Miesiąc temu byłam w tragicznym nastroju. Napisałam wtedy taki tekst:

Czasami łatwiej jest tkwić w beznadziei niż walczyć o utrzymanie się na jej powierzchni by nie opaść na dno. Bynajmniej nie jest tam dobrze, ale po długim czasie spędzonym w tej okolicy jest…znośnie? Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Łatwiej taplać się w mule niż wychylić głowę na powierzchnię, ujrzeć inny, lepszy świat, w którym można byłoby żyć pełnią życia i być radosnym, zdrowym człowiekiem, a potem opaść. Może nie na samo dno, ale w nieprzyjemną przestrzeń pomiędzy. Miejsce, gdzie widzisz jak blisko już do dna, jak daleko do powierzchni.

Myślę sobie, że przecież trzeba walczyć. Na tym polega życie. Na tym polega człowieczeństwo. Ale najbardziej chcę nie musieć już tego robić. Nawet jeśli to oznacza ostateczne utonięcie.

Wczoraj podjęłam decyzję, żeby więcej nie wypływać. Ta decyzja boli, ale mniej niż lęk przed bólem dalszej walki. Wiem, że to zła decyzja. Paradoksalnie – mam nadzieję, że w niej wytrwam.

Kiedy teraz na niego patrzę, przechodzą mi ciarki. Rozumiem, co wtedy czułam. Rozumiem dlaczego. Byłam wyprana gwałtownymi emocjami, chciałam schować się w najgłębszej dziurze i nigdy z niej nie wyjść. Gwałtowne emocje to nie jest jednak najgorsze, co może spotkać. Kiedy adrenalina i rozpacz opadają, można podźwignąć się, otrzepać i uśmiechnąć. Płynąć dalej, mniej lub bardziej koślawo, ale do przodu. Gorszym zagrożeniem jest właśnie ta dziura, ucieczka w smutne wycofanie i rezygnację. Jedną z traumatycznych scen filmowych mojego dzieciństwa było utonięcie konia Artaxa na w Niekończącej się Opowieści. “Wszyscy wiedzieli, że temu kto udaje się na Bagna Rozpaczy nie wolno poddać się smutkowi, bo wtedy utonie”, mówił lektor. Nie umiem zliczyć ile razy w życiu bywałam Artaxem.

Rozmawiałam o płaczliwej sytuacji po raz setny z mężem, kiedy nagle rzucił filozoficznym frazesem “ty decydujesz, jak bardzo coś cię definiuje”. Buńczucznie odparłam, że w takim razie decyduję, że definiuje mnie to okropnie bardzo. Po czym nagle uznałam to za bardzo nudne i jednocześnie bardzo zabawne. I zaczęłam się śmiać. Zaraźliwie, tak że oboje turlaliśmy się ze śmiechu. Chwilę później rozmawialiśmy już o puchatych kotach czy jakichś innych najważniejszych rzeczach na świecie.

 

Daleka jestem od tego, żeby powiedzieć, że wyjście z załamania, depresji, traumy i innych nieprzyjemności to kwestia podjętej decyzji i zwizualizowania sobie lepszych czasów.

To tak nie działa. Znalezienie w sobie siły na to, żeby pomyśleć chociaż na chwilę, że może być lepiej, że warto zawalczyć, może być jednak początkiem czegoś dobrego. Większość ważnych i dobrych decyzji podjęłam dlatego, że znudziło mi się bycie smutną. Nie pokonałam w ten sposób depresji, ale zmusiłam się do poszukania pomocy. Nie zostałam nagle ekstrawertyczką, ale powolutku udało mi się zbudować jakieś poczucie wartości i choć wciąż potrzebuję długich chwil sama ze sobą, inni ludzie o wiele mniej mnie bolą. Nie spełniłam marzeń i nie odnalazłam absolutnego szczęścia, ale usunęłam elementy, które mnie unieszczęśliwiały. W tej chwili bywa mi smutno i źle i to jest w porządku. Wyrzucam to z siebie, daję sobie chwilę na przeżycie smutku i czekam, aż minie. Kiedy tylko widzę coś, co pozwala mi z niego wybrnąć, chwytam okazję.

 

W którymś momencie zaczęłam czuć, że przylgnęła do mnie łatka “tej blogerki od depresji”.

Ponieważ żywię wielką nadzieję, że mam jednak do zaoferowania światu coś więcej niż tylko swoją depresję, ta łatka zaczęła mnie bardzo irytować. Mam wrażenie, że złość na nią jest dla mnie świetnym mechanizmem obrony przed kolejnym epizodem. Kiedy czuję, że coś jest nie tak, a od czasu do czasu czuję, motywuje mnie do zmobilizowania wszystkich dostępnych sił i walki o siebie. Wszelkimi możliwymi sposobami. Póki co daję radę.

   Dzisiaj podczas pierwszego dnia Blog Forum Gdańsk, Viren Bhandari podsumował swoją bardzo smutną wypowiedź bardzo pozytywnym przesłaniem, żeby uśmiechać się do siebie i do innych, wtedy świat staje się lepszy. Uśmiechanie się do innych wymaga zbudowania w sobie odwagi. To trwa. Uśmiechanie się do siebie można rozpocząć w tej chwili. Dawkować sobie codziennie, jak witaminę. Nie rozwiąże to problemów, bo do tego potrzeba ciężkiej pracy, ale doda choć minimalną ilość energii do zabrania się za nią.

A to już jakiś start.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

8 thoughts on “Uśmiechnij się do siebie”

  1. Rewelacyjnie napisane. Ten tekst jest dla mnie czymś w rodzaju promyka słońca. Dziekuję! Dodam tylko, że nie kojarzysz mi się jako ‚ta blogerka od depresji’, raczej jako ta co fajowo pisze i zawsze trafia w sedno, niezależnie od obranego tematu 😉

  2. Niesamowicie wartościowy wpis. Jestem dokładnie na tym samym etapie, gdzie podejmuję walkę o swoje szczęście i zdrowie. Niedawno uświadomiłam sobie, jak wiele zależy ode mnie. I też znudziło mi się bycie smutną 😉 Czasem mam dość siebie w depresji i to motywuje do zmian, podjęcia działania. Również pracuję nad poczuciem własnej wartości i myślę, że w ostatnim czasie jestem na dobrej drodze. A odkąd się uśmiecham – właśnie do siebie – jest coraz lepiej.
    Uwielbiam Twój blog, jesteś wspaniałą osobą !

    No i te ,,puchate koty” ! <3

  3. Mnie nie kojarzysz sie z depresja w ogole. Oczywiscie, mam to odnotowane, ze owszem, przechodzisz przez to, ale w pierwszej kolejnosci powiedzialabym ze to blogerka od sukienek z zary, historii Europy, hipsterskiego zycia w Londynie i Anglii naszych wyobrazen. O, wlasnie tak.

    1. Rzeczywiście, jak zaczęłam się uśmiechać do kierowców autobusów, to na widok autobusu od razu mi się potem robiło wesoło.
      Może jak się uśmiechniesz do siebie, to na widok siebie zrobi się też chociaż nieco milej…

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry