Riennahera

Riennahera

Co robiłam w lutym czyli książki, filmy i wystawy

Opisywanie na blogu konsumowanych tekstów kultury było dla mnie strzałem w dziesiątkę. Od poprzedniego wpisu nie mogłam doczekać się kolejnej edycji i słowa same cisną się na klawiaturę. Poza tym obserwuję jak motywuje mnie to do wyłączenia od czasu do czasu flashowych gier i obejrzenie zamiast tego filmu.

Książki

Wciąż borykam się z problemem swojego czytelnictwa. Te dwie książki udało mi się skończyć, czytam w tym samym czasie trzy kolejne, pewnie skończę je za jakieś trzy miesiące…Najlepiej czyta mi się w podróży, zatem wniosek jest prosty i oczywisty. Muszę więcej podróżować.

Steal Like an Artist: 10 Things Nobody Told You About Being Creative // Austin Kleon: Nie jest to wybitnie oświecająca lektura, chociaż jak to poradniki, potrafi zmotywować. Jeśli ktoś potrzebuje dawki dość prostej inspiracji, pozytywnego myślenia i impulsu do działania, to pewnie może pomóc. Przy czym wydawanie pieniędzy na książkę, którą da się przeczytać w godzinę jest czymś, co jednak warto przemyśleć…

Owls // Matt Sewell: Tytuł mówi sam za siebie. To książka o sówkach. Tekstu nie jest wybitnie dużo, ale za to jakie obrazki!

BtKxkRzIgAA4Tst.jpg-large

zdjęcie pochodzi z Twittera autora

Filmy

Royal Tenenbaums: Nie ma tu zbyt wiele do opisywania, bo to film kultowy i klasyka. Lubię go sobie czasem odświeżyć. Wes Anderson ma coś z poetyki Vonneguta, jakże przewrotną mogłaby być jego adaptacja „Rzeźni Numer Pięć”…(chociaż to bardziej w kontekście The Grand Budapest Hotel)

Only Lovers Left Alive: Sporo osób polecało mi ten film. Jeszcze więcej osób się nim zachwycało. W końcu postanowiłam się za niego zabrać. Byłam podekscytowana. Miałam wielkie oczekiwania. I…nic. Oczywiście dostrzegam, że to jest film dobrze i ładnie zrobiony, dobrze zagrany przez dobrych aktorów, dobrze tworzący atmosferę i tak dalej, i tak dalej. Rozumiem nawet czemu wielu osobom bardzo się podoba. Tyle, że nie do końca podobał się mnie. Nie na tyle, żebym obejrzała go drugi raz. Chociaż naprawdę lubię filmy, w których niewiele się dzieje, naprawdę mi się dłużyło. Rozumiem, że ukazana jest tu absolutna dekadencja nieśmiertelności i jeśli kiedykolwiek w szkołach prowadzić się będzie zajęcia „dlaczego nie warto być wampirem” to ten film powinien być pozycją obowiązkową.

Cóż, nie każdy dobry film musi się każdemu podobać, nie każdy film, który się podoba jest dobry.

Przy okazji, jeśli ma się ileśtam setek lat na karku i ma się w mieście tylko jednego dilera krwi, to trochę zaskakujące, że się wciąż żyje. Ale co ja tam wiem, nigdy nie byłam wampirem.

Oz the Great and Powerful: Absolutna strata czasu. Nic mi się tu szczególnie nie podobało, a najbardziej nie podobało mi się obcesowe potraktowanie postaci granej przez Milę Kunis. Ten film pozornie ukazuje aż trzy „silne” postaci kobiece, ale jestem, pewna, że test Bechdel oblewa z przytupem, sponsorowanym głównie przez równie piękną co z punktu widzenia feministycznej teorii kina smutną postać Glindy, galopującej Manix Pixie Dream Girl.

The Fall: Tak, po raz trzeci w przeciągu kilku tygodni. Dzięki pięknemu Lee i cudnie baśniowej i niepokojącej fabule ten film trafia na listę moich ulubionych filmów wszechczasów. Aż ciężko uwierzyć, że Rotten Tomatoes ocenia go tylko na 59%, podczas gdy…

Bridesmaids: …w ocenie krytyków zasłużyło na 90%. Tak, film z gagiem o zatruciu pokarmowym, wymiotowaniu na czyjąś głowę i defekowaniu na ulicy, 9% mniej niż Ojciec Chrzestny. Bridesmaids to komedia, którą przyjemnie obejrzeć, kiedy leży się w łóżku z gorączką albo jako akompaniament do malowania paznokci. Zdecydowanie nie 90%.

Dangerous Method: Znowu film, który obejrzałam po raz kolejny. Mam słabość do Keiry, lubię patrzeć na nią w kostiumach z epoki, reszta obsady też jest niezwykle przyjemna. What’s not to like?

Sliding Doors: Kiedy byłam mała uwielbiałam oglądać „Box Office” z Karoliną Korwin-Piotrowską, czytać wszystkie opisy filmów w programie telewizyjnym i zapowiedzi kinowe w Wyborczej. Tak, wychowałam się na Wyborczej…Do której teraz mam mieszane uczucia. Podobnie jak do pani Karoliny (i to głównie przez to, że niekoniecznie umie zachować się jako słuchacz prelekcji, a nie przez jej wypowiedzi). Wracając jednak do filmu, to Sliding Doors było jednym z tych, o których wszystko wtedy wiedziałam, ale rodzice jakoś nie wzięli mnie do kina. W końcu, siedemnaście lat później, nadrobiłam ten brak. Nie jest to żaden rewelacyjny film, a Gwyneth ma w nim naprawdę koszmarne brwi, ale była to moja osobista pozycja obowiązkowa do odhaczenia z listy filmów do obejrzenia.

