dwujezycznosc
Riennahera

Riennahera

Dwujęzyczność ma też cienie

Zwykle chwalę dwujęzyczność i uważam, że życie w jednym języku nie byłoby tym samym. Bo nie byłoby. Zresztą, to już chyba melodia przeszłości, kiedy większość ludzi na świecie jest przynajmniej dwujęzycznych, a i mieszkając całe życie w jednym kraju, mnóstwo osób z powodów zawodowych musi używać innych języków.
Lubię to, że w domu mówię po polsku, a potem w sklepie, kawiarni, na placu zabaw, z koleżankami, dawniej w pracy i z klientami, używam innego języka. Nie ukrywam, bardzo mnie to kręci. Ale to nie tylko brokat i sielanka. To również powód do irytacji, dylematów, wyborów, niezręczności.

Dzisiaj o tym, co nieco uprzykrza życie.

Jedno z często powracających pytań, które najpierw mnie zaskakiwało, potem przewracałam oczami, a w końcu wzruszam ramionami:

W jakim języku piszesz książkę? A czemu nie po angielsku? A czemu nie wydasz jej w Wielkiej Brytanii?

Cóż, nie jestem Josephem Conradem. Uważam, że moja książka jest fajna, ale nie jest to geniusz na miarę “Jądra Ciemności”. Chociaż bardzo bym chciała, muszę zachować jednak dużo pokory. Poza tym…Mimo, że po angielsku skończyłam studia, mimo, że pracowałam w zawodzie, który opierał się głównie na komunikacji, mimo, że bywam brana za Brytyjkę, to w środku, w Martusi, nie czuję się godna literackiego użycia angielskiego. Tak, mogę prowadzić rozmowę na każdy temat, żartować, być ironiczna i sarkastyczna, czytać głównie angielskie książki i zachwycać się poezją, ale uważam, że JA nie umiem być pisarką po angielsku. I to nie jest kwestia romantycznego patriotyzmu, jak u Andrzeja Wajdy, że “chcę powiedzieć co myślę, a myślę zawsze po polsku”. O nie. Często myślę po angielsku. Po prostu czuję się…niewystarczająco uzdolniona.

Być może to fałszywe przekonanie, kwestia moich kompleksów, lenistwa czy po prostu braku chęci. Nie będę się kłócić. Wiem, że sama myśl o pisaniu literatury po angielsku mnie przerasta. I tylko literatury. Napisałam na pęczki esejów na studiach, napisałam pracę licencjacką i magisterską, napisałam aplikację na doktorat i nawet zostałam przyjęta. Mogę pisać prezentacje sprzedażowe, mogę pisać maile, instrukcje, cokolwiek. Tylko nie literaturę.

Z drugiej strony…Nie wiem czy jestem wystarczająco uzdolniona, żeby pewne rzeczy robić po polsku. Na przykład uczyć polskiego własnego dziecka. Nie w mowie. Iona mówi płynnym i prawidłowym polskim. Ba, czasami używa słów całkiem wyrafinowanych. Nie wiem skąd je bierze, choć stawiam na książeczki i bajki, które ogląda. Chodzi o naukę w sensie szkolnym. Tak, żeby była płynna w polskim w piśmie na poziomie zbliżonym do rówieśników w Polsce.

Nie tak dawno moja znajoma opowiadała o planach wyprowadzki z Londynu, żeby wysłać dziecko do francuskiej szkoły w innej części kraju. Sama jest Francuzką, nie ma umiejętności ani zasobów, żeby uczyć dziecko języka na poziomie szkolnym i wyższym, a nie stać jej na szkołę prywatną. Uznała, że to na tyle duży problem, że jest gotowa zmienić dla niego zupełnie miejsce zamieszkania i styl życia. I powiem Wam, że nie jest to problem nad którym wcześniej w ogóle bym się zastanawiała. Ale teraz się zastanawiam.

Czy ja mam umiejętności i zasoby, żeby uczyć dziecka polskiego na poziomie szkolnym?

I co zrobić, jeśli nie mam?
Tak, wiem, istnieją weekendowe polskie szkoły. Bez obrazy dla nikogo, sama idea mnie odpycha i uważam, że nie jest to coś dla nas. Po pierwsze – weekendowe. Nie chcę takiego życia, w którym po tygodniu szkoły dziecko idzie do kolejnej szkoły. Po drugie – te, o których mi wiadomo, działają w środowiskach, które nie są mi bliskie. Na chwilę obecną nie wiem zatem jak zabrać się za temat.

To mój najpoważniejszy problem, życie w dwóch językach usłane jest jednak problemami pierwszego świata 😉

Dwujęzyczność a filmy z lektorem

Są niewyobrażalną torturą. Słyszeć na raz dwa języki, w których jest się biegłym, to jakby brać udział w spotkaniu dyplomatycznym z tłumaczem symultanicznym. Da się znieść chwilę, ale na pewno nie na długość filmu. Nie mam problemu z jakimikolwiek napisami, ale dźwięk polski nałożony na angielski to katorga.

Co sprawia, że oglądanie filmów w polskiej telewizji mija się z celem.

Dwujęzyczność a tłumaczone książki

Bardzo ciężko mi czytać książki, które napisano po angielsku, w polskim tłumaczeniu. Nie jest to zarzut do tłumaczy, ale bardzo często jestem w stanie wyobrazić sobie angielskie frazy i coś mi zazgrzyta, tekst przestaje mi wchodzić. Musi mi bardzo zależeć na tekście, żebym się przemogła.

Ale…są tłumaczenia z różnych języków, których nie lubię czytać po angielsku. Teksty francuskie i rosyjskie tracą po angielsku dużą część charakteru. Tołstoj po angielsku jest nie do zniesienia, Balzac mnie nie bawi.

Dwujęzyczność a oglądanie filmów w trzecim języku

Jest taki stereotyp, w dużym stopniu bazujący na prawdzie, że Anglosasi oglądają filmy tylko po angielsku i odrzucają ich inne języki.
Nie jestem z tego dumna, ale identyfikuję się obecnie z tym stereotypem.
Kiedyś oglądanie czegokolwiek w jakimkolwiek języku nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Ba, było ciekawym i przyjemnym doświadczeniem.
Obecnie sprawia trudność. Oczywiście jeśli zależy mi na jakimś filmie, to go obejrzę, a anime nie wyobrażam sobie oglądać inaczej niż po japońsku. Ale dla czystej rozrywki i przyjemności czy w ramach relaksu, oglądam tylko angielsko, ewentualnie polskojęzyczne produkcje. Bo kolejny język wymaga wysiłku i skupienia i czytania napisów, co już nie jest relaksem.

Don’t be a stranger

Mam momenty, kiedy ciężko mi rozpoznać własny język, kiedy mówią nim osoby w przestrzeni publicznej. Czasami nie jestem pewna czy słyszę czeski, słowacki, rosyjski czy jeszcze inny język słowiański. Czasami wydaje mi się, że słyszę polski, a to francuski. Innym razem słyszę rumuński i muszę chwilę pomyśleć czy to polski czy nie. Być może tak słyszą nas obcokrajowcy?

Dwujęzyczność a prowadzenie social mediów

W jakim języku? Polskim? Angielskim? Obu? Ale po angielsku interesują mnie inne rzeczy, niż po polsku…Bo po angielsku pracowałam w prasie, po angielsku myślę o brytyjskiej polityce, a po polsku o na przykład pisaniu, wydawaniu książki, rodzinie, zdrowiu psychicznym. Nie do końca mi się to składa. Niekoniecznie chcę, żeby polski odbiorca zasypywany był memami o brytyjskim parlamencie, a moje doświadczenia na polskim rynku wydawniczym będą zupełnie nieadekwatne po angielsku.
Można w sumie mieć po dwa profile na każdym medium, ale kto ma na to czas…I ochotę.

Dwujęzyczność a czytanie i śpiewanie dzieciom

Wychodzi na to, że śpiewam w obu językach, bo czemu nie. Z przedszkola i tak znają angielskie piosenki, a jeśli poznają polskie, to tylko więcej piosenek do śpiewania. Win. Chociaż czuję się winna, gdy zamiast jakiejś maluśkiej Dorotki śpiewam “row row row your boat”. Chociaż staram się i to, i to.
Ale już książki…Oficjalne źródła dla rodziców, z którymi miałam styczność, polecają pielęgnować język mniejszości, bo język większości sam o siebie zadba. To prawda, starsza córka mówi po angielsku chociaż jej nie uczyłam, a młodsza używa słów w obu językach. Bo przedszkole, bo żłobek, wiadomo. Nie martwi mnie to. Lecz oto przed nami angielskie książeczki. Otrzymane w prezencie, wypożyczone z biblioteki i tak dalej. I co robić?
Czytać je po angielsku? Ale wtedy nie pielęgnuję języka mniejszości. Czytać je po polsku, wymyślając tekst na poczekaniu? To robię, ale męczy mnie to i nie lubię tego.

Oczywiście, żaden z tych problemów nie jest cierpieniem nie do przeskoczenia. Niemniej, bycie osobą dwujęzyczną, jakkolwiek pozytywne, pełne jest małych irytacji. Takich malutkich, jak komary. A jednak bycie pokłutym przez komary psuje życie. Na szczęście w Wielkiej Brytanii komary nie są wielkim problemem. Ale za to meszki…

PS Jeśli podoba Ci się ten tekst, to polecam również moje „10 myśli o dwujęzyczności”, w którym moje przemyślenia konfrontowałam z doświadczeniem eksperckim Dr Joanny Kołak, zajmującej się tematem dwujęzyczności od ponad dziesięciu lat.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

6 thoughts on “Dwujęzyczność ma też cienie”

  1. W temacie uczenia dzieci języka polskiego – zastanowiłabym się, czy naprawdę potrzebują do tego szkoły. Czy kontakt z językiem w domu i z polską rodziną/znajomymi nie wystarczy?

    1. Chodzi chyba o czytanie i pisanie po polsku. Mam prawie 7-letnie dziecko, które w szkole uczy się języka większości (trzeci rok), a w domu uczymy polskiego. Nie jestem pedagożką, uczenie kogokolwiek jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, a już szczególnie uczenie własnego dziecka.

      Mówienie po polsku – idzie super, rozumienie tak samo. Przy czytaniu i pisaniu dziecko używa fonetyki angielskiej. Ma jeszcze czas na zdobywanie biegłości w języku mniejszości, wszak dzieci w Polsce zaczynają naukę czytania dopiero w zerówce, jednak mam wrażenie, że profesjonaliście szłoby to uczenie lepiej niż mnie 😉

    2. Tak jak napisała Olga, poza Polską język wynoszony tylko z kontaktów z bliskimi to zupełnie nie jest poziom porównywalny do poziomu dzieci w polskiej szkole.

      1. Ok, rozumiem. Po prostu zastanawiam się, czy dzieci żyjące zagranicą potrzebują znajomości języka polskiego na poziomie porównywalnym do dzieci żyjących w Polsce. Przecież polskie dzieci nie będą władać angielskim jak te, które wychowują się w Wielkiej Brytanii. Rozumiem, że może chodzić o pragnienie rodziców i podtrzymanie swego rodzaju tożsamości kulturowej. To jest bardzo ciekawe zagadnienie!

  2. Katarzyna Stefanowicz

    Może jakimś rozwiązaniem (niedoskonałym) byłyby zajęcia z polskim nauczycielem online? Widzę dwa problemy u znajomych dzieci urodzonych i wychowywanych poza Polską (UK, Niemcy, Irlandia) przez rodziców z Polski: ograniczona umiejętność posługiwania się polskim językiem pisanym (z różnymi interesującymi implikacjami) oraz posługiwanie się językiem mówionym rodziców/dziadków. Nawet jeśli rodzice mają stały kontakt z językiem, nie jest to zazwyczaj język młodszego pokolenia. Znajoma nastolatka z Irlandii przyjeżdża do Polski na wakacje, „podłapuje” Polski od swoich kuzynów oraz na obozach, w których bierze udział, a po powrocie do domu, uczy rodziców nowej polszczyzny 😉

    1. Wiesz co, nie wiem jak mogłam o tym nie pomyśleć! Przecież żyjemy w XXI wieku i z pewnością da się godzinkę lub dwie tygodniowo wygospodarować na naukę online.
      Mam ochotę pacnąć się w czoło. Dzięki!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top