobrażam sobie używać klapsów jako narzędzia wychowawczego. Nie twierdzę, że nigdy, ani razu, nie dałam dziecku klapsa. Ale to świadczyło tylko o mojej słabości. I należało przeprosić. I więcej tego nie powtarzać. I udaje się. Więc tak, da się.

Jestem przeciwna straszeniu ludzi, że zobaczą jak to jest z dziećmi. Bo w dużej mierze będzie tak jak sobie z tym poradzą. Sporo zależy od samego dziecka. Ale nie musi być koniecznie tak jak straszą. Nie musi to oznaczać końca życia, końca dbania o siebie, końca pasji, końca wszystkiego. Jednocześnie jest pewien bank wspólnych doświadczeń rodziców, na tyle specyficzny i, no kurczę, ciężki, że jeśli nie doświadczy się tego na sobie lub na najbliższych osobach, jeśli nie zajmuje się tą dziedziną zawodowo, to owszem, ciężko ogarnąć umysłem. Dlatego mimo ryzyka potencjalnego oburzenia Czytelnika, jednak bardziej interesują mnie opinie o wychowaniu od osób, które wychowują. Własne dzieci lub chociaż cudze.

Poza tym z wychowaniem jest jak ze wszystkim w życiu – ile ludzi, tyle prawd i poglądów. Oprócz pewnych podstawowych założeń, że dzieci nie wolno bić, że powinny być czyste, bezpieczne, nakarmione, jest mnóstwo miejsca na interpretację. Sprawy, które dla kogoś byłyby nie do pomyślenia, u mnie mogą być normą i na odwrót. A potem i tak okazuje się, że to co niby koniecznie trzeba, to jedynie opcja. Albo, że do tych samych rezultatów można dojść dziesiątkami dróg. Ale do tego trzeba dorosnąć. Do bycia dorosłym.

Nie każdy moment musi być kreatywny, rozwijający i wyjątkowy. Czasem po ogarnięciu podstawowych potrzeb, najważniejsze jest po prostu pobyć razem.

Moje dzieci mogą się brudzić. Mogą zawsze się do nas przytulić i przytulane są często. Są najedzone i bezpieczne. Są roześmiane. Większość czasu. O ile akurat czegoś im nie zabraniamy albo nie pobiją się. I o ile mam wobec nich marzenia, to nie są winne spełniania moich oczekiwań. Marzę głównie, żeby były szczęśliwe i bezpieczne, żeby czuły się kochane, kochały innych, tworzyły szczęśliwe relacje i związki.

A reszta jakoś się ułoży.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry