maria-antonina
Riennahera

Riennahera

Nie jara mnie już Maria Antonina

Wiecie co, nadchodzi taki moment, że z powodu nadmiaru dobra przestajecie cieszyć się tym dobrem. Mam to z serialami. Napisałam o tym kilka miesięcy temu cały tekst, który z jakiegoś powodu wywołał spore poruszenie. Że niby jestem taka zblazowana i nie wiem co robić z życiem. I jak śmiem obwiniać o to kapitalizm? Dziwne, że teksty o poważnych sprawach nie wywołują takich emocji…Ale pisząc o serialach śmigałam po twitterze i fejsach, krytykowana przez mężczyzn 😉

Cóż, kapitalizm, nie Marta blogerka, sprawił, że produkcja ubrań przeniosła się z Zachodu na dużo tańszy daleki Wschód, przez co mnóstwo osób potraciło prace, a ludzie szyjący nasze ubrania pracują w skandalicznych warunkach. Kapitalizm, nie blogerka, doprowadził nas do katastrofy klimatycznej. Autor książki “Rzeczozmęczenie” obwinia kapitalizm o obecną epidemię depresji, wynikającą między innymi z przytłoczenia i braku radości z materialnych dóbr. Naszym rodzicom mogło ich jeszcze brakować (chociaż bardziej w centralnej i wschodniej Europie, bo już nie w zachodniej), ale my mamy rzeczy po uszy. I potrzebujemy nowego podejścia do życia. Mam kontynuować?

O co mam ból?

W telegraficznym skrócie – o fast serialozę.
Wiemy, że fast fashion to zło. Wiemy, że marki, które kilkanaście lat temu dbały o jakość swoich ubrań i oferowały porządne składy, dzisiaj często za tyle samo pieniędzy produkują chłam. I tak, ja wiem, że inflacja i moje 79,90 zł za bluzę, którą kupiłam w liceum (z bólem serca, bo choć była piękna, to było dla mnie mnóstwo pieniędzy) nie jest warte tyle co dzisiejsze 79,90 za bluzę. Niemniej, jakość mojej pierwszej koszulki z Reserved jest nieporównywalna z czymkolwiek co ma obecnie w swojej kolekcji Reserved. To była bawełna spotykana obecnie u marek premium.

To samo dzieje się z serialami.

W końcu, kapitalizm sprawia, że powstają teksty kultury wtórne i miałkie, bo zamiast postawić na nowe pomysły, bardziej opłaca się powielać to co już się sprawdziło. Stąd będziemy mieć dziesiątki odsłon największych franczyz, które będą stawać się coraz większymi gniotami. Tak, mam na myśli Gwiezdne Wojny i uniwersum Marvela i DC. Jako siedmiolatka żyłam Gwiezdnymi Wojnami, bawiłam się tylko w nie i w marzeniach całowałam Hana Solo. Obecnie nie oglądam już nawet wszystkich produkcji, bo czuję mocne “whatever”.

Kilkanaście lat temu zakochałam się w “Tudorach”. Nie było jeszcze streamingu, oglądałam więc odcinki na nielegalu. Mniej więcej w tym czasie Sofia Coppola stworzyła kultowy już film “Maria Antonina”. Widziałam go przynajmniej z dziesięć razy. Kostium się sprzedaje. Twórcy poszli za ciosem. I idą za nim konsekwentnie od lat. W tej chwili nie jestem w stanie wymienić ile produkcji kostiumowych wyrzucanych jest rocznie w naszym kierunku. I szczerze mówiąc, nie do końca mnie to obchodzi.

A zatem Maria Antonina.

Postać kultowa, niemal samonapędzająca oglądalność, prawda? No…nie wiem czy prawda. Sięgnęłam po serial BBC, bo film Coppoli wciągnęłam wielokrotnie, jak tabliczkę czekolady. Serial “Versailles” również uwielbiałam. Włączam więc telewizor i…po 1,5 odcinka go wyłączam. Bo po co mam to oglądać? Nie pokazuje mi się niczego, o czym bym nie wiedziała. Nie ma jakiejś ciekawej formy. Nie wnosi niczego nowego. Tak, jest ładny. Tak, ma niezłą obsadę. Ale to trochę jak tost z awokado. 10 lat temu opychałam się nimi. Obecnie są…no banalne.

To samo stało się z serialem “Cesarzowa” na Netflixie. Włączyłam, bo kostium, bo młoda zagubiona kultowa bohaterka, legenda, samonapędzająca oglądalność, prawda? No, może. Ale po trzech odcinkach nie wiedziałam, po co mam to oglądać. Bo to wszystko już było. Tyle razy. Do znudzenia. Formuła zrobiła się typowa jak taśmowa produkcja z McDonald’s.

Ciężko w natłoku produkcji znaleźć coś świeżego. Nie twierdzę, że nie ma niczego dobrego. Jest. W każdej chwili jest przynajmniej jeden naprawdę dobry serial. Niczym “złoty samorodek w kupie kompostu”. I tak dalej. Niektóre nawet trwają. Niektóre odnoszą oszałamiający sukces. A inne produkcje, które są dobre i które jeszcze kilka lat temu trwałyby sobie, często zostają skasowane. Za niewyrobienie targetów wystarczająco szybko.

Oczywiście, możemy się kłócić, że dzieje się tak, ponieważ publika wie co lubi. Tyle, że sztuka nie polega na dawaniu publice tylko tego co się lubi. W pewnym stopniu, owszem. Ale nie tylko. Nigdy przedtem w historii na tym nie polegała. Znamy Mozarta nie dlatego, że kochały go tłumy, bo tłumy nie słuchały Mozarta.

Pojawia się oczywiście argument popularyzacji sztuki i rozrywki, w przeciwieństwie do jej elitarności w minionych wiekach. I to jest ciekawy argument. Bynajmniej nie jestem za elitarnym statusem sztuki. Jednocześnie popularne nurty, wywodzące się od nas, od gawiedzi, nie muszą od razu oznaczać płynięcia z nurtem najniższego wspólnego mianownika. Nie oznaczały tego, kiedy powstawał punk, grunge czy w ogóle rock’n’roll. Beatlesi byli popularni, a na różnych etapach swojej kariery wspinali się na różne wyżyny artyzmu. Na pewno znajdziesz na pęczki własnych przykładów.

Obecnie jednak ciężko przebić się z wywrotowym przekazem. Oraz utrzymać się z niego. Jak myślicie, dlaczego? Czy może dlatego, że strach inwestować w to co nieznane? Albo dlatego, że streamingami rządzą algorytmy, które sprawią, że jeśli serial nie wyrobi targetu w 28 dni, to zostanie skasowany? I nieistotne czy jest wystarczająco dobry czy nie, jeśli wyrabia oglądalność, nawet jeśli to hate watching, to będzie trwał. Khem, tak. Khem, mam na myśli “Emily in Paris”.

Chociaż to przecież nie tak, że to co inne i dziwne się nie sprzedaje w telewizji. “Twin Peaks” do dzisiaj pozostaje kultowym. Nie wiem jednak czy Twin Peaks wyrobił swoje normy w 28 dni. Zakładam, że nie.

Muszę przyznać, że zaskakują mnie oburzenia co do produkcji takich jak “Bridgertonowie”, że kostiumy nie takie i mają czelność pokazać osoby inne niż białe. Zawsze mam ochotę spytać czy takich widzów nie nudzą już takie same produkcje jak spod sztancy. Kolejne “Białe Królowe” i inne księżniczki.
Jednocześnie przeszkadza czarnoskóra postać w ewidentnie stylizowanym, nie historycznym serialu, lub wywrotowe obsadzenie kogoś innej etniczności jako znanej białej postaci, dla efektu artystycznego. Ale nie przeszkadza, że aktorzy w produkcjach historycznych atrakcyjni są według naszych standardów, a nie standardów epoki, że mają pełen makijaż, wydepilowane nogi i tak dalej. A w filmach sensacyjnych nie razi, że służby specjalne zachowują się zupełnie niezgodnie z protokołami i legislacją, a policjanci i detektywi rozwiązują sprawy kryminalne w ciągu kilku-kilkunastu dni.

Rany, jak mnie to wszystko nudzi. Z tego względu jestem, jako widz, jak najbardziej zblazowana.

Wybacz zatem, Czytelniczko i Czytelniku, że tęsknię za czasami, kiedy w ofercie miałam dziesięć seriali, które były naprawdę jakieś, a nie dziesięć “w porządku” seriali co pół roku na dziesięciu różnych streamingach. Bo czuję się coraz bardziej jakbym chodziła między straganami na rynku pośród chińskich podróbek dresów znanych marek.

Jak już podkreśliłam, nie twierdzę, że nie powstaje nic dobrego. Powstaje. Z pewnością powstają i wybitne produkcje. Niektóre oglądam. Niektóre Ty oglądasz. O dużej części pewnie się nawet nie dowiemy. Albo nie zdążymy ich obejrzeć przed skasowaniem. Ale dostaniemy trzy kolejne odsłony Gwiezdnych Wojen.

Więc tak. Osobiście romantyzuję początek Złotej Ery Telewizji. Był upierdliwy, bywał frustrujący, ale seriale najczęściej dożywały więcej niż jednego sezonu. Wiele z nich było naprawdę jakościowych.

A ponieważ show business to jak najbardziej przemysł, nie udawajmy, że nie chodzi tu o kapitalizm.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top