bobasek
Riennahera

Riennahera

Sceny z życia z bobaskiem

Nie mają racji parentingowi sprzedawcy idealnej wizji rodzicielstwa. Życie to nie śliczne łóżeczko, śliczny kocyczek, beżowe zabawki i najwspanialszy cud świata. Nie mają racji agresywni pogromcy dzieci, snujący nienawistne wizje rozkrzyczanych bachorów niszczących wszystko na swej drodze. Nie mają racji, bo żaden z nich nie dotyka nawet sedna problemu. Bobasek jest bardziej wysublimowany, niż twierdzą oba obozy. Jednocześnie gorszy i lepszy. Najkochańszy i najokrutniejszy. 

Zresztą, sami wiecie. A jak nie wiecie, to poczytajcie.

Nie pokazuję twarzy dziecka w internecie ze względu na jej dobro, ale też i na swoje. Bo wiedziałam, po prostu wiedziałam, że jakakolwiek istota, którą wydam na świat, odziedziczy talent i awersję do pozowania po mojej mamie i mężu. Tak więc z uśmiechem patrzę na słodkie zdjęcia bobasków koleżanek i innych influencerów. Na to jak córka koleżanki, starsza od mojej o dwa tygodnie, na widok telefonu uśmiecha się najpiękniej na świecie. Mój bobasek zdjęć nienawidzi i na większości wygląda jak te dzieci ze średniowiecznych obrazów, z okropnym grymasem i twarzami starców. Każdy ząb sterczy w inną stronę, nagle mnoży się podbródków. Nawet kiedy raz na jakiś czas wyjdzie ślicznie, to i tak wygląda gorzej niż na żywo. Ciekawe czy Iona będzie jak te kobiety, które są na żywo diablo atrakcyjne i piękne, a na zdjęciach zupełnie tracą urok (w przeciwieństwie do mnie, na żywo mocno “meh”, a przy dobrej pozie całkiem fotogenicznej). 

Świat rodzica długo obraca się wokół kupy. Ile taka kupa może sprawić radości lub zmartwień. Zwłaszcza gdy na kilka dni wieści o niej przepadają. Moja mama pyta codziennie czy była kupa. Moja teściowa dzwoni i pyta czy to już. Codziennie z mężem upewniamy się między sobą, że kupa jest. Była. Będzie. Ile razy. Jestem dumna, bo w naszym domu to ja najszybciej odgaduję, że już przyszła. Jak Kupowy Komendant. Choć od jakiegoś czasu można już zapytać o to bobaska. Czasem nawet mówi prawdę. Tak, bobaski są dość gówniane. 

Pewnego razu, po długiej przerwie, udało nam się wyjść z mężem do pubu na spotkanie ze znajomym. Wieczorem! Przez cały dzień myślałam, jak bardzo nie chcę iść i wolę leżeć w łóżku z komputerem lub książką, w pobliżu bobaska, jakby miał się obudzić. Mimo, że była pod troskliwą opieką dziadka. Od dawna nie miałam na sobie wówczas niczego wyjściowego, nawet za tym tęskniłam, jednak wychodząc z domu spytałam  – czy bardzo widać, że dzisiaj w moją sukienkę był wcierany chleb bananowy? Nie? To się nie przebieram. Tego samego wieczoru prawie o niej nie rozmawialiśmy. Czy się cieszyłam, bo jesteśmy tacy jak przedtem? O nie. Czułam się winna. 

Po długich miesiącach wieczorów w domu wychodzisz na randkę. Prawdziwą, elegancką, z szampanem. I o czym rozmawiasz? O bobasku. Bo ciężko zapomnieć o bobasku. Nawet mając kilka godzin tylko dla siebie. Bo przecież jest taki słodki! Zwłaszcza, kiedy go nie widzisz. Jeśli nawet chcesz zapomnieć, to nic z tego. Bo w torebce znajdujesz gumową kaczkę. Na swetrze wklejone ziarna ryżu. A na torebce smark. Ten smark mówi: Na zawsze razem, mamusiu. NA ZAWSZE.

Czekasz tylko, aż męczybuła pójdzie spać, a potem za nią tęsknisz. Wyrwiesz się na kilka godzin na zakupy z przyjaciółką, do teatru z mamą, na wykład, na spotkanie, a przez ostatnią godzinę ręcę Ci się trzęsą z nerwów czy bobasek na pewno nie jest smutny lub umierający. Oczywiście, kiedy z duszą na ramieniu wracasz do niego, otwierasz drzwi i widzisz. Bobasek nawet nie zauważył, że Cię nie ma.

Jednocześnie czuję się stara jak świat i młodsza o kilkanaście lat. Zwłaszcza w dni, gdy na przykład siedząc w parku podczas fali upałów chcesz czasem posączyć cydr ze znajomą matką. 

  • Muszę pożyczyć od kogoś otwieracz – oznajmia Anne. – Poszukam właściwych osób. Takich, które nie będą mnie oceniać

Alkohol nie wywoływał u mnie takich emocji od liceum, kiedy tajniaczyliśmy się nad kanałem przy kościele Św. Brygidy albo Św. Katarzyny i policja nawet nie miała serca nas spisywać, tylko kazała iść gdzie indziej. Chociaż nie, nawet wtedy nie były to podobne emocje. Bo spisanie i mandat są mniej bolesne od bycia OCENIONYM.

Jednym z moich ulubionych powiedzeń staje się „życie jest czymś co się przydarza, kiedy jesteś zajęty robieniem innych planów”. Co powiedział chyba John Lennon. Zdecydowanie mi się dzisiaj życie przydarzyło. Bo wciąż jeszcze jestem naiwna. Bo wciąż żyję w kłamstwie. Nie ma czegoś takiego jak „wyjdę tylko na jednego”, dobrze wiem o tej oczywistości. Więc czemu nie wiem, że to samo dotyczy „nie ma, że jak dziecko w końcu zasnęło na drzemkę, to ja się przytulę i zamknę oczy tylko na minutkę, ale zaraz wstanę i wykorzystam to jedyne okno spokoju, posprzątam kuchnię, łazienkę, a także skończę tekst na dzisiaj”? Tylko. Na. Dwugodzinną. Minutkę. Tylko. Ech.

Zakupy zmieniły swój charakter. “Wpadnę tylko do Zary” oznacza przeszukiwanie działu dziecięcego. “O, nigdy bym normalnie nie weszła do tego sklepu, ale mają rzeczy dla dzieci”. “Udane zakupy” oznaczają, że znalazłam w Primarku płyn do baniek. “Nie mam nic do kupienia” w Tesco, ale na pewno znajdę coś, co smakuje bobaskowi. Albo coś, co mógłby spróbować. 

Bobasek to wysoko wyspecjalizowana maszyna torturująca, bezbłędnie odgadująca nasze słabości. Oraz śliczne słodkie najkochańsze maleństwo, które zachwyca niewinnością. Na raz. W tym samym czasie. Najczęściej jednak jest to po prostu mały, zupełnie nieogarnięty człowiek, którego mocno kochasz. 

Chociaż w sumie nie. Wróć. Najczęściej to po prostu troll.

PS Mam nadzieję, że docenicie mój wysiłek w znalezieniu najbardziej bezsensownych stockowych zdjęć bobasków. Wbrew pozorom, nie było to wcale takie łatwe.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry