Elfy Londynu_mockup2
Riennahera

Riennahera

10 myśli o wydawaniu książki

Jeśli Bóg chce kogoś ukarać, spełnia jego marzenia.

Marzyłam o byciu pisarką i autorką książek odkąd…hm…chyba przynamniej od piętnastego roku życia. Już wtedy zapisywałam sobie w pamiętniczku wizję pisania pod drzewem we własnym ogrodzie, gdzie odwiedzaliby mnie znajomi. Kiedy wracam do tej wizji, mam w głowie jedno wielkie “WTF”, bo przecież lubię mieszkać w mieście, nie cierpię zajmować się ogrodnictwem i przy pisaniu na pewno nie potrzebuję żadnych znajomych. Poza tym mój proces twórczy z pewnością nie przebiega po żadnych ogrodach, a raczej na kanapie pod kocem.

Wizje bycia pisarzem w ogóle są piękne. A rzeczywistość…Wygląda jak zwykle po swojemu.

To nie tylko romantyczne jesieniarskie tworzenie i obcowanie ze światem własnej głowy za pieniądze. To znalezienie wydawcy. To redakcja. To traktowanie świata własnej głowy jako produktu dla innych, a nie własnego pieścidełka. To podejście do własnej bajki po bardzo dorosłemu i praktycznemu, niemal odarcie jej z bajkowości i zmienienie w prozę życia.

Poniższe notatki spisywałam na różnych etapach procesu.

1

Na myśl o tym, że mam ciąć mój ukochany, wypocony miesiącami tekst, było mi niedobrze. Było mi smutno. Czułam się jakby ktoś mi zabrał lizaka. Ale kiedy siadłam nad tekstem, zaczęła dziać się magia. Nie zrozumcie mnie źle. Ja tę książką nie tylko napisałam, ale już przynajmniej siedem razy przeczytałam.

Po przeczytaniu własnej książki po raz piąty, nienawidziłam jej. I wszystkich postaci. Było mi obojętne co się wytnie, co zostawi. Właściwie to wolałabym napisać inną książkę. Ludzie nie powinni spędzać całego dnia z własnymi dziećmi i nie powinni czytać własnej książki pięć razy.

A potem sześć i siedem razy.

Ale w końcu wyrzucałam wszystko co mnie nudziło. To i tak nie tyle, ile radził wyrzucać redaktor, ale lekką ręką usunęłam 7000 słów. Bo dialog się nie kleił. Bo docinki nie były tak bystre jak sądziłam. Bo działanie postaci nie miało sensu ani szczególnego znaczenia. To było…odświeżające. Odkleić się od tekstu i spojrzeć na niego w końcu krytycznie.

2

Na myśl o tym, że miałabym czytać recenzje dotyczące mojego pisania, nie tego blogowego, w związku z którym mam od dawna wyrobioną grubą skórę, ale tego fabularnego, jest mi niedobrze. Zapewne nie będę ich czytać. Nie wyobrażam sobie wejść na lubimyczytać. I to nie dlatego, że mogłam napisać lepszą książkę. Chociaż pewnie bym mogła. Ale tam nawet Tołstojowi się obrywa…A z całą pewnością nie jestem Tołstojem.

3

Po wysłaniu pliku do redakcji, zamiast ulgi czy radości, czułam zażenowanie. Po co ja to pisałam. Dlaczego nie napisałam czegoś lepszego. Wszyscy będą się ze mnie śmiać, a już na pewno redaktorka.

(Jakby co, to nie śmiała się, ani jedna, ani druga. W sumie nikt się nie śmiał)

4

Zastanawiam się dlaczego tyle osób z dużą dozą wrażliwości ciągnie do pisania. To masochistyczną profesja. Kiedy czytałam po raz pierwszy uwagi redakcyjne, było mi słabo i miałam wrażenie, jakby raz za razem ktoś wbijał mi nóż we wnętrzności. A to po prostu zwykła redakcja. Kiedy czekałam na odpowiedzi z wydawnictw, moje samopoczucie sięgało dna. Życie byłoby o wiele łatwiejsze gdybym nie pisała.

A jak ja latami żyłam i pisałam bez leków antydepresyjnych, to naprawdę nie mam pojęcia.

5

Wymyślaliście sobie świat i opowieść przez jakieś dwadzieścia lat życia, aby w końcu spisać ją i nawet znaleźć wydawcę? A potem wysłaliście zły plik w jednym z najważniejszych zawodowo momentów swojego życia? I zajęło Wam tydzień, żeby się zorientować? I redaktorka pracowała tydzień na tym pliku?
Zdarzyło się to Wam?
BO MNIE TAK.

6

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk napisała mi kiedyś w dedykacji w swojej książce, że ma nadzieję wywołać trochę zazdrości, zazdrość jest świetną motywacją. Potwierdzam.
Znam Kasię i wiem, że mało osób ma w sobie tyle zapalczywości do pisania, ale patrzyłam na mnóstwo innych osób i uznawałam, że jeśli im się udało, to czemu mnie miałoby się nie udać? Nie z pogardą, nie ma co gardzić ludźmi, którzy zostają nagrodzeni za włożony wysiłek. Ale z zacięciem. Że i ja wszystkim pokażę. To budująca moc zazdrości.
Z podobnej zazdrości wyjechałam na studia do Szkocji, a potem założyłam blog szafiarski…Bez zazdrości nie byłabym tu, gdzie jestem w życiu.

7

Jestem osobą mającą problemy z czekaniem i cierpliwością, dlatego okres oczekiwania na skonsolidowanie się planów był dla mnie mało radosny. Natomiast kiedy te plany już ruszyły z kopyta, ekscytuję się tak, że czasami nie mogę w nocy zasnąć, bo wymyślam motywy promocji. To jest przynajmniej tak samo przyjemne jak pisanie.

8

Proces wydawniczy jest stresujący. Nawet kiedy masz do czynienia z miłymi i życzliwymi ludźmi. A tylko z takimi miałam do czynienia Tak wiele rzeczy zależy od innych osób i od całych makro zjawisk (heloł, wojna, heloł, rynek papieru) , tak wiele rzeczy zmienia się na bieżąco, że nie można być niczego pewnym i na nic się nastawiać. Co przy neurotycznych cechach osobowości sprawia, że chodziłam po ścianach. Chociaż wszyscy na każdym etapie byli dla mnie tylko i wyłącznie mili…

9

Kiedy rozmawiam z profesjonalistami z wydawnictwa i innymi piszącymi, potwierdzają, że to wszystko trwa. Opinii publicznej natomiast wydaje się, że od napisania do wydania książki upływa maksymalnie kilka miesięcy…Może czasem. Wcale nie jako norma. Dlatego cieszę się, że niemal na żywo relacjonowałam co się u mnie dzieje i być może sporo osób z takim samym marzeniem jak ja przygotuje się na wszelkie ewentualności. I będzie mogło podchodzić do wszystkiego spokojniej. Chociaż ja też miałam pod ręką uspokajające mnie osoby, które przez to przeszły. Czy ich słuchałam? No…nie.

A to dopiero był proces wydawniczy. Teraz książka jest dostępna w przedsprzedaży. To taka trochę cisza przed burzą. Nikt nie może jej jeszcze bezpośrednio ocenić. Ale za dwa miesiące pójdzie do ludzi. Wtedy to się dopiero zacznie…

Naprawdę, nie mam pojęcia dlaczego ze swoim poczuciem własnej wartości, kompleksami, delikatną psychiką i w ogóle tendencją do umierania z nerwów, wymyśliłam sobie akurat marzenie bycia pisarką. Mogłam przecież hodować jakieś puchate zwierzęta…

Jednak to uczucie, kiedy widzisz okładkę, kiedy jest na niej nazwisko, kiedy słowo staje się ciałem, a wizja przybiera kształty…no to jest orgazm. Zwłaszcza dla mnie, kiedy doświadczam tego po raz pierwszy. Może przy kolejnych pozycjach to powszednieje…chętnie się przekonam.

10

Jeśli coś mnie zaskoczyło tak naprawdę i bez żadnego precedensu, to ogrom miłości, jaki dostałam od Was, mojej społeczności. Wsparcia, ciepłych słów, wyrazów dumy i uznania. Zobaczenie swojego nazwiska na okładce jest wspaniałe, ale bez Was nie byłoby równie wspaniałe. Ta reakcja pozostanie ze mną może do końca życia, zachowam ją w pamięci na ciężkie momenty, kiedy będzie mi smutno i będę w siebie wątpić.
I za to z całego serca Wam dziękuję. Że jesteście ze mną, czasem od lat i że we mnie wierzycie i ufacie. Mam nadzieję, że nie zawiodę.

Premiera w marcu <3

W ciągu dnia lub dwóch powinnam mieć dla Was kod zniżkowy. A link do przedsprzedaży tutaj: Elfy Londynu przedsprzedaż

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Scroll to Top