Dangerous Beauty: Porządny film kostiumowy o słynnej weneckiej kurtyzanie. Co prawda jestem pełna wątpliwości co do przedstawienia Świętej Inkwizycji i przeprowadzania błyskawicznego jednodniowego procesu (miałam okazję przez semestr studiować właśnie weneckie procesy), ale nie będziemy w końcu żałować Inkwizycji…Ładne kiecki są, romans jest, wszystko na swoim miejscu.

Seriale

Sherlock sezon 1 i 2: No Sherlock. No Cumberbatch. No Freeman. No co tu dużo pisać. Nie żebym się zakochała i przemieniła w Cumberbitch, ale to jest bardzo porządne. Nie rozumiem tylko fanowskich prób parowania bohaterów…Ale ogólnie nigdy nie rozumiem fanowskich prób parowania mężczyzn.

The Office: Z cyklu „Łóżkowe Wyznania Riennahery” – codziennie przed snem oglądamy seriale. Muszą jednak spełniać dość wyśrubowane kryteria. Mają być śmieszne (trafiając w nasze poczucie humoru, więc bywa problematycznie…), dwudziestominutowe i nie mogę stracić niczego ważnego z fabuły jeśli w połowie zasnę. Ach, no i muszą być dostępne legalnie, bo zrezygnowaliśmy z oglądania nielegalnego streamingu. The Office na netflixie spełniał wszystkie te wymagania, dlatego z przyjemnością przez kilka miesięcy po raz kolejny obejrzeliśmy wszystkie sezony. Niestety, niedawno skończyliśmy.

Community: To była próba znalezienia nowego usypiacza, ale mimo przyzwoitych recenzji ani mnie to nie bawi, ani nie lubię bohaterów, ani w ogóle nic nie czuję do tej produkcji. Skończyliśmy kilka odcinków po tym jak zaczęliśmy.

Wystawy i muzea

National Gallery – Wilton Diptych i Zaślubiny Arnolfinich: Darmowy wstęp do muzeów jest zdecydowanie wybitnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Wielkie muzea są dla mnie nużące, ponieważ jestem w stanie być bardzo zainteresowana przez jakąś godzinę, a potem chce mi się jeść, pić, bolą mnie nogi i tak dalej. Z tego względu wolę intensywnie przyglądać się kilku lub kilkunastu dziełom, niż wielkim zbiorom. A kilkugodzinny zorganizowany wypad do Luwru podczas obozu wakacyjnego uważam za koszmar.

Wielką przyjemność sprawia mi jednak wpadnięcie do muzeum na chwilę i postanie przed dziełem, które naprawdę coś dla mnie znaczy i naprawdę mnie zachwyca. W końcu udało mi się zobaczyć światowej sławy portret Arnolfinich, który ostatnio ukrył się przede mną na płatnej wystawie. Zachwyca mnie, bo pochodzi z mojego ukochanego okresu w historii, a van Eyck był na dodatek nadwornym malarzem na moim ukochanym dworze burgundzkim.

Dyptyk z jeleniem w koronie to natomiast cudo, które spoglądało na mnie z co którejś książki podczas studiów. W końcu zobaczyć to rogate białe bydlę na żywo, to jest coś. No i jeleń w koronie to jednak jest COŚ. Poza tym nie wiedziałam nawet, że dyptyk znajduje się w National Gallery. Kierując się do wyjścia po obejrzeniu van Eycka przypadkiem na niego wpadłam. Kochany jelonek wyskoczył się przywitać.

I to w wielkich muzeach lubię najbardziej. Przypadkowe spotkania z dziełami, których się nie spodziewałam.

|zdjęcie : Katarzyna Terek|

ksiazki w londynie

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

7 thoughts on “Co robiłam w lutym czyli książki, filmy i wystawy”

  1. Katarzyna Terek

    Obejrzyj sobie Portlandie jako serialowy usypiacz, chociaz jest tam bardzo specyficzne poczucie humoru, ja moge ogladac na okraglo, chociaz niektorym sie niepodoba.

  2. O tak, początkiem roku zaczęłam oglądać Sherlocka i faktycznie jest genialny. Chociaż jak dla mnie, półtorej godziny to trochę za dużo. Myślę, że 50 min – czyli tak jak pilot – byłoby lepszą opcją.

    W sumie, chciałabym zobaczyć The Office 🙂

  3. ida kwietniowa

    Oz the Great and Powerful – otóż to, a szkoda bo mógł to być całkiem przyjemny film.

  4. Jeśli chodzi o niezły serial do oglądania przed snem, to polecam „Episodes”. Zacnie się rozkręca (warto przetrwać początek i nieznośną Bev), złośliwie i zręcznie komentuje świat LA i holiłudy. Przyjemna rzecz. Nie wiem, czy jest legalnie i czy może już go znasz, ale i tak polecam :).

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry