Nie lubię dostawać (wielu) prezentów

Za czasów szkolnych powrót po Świętach wiązał się z powtarzaniem między sobą litanii prezentów, które znaleźliśmy pod choinką. Dzieciaki przychodziły w nowych ciuchach, z nowymi gadżetami. Ilość miała znaczenie. Chyba, że poszło się z przytupem w cenę, w jakiś rower czy komputer. Prezentami chcieliśmy się wszyscy chwalić. 

Social media bywają czasem jak szkoła. 

 

Pamiętacie co dostaliście pod choinkę 10 lat temu? A pięć lat temu? Co dostaliście na zeszłoroczne urodziny? A rok wcześniej?

 

Bardzo zapamiętałam jedne Święta za czasów w gimnazjum. Moi rodzice właśnie się (mocno konfliktowo) rozwodzili i miałyśmy z mamą cięższą sytuację finansową. Dostałam kilka rzeczy. Fioletowy sweter, kasetę Björk i niedrogie perfumy, które sama wybrałam sobie w drogerii. W porównaniu z wieloma poprzednimi Gwiazdkami i tym co dostały koleżanki – dość skromnie. Z jednej strony były to z wielu powodów smutne Święta, ale na pewno nie z powodu prezentów. Sweter mam do dziś.  Zapach tych perfum był tak oszałamiający, że dwóch moich chłopaków z tego okresu (za jednego wyszłam) wspominało go nie raz, choć kosztowały kilkanaście złotych. Delikatna muzyka Björk dodawała magii przez wiele smutnych wieczorów. Pamiętam dokładnie jak po Wigilii siedziałam z moimi prezentami w pokoju. Pamiętam atmosferę, śnieg, babcię. Te rzeczy na zawsze kojarzą mi się z tymi momentami. Prezentowo były to jedne z najlepszych Świąt w moim życiu, chociaż ich materialna wartość była dużo skromniejsza niż wcześniej czy później. 

 

Im więcej prezentów, tym bardziej rozcieńcza się radość

 

Często spędzam Boże Narodzenie w Londynie, w bardzo małym gronie. Lubię to, bo wszystko dzieje się po naszemu.  Zaoszczędzone na biletach pieniądze możemy przeznaczyć na odwiedzenie rodziny w okresie, kiedy lotniska nie są otchłaniami piekieł, a “tanie” linie lotnicze (jedyne latające do Gdańska) nie dorównują cenami Emiratom. Z mężem wprowadziliśmy sobie tradycję sprawdzającą się idealnie w przypadku świąt kameralnych. Kupujemy dla siebie nawzajem jedną rzecz. Coś porządnego, drogiego, użytecznego, na co jednak normalnie szkoda by nam pieniędzy. Znamy swój gust, więc wiemy co będzie trafione, a co nie. Czasem wymieniamy się krótką listą rzeczy jakie się nam podobają. W zeszłą Wigilię dostałam płaszcz marki, której sama bym sobie nie kupiła. Podarowałam porządną torbę, która starczy mu na lata. Pod choinką leży zatem niewiele, ale zawsze leży dobrze. 

Czasem dajemy sobie rzeczy drobne, a potem na spółkę kupujemy coś super dla nas obojga. Jak zeszłoroczne uniseksowe perfumy z Paryża . Używamy ich razem, butelka jeszcze się nie skończyła, absolutnie je uwielbiam. Tak samo jak fakt, że tak samo pachniemy. 

 

Może nie umiem dostawać prezentów? 

 

Tak jak słabo mi wychodzi śmianie się na filmach. Doceniam humor w scenariuszu, ale śmieję się na głos tylko wtedy, kiedy coś naprawdę dotknie wszystkich czułych strun. Wtedy śmieję się do rozpuku. Bardzo rzadko, ale za to totalnie. Tak samo jest mi naprawdę miło dostawać różne rzeczy, ale radość wywołują tylko takie, których naprawdę, naprawdę chciałam. Czasem bywam też jak kot. Pudełko, w które zapakowany był jeden z prezentów od męża, cieszy mnie przynajmniej tak samo jak to co było w pudełku. Nakleił na nim obok siebie samoprzylepne karteczki, narysował nieudolnie sanie Mikołaja (nikt nie rysuje tak źle jak mój mąż…) i napisał “dla małej grzecznej kuleczki”, co było nawiązaniem do żartu, który znamy tylko my. To pudełko trzymam do dzisiaj. 

 

Nie prezentuję na blogu żadnych przewodników po prezentach  

 

Takie głupie pudełko z żartem jest dla mnie cenniejsze niż cokolwiek co można zamówić przez link afiliacyjny. Nie umiem z czystym sumieniem polecić śmiesznego kubka czy przypadkowej książki. Tym bardziej, że z książek lubię głównie nudne XIX-wieczne powieści, które są mało instagramowalne. Coraz bardziej lubię też zasadę ograniczania zakupów. W ostatnich miesiącach kupuję coraz mniej, bez żadnej ideologii, bez żadnego slow life czy zero waste. Po prostu brak podniecenia na widok materialnych rzeczy staje się większą przyjemnością niż ich kupienie. 

Może taki mam styl. A może to już starość?

  • migi

    No taki masz styl:)

  • Arachne

    Fajny pomysł, a XIX-wieczna powieść to niezły pomysł na prezent – Samotnia albo coś z Tołstoja 😉

    • Jeśli ktoś lubi XIX-wieczne powieści, to raczej ma w domu ich dużą kolekcję i kupowanie w ciemno to loteria 😉

  • beata

    Poradniki prezentowe to coś, czego na maksa unikam na blogach. Bo jeśli nie znasz dobrze obdarowywanej osoby, czyli nie wiesz, czego by pragnęła i z czego się ucieszyła, to żaden prezentownik nie pomoże i równie dobrze można kupić zestaw dezodorant+żel pod prysznic Dove. Albo kartę do empiku. Czyli najbardziej nudne, bezosobowe prezenty ever. Prezentowniki to dla mnie wielka pomyłka. No chyba że są pod jakiś konkretny temat, typu zero waste u Ryfki, to wtedy sobie myślę, że gdybym znała kogoś, kto się w temat wkręca, to mogłabym skorzystać. Ale i tak trzeba tu wykonać podstawową pracę i pokminić co nieco na temat obdarowywanej osoby.

    • oglądam te wszystkie prezentowniki i jeszcze nigdy nie kupiłam żadnego prezentu kierując sie któryms z nich. W tamtym roku zrobiłam na bloga przewodnik prezentowy z kluczem: rzeczy, które sama chciałabym dostać, ale w tym roku już nie zrobię i w ogole więcej tego nie zrobię, wciąz jednak bardziej identyfikuję się z wpisem, w którym wylistowałam, jakich prezentów nie kupować (karta do empiku też tam była, chociaż znam ludzi, którzy nie lubia niespodzianek i chcą dostawać takie rzeczy, a przynajmniej tak twierdza).

      • Wyłamię się – kartę do empiku akurat bardzo lubię, bo mało kto nadążą za tym, co już mam, a co chcę mieć ^^” Ale u mnie wszyscy wiedzą, że karty do Empiku przyjmę ze szczerą radością w ilościach każdych.
        Ale fakt faktem, mój entuzjazm, nie oznacza, że to z automatu dobry prezent. Bo jak ktoś mówi od pół roku o konkretnej książce/płycie/czymkolwiek innym, to taka karta tylko pokaże, jak bardzo nikt tej osoby nie słuchał.

      • beata

        dokładnie o Twoim wpisie myślałam pisząc o karcie empikowej 😀 to dobry wpis był! chociaż ostatecznie uważam, że lepsza karta, niż prezent totalnie z dupy. w takich prezentach dobra jest moja matka i w tym roku poprosiłam o kartę podarunkową, bo nie mam już siły do lakierów do paznokci, kolejnego stojącego na półce słonia, podświetlanych długopisów z imieniem czy breloczka z latarką (to wszystko true story). moja matka to mistrzyni prezentów, raz powiedziałam, że chciałabym ładną pościel w kwiaty, to prawie że otrzymałam w prezencie relikt designu z lat 90. (ostatecznie sama sobie musiałam tę pościel kupić, a mama oddała kasę). więc no, taka karta to czasem wybawienie. jak mamę kocham, tak nie znoszę, gdy robi mi prezenty. i znając ją, gdyby dorwała jakiś prezentowy przewodnik blogowy, to dostałabym jakiś instagramowalny paździerz, który akurat był dostępny w afiliacji.

        • Mira

          Moja siostra też ma taki „talent” do prezentów. W zeszłym roku dostałam bryloczek do kluczy z kablem do ładowania komórki. Niby fajne, tylko brylok miał wejście microusb a ja mam iphona (lightning)… Chociaż pewnie gdyby nie to, to dostałabym standardowo szalik 😉

      • beata

        ej, aczkolwiek myślę, że zestaw do kolorowania włosów na jednorożca przydałby się każdemu 😀

  • Nie wiem, czy starość, bo jestem mentalną licealistką a mam podejście podobne. Szczególnie że mam typowo studencki stan posiadania i grudzień to zawsze nadszarpywanie oszczędności i wyjadanie zapasów, odliczając dni do daty powrotu do domu. Nie stać mnie na kupowanie fajnych prezentów, ale na kupowanie tanich i niepotrzebnych też nie. W tym roku dopadł mnie jakiś dekadentyzm prezentowy i kilka osób dostanie tylko domowe ciastka. Łażenie po galerii i szukanie bezsensownych prezentów to taki krąg piekieł idealnie dopasowany dla mnie, serio.

  • Marta Konopacka

    Jeśli to starość, to fajna starość. Do mnie ostatnio dotarło, że że wszystkich prezentów pod choinką najlepiej pamiętam piżamę. Ładną, wygodną, mięciutką piżamę, którą dostałam w chwili, kiedy moje wszystkie piżamy zaczęły rozłazić się w szwach.
    Drugi najpiękniejszy prezent to było pozwolenie na pojechanie na święta do babci zamiast do rodziców. Miałam zaostrzenie depresji, już na dworcu dowiedziałam się, że babci na świętach nie będzie, i w kompletnym stuporze snułam się po dworcu kolejne kilka godzin, przepuszczając bezwolnie kolejne pociągi. Aż zadzwonili, że mogę jechać do babci, jeśli chcę. Pojechałam. Z całych przygotowań 15 minut odkurzacza, świeży obrus na głównym stole i mała kompozycja ze świerkowych łapek i mandarynek. Jedne z najlepszych świąt w życiu.

    • Ana

      Chciałam skomentować ten tekst jednym zdaniem. Pierwszym w komentarzu powyżej: „Jeśli to starość, to fajna starość” – bo to podsumowanie idealne. Obyśmy wszyscy się tak starzeli 🙂

  • Próbowałam sobie ostatnio przypomnieć, co dostałam na 30-magiczne-przełomowe-urodziny. No ni hu hu. Coś mi się majaczyło, ale nie pamiętałam. Myśl wywołana była zdjęciem, na którym ktoś chwalił się samochodem otrzymanym z tej samej okazji. Gratuluję bez cienia zazdrości.

    Rodzina w tym roku poprosiła o prezentownik. O ile byłam w stanie zrobić taki dla dziecka, to na własnej liście najchętniej napisałabym MARY POPPINS NA WEEKEND. Serio, toby mi wystarczyło. Przynajmniej nie miałabym za ileś lat dylematu, co z tym zrobić.

    Masz jeszcze ten fioletowy sweter?

  • Agnes

    U mnie nie bylo prezentow w domu z czystek ekonomi, bylismy biedni o ile w klasach1-3 jakos nikt nie bardzo mowil o prezentch to juz klasy 4-8 zreszta w wielkim miescie to byla prawdziwa przechwalanka co kto dostal. Nigdy nic nie mowilam ze nie dostawalam prezentu tylko jak ktos mnie sie pytal to wtedy po prostu zmyslalam jakas tam rzecz. Czy bylo mi smutno tak. Dzis tez nie lubie prezentow za to uwielbiam obdarowywac jednak z umiarem. Nie lubie tez celebrowac urodzin I skladac zyczen. Najlepsze swieta to zawsze z moja babcia mialam tylko my dwie. Cicho, spokojnie, swiatelka na choince.

  • Co to były za perfumy z gimnazjum? 🙂

  • Z tym ograniczaniem ilości posiadanych przedmiotów to wcale nie musi być kwestia starości, chociaż to chyba zwyczajnie przychodzi z wiekiem 😉 Mam tak samo i wcale nie podążam za modą ani slow life. I absolutnie popieram metodę dawania sobie nawzajem listy potrzebnych rzeczy, z której możemy wybrać jedną i podarować – u mnie się sprawdza, a element zaskoczenia zawsze jakiś jest 🙂

  • Angie Jessy

    Ja też kupuję coraz mniej rzeczy – jakoś tak drażni mnie „rozrzutność” 🙂

  • To niezła ta Twoja starość. Sama chce się tak zestarzeć. Mi w tej chwili marzy się własny eco tiny house ze względu częściowo na zero waste, trochę bardziej slow life i ogólny minimalizm 🙂 A co do świątecznych przygotowań to bardzo nie lubię tych „wielkich” ani gotowania pierdyliarda potraw, które potem zalegają przez tydzień. Jestem z tych co wystarcza im sałatka jarzynowa, bigos i sernik 🙂 Równie dobrze w święta mogłabym zjeść sushi jeśli obyłoby się bez nerwówki, kłótni przedświątecznych itd. Kameralne, spokojne i przede wszystkim prawdziwie rodzinne święta to jest chyba coś czego dawno nie doświadczyłam.

  • Ewa

    U nas w tym roku też pierwszy raz od dawna było prawdziwie minimalistycznie. Od paru lat doszłam do etapu „wishlist”, spośród których bliscy wybierali dla mnie prezenty, ale teraz jestem w tym momencie, że to, czego chcę/potrzebuję, kupuję sobie sama, a rzeczy, które nie są idealnie „moje”, bardziej irytują, niż cieszą. Może to „starość”, a może faza minimalizmu. Tak czy owak, dobrze mi tak.
    I zdecydowanie bardziej od prezentów kupowanych „na siłę” cieszą mnie te mniejsze (lub większe), ale pokazujące, że osoba obdarowująca mnie zna, albo szanuje moją fazę na minimalizm i nie kupuje prezentów na siłę. Dlatego jako jedne z najlepszych prezentów ostatnich lat uznaję kilka gatunków dobrych herbat otrzymanych w tym roku pod choinkę oraz… ananasa i kilka fig, które dwa lata temu dostałam od mojej mamy na urodziny. To był idealnie trafiony prezent 🙂

Loading..