play
Riennahera

Riennahera

Playlista na wieczór z herbatą

W Londynie trwa właśnie niekończąca się jesień, która potrwa zapewne aż do przełomu kwietnia i maja, a potem powróci we wrześniu. Ta dziewięciomiesięczna pora roku przez większość czasu nastraja mnie do leżenia pod kocem i rozmyślania na sensem życia przy popijaniu dziesiątej herbaty. Czasem chodzę też do pracy albo do pubu, ale mam wrażenie, że głównie jednak leżę i przeżywam swoje umieranie. Jest w tym często coś przyjemnego. Coś niemal romantycznego.

Wieczory z kocem i herbatą są trochę jak ponowne dorastanie. Słucham wtedy głównie smutnych i melancholijnych utworów i czuję się tak bardzo głęboka. Wiele z tych utworów jest ze mną od liceum, kiedy to targałam w szkolnej torbie discmana, paczkę baterii i stos płyt CD. Nic nie poradzę na to, że lubię głównie te piosenki, które już znam…

Istnieje duża szansa, że też znasz te piosenki. Więc mogą Ci się spodobać. Szykuj więc dzbanek herbaty (z cytryną a może z mlekiem?), wskakuj pod koc, wołaj kota albo psa i odpalaj playlistę.

Miłego wieczoru! Albo i dobranoc.

Book of Saturday, Nightwatch, Moondchild: King Crimson zaczęłam słuchać dzięki nieznajomej osobie, która odezwała się do mnie na gadugadu i wysyłała mi dobrą muzykę. Do dzisiaj nie wiem kto to był. Ten zespół jest jednak w czołówce moich ulubionych i słuchając ich czuję się chwilami jak mała hipiska siedząca pod kocem z tyłu ogórkowego minibusa. Ich teksty są bywają więcej tak logiczne jak Stairway to Heaven, innym razem są jakby wyjęte z Tolkiena albo innej cudownej książki. King Crimson to czysta magia.

Pale Blue Eyes: Uwielbiam powolność utworów Velvet Underground, a ten jest o skomplikowanej, złej, nieszczęśliwej miłości, która do niczego nie prowadzi. Lou zdaje się przeciągać w nieskończoność ten moment, zanim oboje dadzą sobie spokój ze sobą nawzajem (historia prawdziwa).

High Hopes: Skomplikowane teksty o fantastycznych wizjach to najlepsze teksty, a Pink Floyd są w tym mistrzami. Dzwony, pianino, dużo instrumentów, dużo dobra.

Scarborough Fair: To jest oficjalnie najpiękniejszy utwór świata.

By This River: Krótko, smutno, melancholijnie, trochę jak wyrwany rozdział z wielkiej opowieści. Jak już można się było zorientować z dotychczasowych utworów, rock progresywny to mój absolutnie ulubiony typ muzyki.

Youth: Kawałek Daughter uwielbiam przede wszystkim ze względu na piękny tekst. A piękny tekst to taki o śmierci, wojnie, nieszczęściu i rozczarowaniu. And if you’re still breathing, you’re the lucky ones. ‚Cause most of us are heaving through corrupted lungs. Setting fire to our insides for fun.

The Bard’s Song – In The Forest: Nie wydaje mi się, żeby to mogło być dla kogokolwiek wielkim zaskoczeniem, ale swego czasu nosiłam glany, kostkę oraz długie spódnice ze sklepów indyjskich i słuchałam namiętnie power metalowych kawałków. Miałam nawet chłopaka z włosami dłuższymi od moich. Był jednak kolegą z moim obecnym mężem i jakoś tak nam nie wyszło. Niemniej jednak Blind Guardian jest ze mną do dzisiaj. Mają naprawdę sporo piosenek o elfach…

3:45: No Sleep: Ten utwór (i reszta płyty Long Gone Before Daylight) to magiczny obóz letni na Ukrainie. Jest smutny, ale i radosny, jak Karpaty, wychodzenie z ośrodka nocą przez ogrodzenie i pociąg z wiejskiej stacji do Lwowa o piątej nad ranem. Wciśnięta w siedzenie wpatrywałam się to we wschód słońca, to w karalucha na podłodze. Najlepsze wakacje.

Son Of The Blue Sky: Tu nie ma co się rozpisywać. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych każda fajna dziewczyna słuchała Wilków i Varius Manx. A ja zawsze chciałam być jak te starsze koleżanki, więc słuchałam ich BARDZO.

Bouquet de nerfs: Smutna francuska pieśń śpiewana przez smutnego Francuza, za którym ciągnie się śmierć. To nie metafora.

Steven and I in the Field of Stars, Hypnagogue: Current 93 może być moim ulubionym zespołem wszechczasów. A apokaliptyczny folk jest niemal tak samo cudowny jak progresywny rock. W sumie niespecjalnie się różnią jak na mój gust laika. Mogłabym polecić zdecydowaną większość ich dyskografii, ale wybrałam utwór Steven and I bo jest wyjątkowo piękny (choć podobnych jest więcej w dorobku zespołu). Hypnagogue z kolei umieściłam na końcu playlisty, bo to dwadzieścia minut bardzo poetyckich tekstów z akompaniamentem prostych melodii na pianinie. Ciężko je w pełni docenić jeśli nie słucha się uważnie, dlatego polecam raczej osobom z dobrym angielskim. Bardzo surrealistyczne („za moimi ścianami są moje koty, a za moimi kotami jest paw, które śpiewa mi o mojej i twojej śmierci”, takie klimaty), bardzo apokaliptyczne, bardzo smutne. Zdecydowana czołówka mojej ulubionej muzyki.
Zespół ten fascynuje mnie też ze względu na założyciela, wokalistę i autora tekstów Davida Tibeta, który przerobił w życiu chyba wszystkie religie i większość sekt świata (by w końcu zostać katolikiem). Po pięćdziesiątce zrobił też magisterkę z koptyjskiego. Fajnie być jak David.

Mer Girl: Cały album “Ray of Light” Madonny kojarzy mi się z różowo-fioletowym niebem nad Grecją. Gwiazdy, skały, Madonna i ja. Najbardziej lubię ją, gdy jest smutna. Właściwie tylko wtedy.

As I Sat Sadly By Her Side: Dwa słowa. Nick. Cave. Ja nie wiem co ten człowiek brał, że jest taki mądry. To znaczy domyślam się i podejrzewam, że dlatego właśnie ja nie jestem taka mądra. Czasami myślę, że Nick Cave powinien napisać Biblię.

Jak zawsze czekam na Wasze sugestie w klimacie.

Na spotify nie ma niestety utworów King Crimson. Znajdziesz je na playliście z youtube.


Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

15 thoughts on “Playlista na wieczór z herbatą”

  1. Simon & Garfunkel to mój zespół nr 1 na jesienno-zimową pogodę. Nie wiem czemu ich piosenki tak mi pasują do tej aury, ale wprost uwielbiam ich słuchać idąc przez miasto wieczorem w mżawce albo jadąc tramwajem i kontemplując życie koło zaparowanej szyby.

  2. Katarzyna Michalina Bróż

    „Scarborough Fair: To jest oficjalnie najpiękniejszy utwór świata.”

    Totalnie się zgadzam. W czyjej interpretacji słuchasz?

  3. Od lat nastoletnich pouczam wciąż ludzi, że nie wymawia się imienia tego geniusza bez odpowiedniego przedrostka przed nazwiskiem: Nick Boski Cave. TAK brzmi poprawna wersja i brzmi nawet lepiej! Co do reszty kawałków – oprócz Current wszystkie znam i lubię, ale faktycznie jest to lista na jesienne umieranie :). W pt wracam do swojego angielskiego mordu i zatem będę pewnie bardziej skłonna zatopić się w tych dźwiękach. Śliczna fota btw.

  4. Na jesienno-zimową melancholię polecam jeszcze:
    David Lynch and John Neff — Mountains Falling
    Steve von Till – Shadows in Stone
    Rome — Hope Dies Painless
    Sieben – Born From The Ashes
    The Tear Garden — Ascension Day
    The Gutter Twins — All Misery/Flowers
    Sonic Youth — Theresa’s Sound-World

  5. Dzięki, że wyciągnęłaś ten post na światło dzienne. Tego właśnie dziś szukałam. W końcu uporządkowałam pokój po przeprowadzce trzy miesiące temu i siadam z herbatą zachwycać się poukładanymi książkami.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry