powiescriennahera-1
Riennahera

Riennahera

10 myśli po napisaniu książki

Znakomitą większość zeszłego roku spędziłam pisząc pierwszy tom mojego cyklu powieściowego. W zeszłym miesiącu skończyłam ostatni rozdział i…niby nic się nie zmieniło, ale i nic nie jest takie samo. Dziwnie mi z tym. Nie do końca wiem, co z sobą zrobić. A nawet jak wiem, to jest to o wiele trudniejsze i mniej przyjemne niż dziobanie 400 słów dziennie. 

Więc o tym dzisiaj piszę. 

Napisanie książki jest łatwe i bezpieczne. Wydanie książki – to jest wyzwanie. 

Myślę, że tak jest z jakąkolwiek działalnością. Samo stworzenie dzieła czy jakiegokolwiek produktu, to jest praca konkretna i stosunkowo prosta, choć wymagająca wysiłku. Przez prostotę rozumiem jasne podejście – siadasz, robisz, kończysz (w idealnym świecie…), gotowe. Po drodze są słabe dni, są wątpliwości, jest mnóstwo rzeczy, ale pod koniec dnia wiesz, że po prostu trzeba siąść i zrobić swoje. 

To na tyle wchodzi w nawyk i staje się codziennością, że byłam z miejsca gotowa zaczynać drugi tom. Mogłabym pisać ciurkiem dalej, nawyk wszedł w życie jak prysznic czy mycie zębów. 

Sprzedaż to inna para kaloszy. Szczerze mówiąc bardzo cieszę się, że mam background w postaci doświadczenia pracy w sprzedaży reklam i lata doświadczenia blogerskiego. Bo to wyrobiło odporność i tupet. 

Dlatego obecnie bardzo mało wrażenia robi na mnie sam akt pisania. Skoro ja dałam radę, to naprawdę nie jest wielkie wyzwanie. To, co potem się z owocem swego wysiłku robi, to już co innego. 

Jestem fanką rzemieślniczego podejścia do pisania i twórczości. Owszem, jest to kreatywne zajęcie, ale znakomita część polega na siedzeniu i klepaniu. Podoba mi się cyniczne stwierdzenie Stephena Kinga, że dorabianie do tego wizji umęczonego twórcy, szukającego ucieczki i pocieszenia w awanturniczym stylu bycia i w używkach, to usprawiedliwienie dla awanturnictwa i używek. 

Zresztą, pisałam już o swoim pragmatycznym podejściu. Chcesz pisać, to siadasz na pupie i piszesz, a nie mówisz o pisaniu. 

Zaczynałam uwielbiając pisać kilka ulubionych postaci, wymyślając sobie w głowie całe fanficki na ich temat. Skończyłam uwielbiając pisać postaci złe i wredne, bawiąc się nimi i pozwalając na rzeczy, których w życiu bym nie zrobiła. To wspaniała rozrywka. 

Wyobrażam sobie, że jakbym była aktorką (którą nigdy nie będę, bo mam zero talentu), chciałabym grać same czarne charaktery albo ekscentryków. Ba, nie muszę sobie wyobrażać, WIEM TO. W szkolnej “Odprawie Posłów Greckich” bardzo cierpiałam grając Piękną Helenę, a nie Kassandrę. Pamiętam jak spijałam każde słowo z ust koleżanki i to “matko, ty dziatek swoich płakać nie będziesz, jeno wyć będziesz”. Brrr, ciarki ekscytacji. Żadnej z kwestii Heleny nie pamiętam. 

W tym kontekście pisanie prawilnych postaci, które szanują innych i zachowują się porządnie również nie umywa się do tych, co piją, biją, grożą i w ogóle czynią zło. Ech.  

Po kilku książkach czy kursach odnośnie pisania, warto odłożyć kolejne książki i kursy. Dać sobie z nimi spokój. Wszystkie mówią mniej więcej to samo i żadna nie sprzedaje wiedzy tajemnej, do której nie doszłoby się samemu. Na początek, dla zachęty – fajnie od nich zacząć. Potem nie ma co poświęcać im za dużo czasu. Lepiej po prostu pisać. 

Nigdy nie lubiłam czytać ponownie swoich tekstów. Oczywiście, muszę to robić, ale najczęściej robię to “na odwal”. Od podstawówki, kiedy na polskim pisało się na klasówce wypracowanie. Ponieważ miałam stosunkowo lekkie pióro, nigdy nie zostałam za mocno pokarana tym, że przelatywałam wzrokiem przez tekst szukając błędów ortograficznych czy stylistycznych i jakichś oczywistych głupot. To, co sprawdzało się na klasówkach, nie sprawdza się aż tak dobrze na blogu. Czasem zdarzają się bzdury, które wyłapuję już po publikacji. Dostałam co prawda kilka propozycji od korektorów, ale HELOŁ, NIE JESTEM ZROBIONA Z PIENIĘDZY, żeby płacić za korektę np.trzech tekstów tygodniowo (mam nadzieję, że kiedyś będę i szanuję pracę korektora, ale cóż, nie jestem redakcją ani portalem), poza tym wpłynęłoby to fatalnie na rytm publikacji. Ja po prostu uwielbiam pisać spontanicznie, na ostatnią chwilę i wprowadzając do procesu osobę trzecią, z pewnością straciłabym mnóstwo zapału. 

To napisawszy, podejście totalnie, zupełnie nie sprawdza się w przypadku tekstu o długości 110 000 słów. Ileż to razy muszę sprawdzać, kto umarł w którym roku, kto komu co powiedział, czy ta scena jest już wklejona z dodatkowego pliku czy nie. Wszystko miesza się i gmatwa, a ja już nie wiem nic. W tym tygodniu będę czytać swoją książkę PO RAZ TRZECI. To jest po prostu nieludzkie. Nawet, jeśli książka jest o elfach.

Tak naprawdę to drugi tom będzie dużo lepszy. 

Człowiek się cieszy i jara i przeżywa, a potem i tak skończy na wyprzedaży w Biedronce…

Jak byłam mała, chciałam dostać literackiego Nobla. Przez “małą” mam na myśli wiek tak 12-17 lat…Ponieważ teraz jestem stara i zgorzkniała, obecnym marzeniem jest zdecydowanie posiadanie serialowej adaptacji i fandomu, który wysyła sobie memy z moimi postaciami. Czyli kasa i miłość zamiast świetności. Chociaż, jak o tym pomyśleć, to marzenie o świetności to jest dopiero pretensjonalne…;)

Powiedzmy sobie, że wśród jakichkolwiek dylematów twórczych czy pisarskich, ważny jest tylko jeden. Jeden jedyny. 

JAKA BĘDZIE OKŁADKA?

I to jest dobre pytanie. Zadaję je sobie codziennie. I Was też z nim zostawię. 

PS Jeśli lubicie czytać o pisaniu, to podrzucam stare teksty:

O kończeniu książki || O pisaniu powieści || O wenie || Czy pisanie jest dla każdego || O pisaniu ogólnie

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

1 thought on “10 myśli po napisaniu książki”

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry