Na pewno kiedyś już o tym wspominałam, ale wielkim źródłem mądrości życiowych jest dla mnie ‚Sunscreen’ Baza Luhrmanna. Jedna z tych mądrości to ‚do not read beauty magazines, they will only make you feel ugly’. Magazyny dla kobiet to w gruncie rzeczy wielcy wrogowie wszelkiego szczęścia i dobrego samopoczucia, a także, a może przede wszystkim, zdrowego rozsądku. Tak jak nie powinniśmy ufać Rzymianom opisującym barbarzyńskie ludy, bo w tych opisach kreują przede wszystkim siebie, tak nie powinniśmy ufać magazynom wciskającym nam produkty swoich reklamodawców.

O nowej diecie cud roku 2013 słyszałam już wcześniej. Chodzi o to, żeby dwa dni w tygodniu nie jeść więcej niż 500 kalorii, w pozostałe dni jeść normalnie. Podobno działa, mniejsza z tym. Współautorka książki wyznaje, jak dieta zmieniła jej życie, jaka jest szczęśliwa, bo z rozmiaru 12 schudła do rozmiaru 8. Jaki ma teraz zdrowy stosunek do jedzenia i jak nie trzeba się wstydzić, że odchudzenie się czyni nas szczęśliwszymi. Artykuł zobrazowany jest zdjęciami, na których specjalnie nie widać różnicy w wadze. Tym bardziej, że to ‚przed’ jest nie do końca wyraźne i przedstawia autorkę w bluzie i jeansach. Fenomenalny efekt diety to nic, czego nie dałoby się uzyskać regularnymi ćwiczeniami czy uprawianiem sportu przy stosowaniu najsłynniejszej diety świata – ‚minimum słodyczy i śmieciowego żarcia’.

O co się czepiam? Pani ma do sprzedania (niezbyt potrzebną) książkę, to zrozumiałe, ale cały artykuł zaprzecza jej zdrowemu stosunkowi do jedzenia. Po pierwsze to ‚nie trzeba się wstydzić, że odchudzenie się czyni nas szczęśliwszymi’. Ała. Fajne jest zgrabnie wyglądać, ale podobnie jak nowa sukienka nie sprawi to, że facet bardziej nas pokocha, znajdziemy przyjaciół, a na świecie zapanuje pokój. Poza tym tekst pokazuje wyraźnie, że nie chodzi o zgrabne ciało i atrakcyjny wygląd, tylko o konkretny rozmiar marzeń. Słowem nie wspomina o żadnych ćwiczeniach. Jeśli ma się bebech, to bez ćwiczeń będzie się go mieć dalej nawet jak się schudnie 5 kg. Serio, znam z doświadczenia. Ponadto schodzenie z niekoniecznie dużej wagi na bardzo małą wagę wyłącznie przez niejedzenie skutkuje czasem problemami z zębami, cerą i włosami. Serio, znam z doświadczenia.

A teraz puenta. Można pisać książki o odchudzaniu i mieć wymarzony rozmiar 8, ale lepiej jak Jennifer Lawrence nie przejmować się rozmiarem i po prostu wyglądać oszałamiająco zwyczajnie dbając o siebie. Nawet w rozmiarze (nie bójmy się tego powiedzieć) 10. A w międczyczasie zająć się ciekawszymi rzeczami niż kontrolowanie swoich porcji, np. karierą w Hollywood.

Mój stosunek do jedzenia też nie jest do końca zdrowy, skoro stałam około godziny w kolejce po hipsterskie naleśniki. Zaprawdę powiadam Wam, nie trzeba się wstydzić jeśli naleśniki czynią Was szczęśliwszymi niż czytanie kolejnego poradnika jak schudnąć, który za rok i tak wyląduje w supermarketach w koszykach z przeceną.

Photos by Styledigger and The Adamant Wanderer
(nie jestem pewna które kto, bo na widok jedzenia z ekscytacji aparaty latały jak dzikie i przechodziły z rąk do rąk)

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

29 thoughts on “Zdrowy stosunek do jedzenia”

  1. Masz zupełną rację! Ostatnio stwierdziłam, że od nowego roku chcę o siebie zadbać.. i zaraz wszyscy „a po co ci się odchudzać?”. A mi nie chodzi o to. Tylko dbanie o siebie, ograniczanie śmieciowej żywności i jedzenie owoców i warzyw. No i wzięcie się za sport, bo bez tego ani rusz! 🙂
    Masz u mnie znów plusy za posta <3

  2. Naleśniki czynią mnie szczęśliwą. Makaron też. Co jest na wierzchu naleśników ze zdjęcia? Czy to ogromna ilość masła, czy może jednak coś innego. Oraz fota w kapeluszu – pięknie, prosi się o przerobienie na rysunek.

  3. Zdjęcie Jennifer Lawrence, które podlinkowałaś – świetna ilustracja tego, co ubranie może uczynić z sylwetką (te faliste linie + różne faktury materiału + pasek = optyczne wyszczuplenie). Poza tym popieram wnioski dot. jedzenia, ćwiczenia i chudnięcia. No i tekst o brzuchu – też jakby skądś znajomy. Ale karnet na siłkę już czeka, jupi! 🙂

    Tylko te naleśniki… No zbrodnia w ciemną noc, jak tu teraz nie zaatakować lodówki? Ślinka cieknie! 😉

  4. Jak dla mnie to jeden z postów typu ‚oczywista oczywistość’. Zbyt wiele razy słyszałam na ten temat podobne argumenty co twoje. Nie napisałaś nic odkrywczego, ale tak, zgadzam się z tobą, mimo że mnie akurat ten ‚problem’ nie dotyczy. Zawsze byłam naturalnie chuda. Mam 170 cm wzrostu i nigdy nie przekroczyłam magicznej granicy 49 kilogramów. Marzy mi się jakiś fajny tekst dotyczący osób takich jak ja, które nie miałyby nic przeciwko przytyciu. Z jednej strony bardzo lubię fakt, że mimo spożywania tak horrendalnych ilości czekolady nie wyglądam jak kanapa w poprzek, a z drugiej chciałabym, żeby ludzie na widok moich odstających kości biodrowych nie rzucali ‚Auschwitzami’ Z jednej strony dobrze słyszeć od koleżanek komplementy dotyczące szczupłych nóg/brzucha/talii, z drugiej cienko (kalambur niezamierzony ;p), gdy rodzice tych koleżanek pytają ‚czy karmią cię w domu?’ Kończę tym czym zaczęłam czyli oczywistą oczywistością 🙂 Każdy rozmiar ma swoje wady i zalety. Szczupli też mają swoich amatorów i przeciwników. Nie warto też szufladkować i widząc chudzielca zarzucać mu od razu dietę i ślepe podążanie za jakimś kanonem piękna.

    1. No właśnie, dla Ciebie naturalne jest bycie bardzo szczupłym, dla innej osoby naturalny będzie wygląd Jennifer Lawrence, i jedno i drugie może być zdrowe. Ale nie wiem, czemu ten rozmiar 8 ma być magiczny dla wszystkich. Moim zdaniem Jennifer wciąż zresztą można określić jako szczupłą. Swoją drogą nie każda wysoka i szczupła osoba będzie nosić rozmiar 8, kwestia proporcji. Niemożliwe jest abym nosiła ten sam rozmiar co np. osoba niższa ode mnie o głowę.

      Nie bardzo wiem jaki fajny tekst można napisać o ‚takich osobach jak Ty’ 🙂 Moim zdaniem na świecie jest miejsce dla osób o wyglądzie Keiry Knightley i Alexy Chung tak samo jak dla Jennifer Lawrence, Blake Lively czy Scarlett Johansson. Keira nie będzie nigdy mieć ponętnych piersi, a Scarlet nie będzie mieć nóżek jak patyczki. A obie są seksowne.

    2. Jej, nie zrozumiałyśmy się. Ja nie twierdzę, że tylko chude jest seksowne. Twierdzę, zresztą chyba jak Ty, że seksowność nie ma wagi. Ten tekst o osobach takich jak ja może nie był zbyt fortunny, chodziło mi o to, że wciąż słyszę dyskusję o tych dietach, marzeniach o chudej sylwetce itd, i czuję się w nich wyobcowana. Nigdy nie uczestniczyłam w podobnych rozmowach z koleżankami, bo nie mogłam się podzielić swoimi doświadczeniami, co sprawiało że milczałam przez kolejne pół godziny. Niezła pożywka dla mojego socjopatyzmu 🙂 Już wiem co czują faceci przysłuchujący się rozmowie o lakierach do paznokci ;p Miałam na myśli też to, że o chudej sylwetce mówi się teraz tylko albo w kontekście diety albo w celu porównania jej z tzw. kobiecymi kształtami (idiotyczny termin, jak się nie ma dużych cycków to już grozi to niekobiecością?) no i w efekcie z chudości robi się negatywną cechę, a przecież każdy rozmiar jest okej. Trochę mi głupio, bo znowu wyszło że niepotrzebnie się odezwałam.

    3. Nie zrozumiałam Twojej wypowiedzi jako gloryfikacji chudości, w żadnym razie. Porównanie aktorek miało właśnie na celu stwierdzenie, że jest wiele szczupłości i zgrabności i kobiecość nie ma rozmiaru.

      Tak poza tym, dwie osoby noszące ten sam rozmiar mogą wyglądać zupełnie inaczej, a nawet osoba nosząca większy rozmiar może wyglądać szczuplej. Fetyszyzacja rozmiaru jako takiego (słynny rozmiar 0…) jest bezsensowna.

    4. Tak, masz rację co do proporcji i rozmiarów. Swoją drogą to ciekawe że dziewczyny uwielbiają rozmawiać o swoich wagach, a na przykład o oczach już nie. Oczy wydają mi się dużo ciekawsze 🙂

  5. Świenty tekst.
    Fajnie, że nie stawiasz tylko na zdjęcia i posty pojawiąją się dość często , bo lubię do Ciebie zaglądać, no i bardzo przyjemnie czyta się Twoje teksty. Naprawdę, jest mało blogów, które zachęcają do czytania i Tobie się to udaje, zdjęcia idą w parze z tekstem i jest pięknie.
    Przepraszam za lekki brak ogarnięcia mojego komentarza. 😉

    Pozdrawiam,
    http://narvaga.blogspot.com

  6. Naleśniki to samo dobro jest. Ja bym chciała jakąś książkę, jak utyć. Mama za młodu zrobiła mi krzywdę, karmiła zdrowo marchewką zamiast słoniną i biedne dziecko do dziś dnia nie może odnaleźć się w kebabowniach i hamburgerowniach, bo tam nie ma nic do jedzenia przecież. 😉

  7. Hej! Twój styl jest niesamowity, jestem wielką fanką. Uważam, że w rozmiarze 12 10 i 8 mozna byc tak samo seksowym, wazn zeby czuc to 🙂 Nie mówie o otyłości ani o jej przeciwieństwie, wazne to znac swoja wartosc, swoje mocne strony ia trybuty 🙂

    ps. zgłosiłas sie moze do Matarni na stylistkę? widziałam , ze szukaja i twojego uczestnictwa mi brakowało 🙂

  8. To chyba szerszy problem niż samo jedzenie. To takie obsesyjne dążenie do „ideałów” promowanych przez pisma czy media – idealnej wagi, idealnej twarzy, idealnych włosów, zębów czy perfekcyjnie posprzątanego mieszkania(jako rasowa fleja, nie mogłam tego pominąć ;). Tych wszystkich rzeczy, które nie tylko nie czynią nas w żaden sposób lepszymi czy szczęśliwszymi(mimo solennych zapewnień), ale są kompletnie niemożliwe do osiągnięcia, bo istnieją tylko na kartkach czasopism i w wyobraźni autora. Szkoda, że z reguły najpierw trzeba to przetestować samemu, żeby zorientować się, jak bardzo zmarnowaliśmy czas. Ja w ogóle nie jestem fanką „pism kobiecych” – mam wrażenie, że ich podstawowy przekaz to ten, żeby nigdy nie zaakceptować siebie do końca.
    Jeśli mogę spytać – gdzie kupiłaś ten kapelusz? Uwielbiam kapelusze, a ten wygląda, jakby należał do jakiegoś gangstera(lub prywatnego detektywa) z filmu noir(jakkolwiek by to nie brzmiało, to miał być komplement).

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry