10 myśli o byciu blogerem

Ten wpis to myśli o byciu blogerem. Nie o miłości do pisania, o trudach tworzenia tekstu, wenie, inspiracjach czy innych indywidualnych ekscesach, a o środowisku, percepcji i etykietce, jakiej człowiek dorabia się z samego faktu, że publikuje w sieci. 

 

 

Mam serdecznie dość dyskusji o tym czy blogowanie jest godnym sposobem na życie i czytania, że bloger X czy Y powinien brać się do PRAWDZIWEJ PRACY. Pracuję dorywczo lub na etacie od jakichś 10 lat. Pisanie tekstów, robienie zdjęć, prowadzenie kanałów w social mediach to moje hobby i to co na nim zarabiam nijak ma się do mojej pracy zawodowej, z której się utrzymuję, ALE…nie jest łatwiejsze niż inne rzeczy, które w życiu robiłam za pieniądze. Kiedy na studiach pracowałam w kawiarni czy sklepie, musiałam odpracować swoje godziny, ale sam rodzaj wykonywanej pracy był mniej wymagający. Fizycznie męczyłam się bardziej, przy czym nie musiałam specjalnie dużo myśleć, zadania były jasne. A już w ogóle niespecjalnie musiałam uczyć się, eksperymentować, wyciągać wnioski z reakcji na to co robię. Bynajmniej nie próbuję jakkolwiek hejtować tych prac, po prostu sprawiały mi o wiele mniej trudności niż regularne blogowanie. Pracując w dziale reklamy w wydawnictwie muszę tego robić dużo więcej niż kiedyś, ale też mam zespół i zaplecze firmy, na które składa się księgowość, dziennikarze, designerzy, marketing, grono kierowników, sekretarki i tak dalej. Bloger robi wszystko sam. Jest również wielu blogerów, które sami osiągają podobne wyniki jak strona mojej obecnej firmy, nad którą pracuje cały sztab. Uważam więc, że to bardzo konkretna praca. Każdemu kto chciałby polemizować proponuję stworzenie bloga, fanpage’a czy instagramu, który zdobędzie 50 tysięcy fanów/obserwatorów/użytkowników. Powodzenia. 

 

 

Nie da się wygrać w grze o postrzeganie własnej osoby. Czytałam opinie, że blogerzy są głupi, czytają głupie książki, a jak już jakieś pokazują, to zwykle takie, co reklamują. Na własny temat czytałam już również, że jestem pseudointelektualistką, albo (to w ramach żartu, ale jednak), że snobizuję się czytelniczo, bo czytam Machiavelliego.  

Można oberwać za wszystko, za design bloga, za poruszenie jakiegoś tematu, za nieporuszanie go, za zmiany na blogu lub ich brak. 

W ostatniej blogowej ankiecie przeważały głosy, że to super, że piszę o ciężkich i osobistych sprawach. Pojawiła się też jednak opinia, żeby tego kategorycznie zaprzestać. 

Koniec końców trzeba wyrobić sobie grubą skórę i robić swoje. 

 

 

Zupełnie nie rozumiem odżegnywania się, że ktoś bloguje, ale nie jest blogerem. Jakoś nie mamy tych samych problemów z tymi, co leczą, ale nie są lekarzami, piszą, ale nie są pisarzami, śpiewają, ale nie są piosenkarzami i tak dalej. Jest to dla mnie dorabianie ideologii do czegoś, w czym specjalnej ideologii nie ma. Takie zabiegi zaczęły pojawiać się (z tego co pamiętam) około roku 2010-11 i już wtedy były egzaltowaną dziecinadą, mającą pokazać, jaki ktoś jest fajniejszy od innych. Dla mnie forsowanie takiego wizerunku jest pierwszy powodem do uznania, że ktoś nie jest fajny. 

 

 

Kwestia krytyki to temat rzeka. Moje podejście do niej również zmieniło się z biegiem lat. Kiedyś publikowałam wszystkie komentarze typu “jesteś brzydka i śmierdzisz” i jeszcze z nimi dyskutowałam. Jeśli ktoś ich nie publikował, patrzyłam na niego krzywo. Im dłużej żyję, tym mniej mam ochoty na kopanie się z koniem. Jesli jestem brzydka i śmierdzę, to można mnie nie czytać, nie ma przymusu. Ja natomiast nie mam obowiązku żadnego samobiczowania się, publikowania podobnych opinii i raczenia ich moją uwagą. 

Uwielbiam komentarze, które się ze mną nie zgadzają czy polemizują. To się nazywa dyskusja i jest budującym zjawiskiek. Niejednokrotnie jednak za takie opinie podszywa się napisany ładnym językiem hejt. Można komuś powiedzieć, że jest brzydki i śmierdzi używając najpiękniejszych słów. 

Pamiętam przy tym, że słowo pisane ma to do siebie, że bez znajomości intencji czy stylu danej osoby, można wyciągnąć mylne wnioski co do treści. Niejednokrotnie zdarzyło mi się to i nie mam problemu, żeby przeprosić za nieporozumienia. 

 

 

Za każdym razem, kiedy słyszę o bufoniastych blogerach, zastanawiam się o kogo dokładnie chodzi. Znam ich osobiście bardzo wielu i do tej pory z grupy, którą regularnie spotykam, bufoniastych w osobistym kontakcie było może, hm, nie wiem, 0,5-1% osób? A i to pewnie wynikło z moich osobistych preferencji co do zachowania innych. Nie z każdym się lubię, z niektórymi mam coś na kształt zatargów, ale to jednak przyjazne i otwarte środowisko. 

Nauczyłam się dzięki niemu, żeby nie budować w sobie niechęci do danej osoby na podstawie jej wizerunku w sieci. Bo są internetowe przyjemniaczki, z którymi rozmawia mi się tak sobie oraz osoby, które mnie wizerunkowo irytują, a z którymi rozmawiać uwielbiam. Ktoś, z kogo się śmiejesz, może okazać się cudowną osobą. Lepiej po prostu z nikogo się nie śmiej. Przynajmniej do momentu, kiedy NAPRAWDĘ na to nie zasłuży. 

 

 

Przez dziesięć lat przebywania na obrzeżach tej branży, nie spotkałam jeszcze osoby, która zapytana o radę powiedziała “spadaj”. No, może ktoś (no, Jason Hunt) odpisał na maila hasłem “przeczytaj moją książkę”, ale miał w tym trochę racji. Zawsze jednak będę wdzięczna za czas spędzony na rozmowach z m.in. Zwierzem Popkulturalnym, Pawłem Opydo (który powiedział mi LATA TEMU, że nie powinnam być szafiarką), Andrzejem Tucholskim, Janem Favre, Konradem Kruczkowskim, Magdą Kostyszyn, Joanną Pachlą czy Moniką Kamińską. Mam nadzieję, że nikogo z zasłużonych nie zapomniałam. 

 

 

Blogerzy bynajmniej nie głaszczą się nawzajem o główkach i w środowisku niejednokrotnie wychodzą różne napięcia, osobiste animozje i inne niemiłe sprawy. Jak w każdym środowisku. Co więcej, czasami osoby, które całkiem się lubi, ba, nawet trochę przyjaźni, robią rzeczy, z którymi się nie zgadzam, albo skręcają w kierunek, który mi w jakiś sposób nie odpowiada. Nawet, nie bójmy się tego powiedzieć, piszą rzeczy, których nie lubię czytać. I to jest okej. Tyle, że zachowuję takie opinie dla siebie. Tak jak zachowuję dla siebie opinie o zachowaniach ludzi w biurze czy że nie lubię takich lub innych klientów. To się nazywa profesjonalizm. 

 

 

Martwi mnie, kiedy ktoś pisze “nie jesteś taka, jak sobie wyobrażałam” czy jakieś odmiany tego stwierdzenia. Takie wyobrażanie, jeśli wiążę się z oczekiwaniami, uważam za nieco krzywdzące dla obiektu wyobrażeń, który jest prawdziwym człowiekiem z krwi i kości. Mam swoje życie, rodzinę, znajomych, pracę, blogowanie zajmuje mi jakiś tam procent mojego czasu i fakt, że ktoś wyobraża sobie mnie jakoś inaczej i może mieć jakikolwiek żal, że jestem inna…To jest nieco, hm, creepy. Naprawdę nie żyję po to, żeby ktoś z internetu był mną usatysfakcjonowany. 

 

 

Zawsze denerwuję się przed spotkaniem z Czytelnikami, jak by nie patrzeć, jest to swoisty występ przed osobami, których nie znam, a które jakoś znają mnie. Z tego względu raczej unikam spotkań typu indywidualne wyjście na kawę, bo wywołują jeszcze większą presję zadbania o samopoczucie drugiej osoby. O wiele łatwiej jest w nawet małej grupie. 

 

 

Kiedy ktoś podchodzi do mnie na ulicy czy w innym miejscu publicznym (a zdarza się to wcale nierzadko) i mówi, że lubi mnie czytać, to nigdy, przenigdy nie myślę, że się ośmiesza, że jest jakiś niefajny albo dziwny. Stresuję się się tylko, że już nie będzie mnie lubił, bo pewnie okazałam się na żywo niezbyt fajna. Co być może stoi w sprzeczności z tym, że napisałam, że nie żyję po to, żeby ktoś obcy był zadowolony. Uczucia jednak bywają czasem sprzeczne. 

Ale tak naprawdę za każdym razem, kiedy mi się to zdarza i ktoś mówi, że mnie czyta , jest mi przemiło. 

 

 

| zdjęcia Kat Terek

Loading..