bridgerton1
Riennahera

Riennahera

Co jest nie tak z Bridgertonami? Krótko o książce “Ktoś mnie pokochał”.

Jeszcze nie tak dawno, przez krótką chwilę kulturalny internet żył Bridgertonami. Były zachwyty, były wojenki, było oburzenie. Publika, a przynajmniej jej część, mocno czepiała się nierealnych kostiumów czy kolorowego castingu. Inna część (sama do niej należę) śmiała się z tego czepiania.

Kiedy emocje już opadły (chociaż Netflix stara się je podtrzymywać i wypuszcza już pierwsze informacje o drugim sezonie), zabrałam się za sam materiał źródłowy. Sięgnęłam po jedną z książek. Nie za tę, na podstawie której powstał sezon pierwszy, a za pierwowzór sezonu drugiego -“The Viscount Who Loved Me”. Historia Daphne i Simona niespecjalnie mnie interesowała, Anthony jest za to moją ulubioną postacią, więc czemu nie zacząć od deseru.

No i mam garść przemyśleń. Te wszystkie czepiania się o wygląd aktorów czy kostiumy to naprawdę są drobne, minimalne rzeczy w porównaniu z tym co dzieje się w książce. Bo historycznie nie ma tam sensu prawie nic. Bynajmniej, nie krytykuję, tylko sobie analizuję. Uważam, że takie pisanie ma swoje miejsce na rynku, jeśli traktujemy je jako całkowitą fantazję i totalną rozrywkę. Książka nie udaje niczego ponad to czym jest, czyli rozrywkowe romansidło w ładnym opakowaniu. Obok scen starających się naśladować Austen, mamy sceny lizania kobiecych sutków i opisy innych, różnorakich czynności seksualnych. Niektóre lepsze, inne gorsze. W związku z takim materiałem literackim, jakiekolwiek oczekiwania realizmu od serialu wydają się irracjonalne. Więcej sensu ma analizowanie “Parku Jurajskiego”. 

A zatem, poza seksem, co jest nie tak z historycznością w książce?

Na początek, dla smaczku, wytknę błąd merytoryczny. Jedna z bohaterek czyta “nową powieść od tej całej Austen” (“that Austen woman”). Jane Austen pozostawała za swojego życia anonimowa. Taka drobnostka, ale MNIE KŁUJE.

Pozostając  w tematach Austen, mocne są w tej części echa jej powieści. To po prostu wariacjia na temat “Dumy i Uprzedzenia”, z małą domieszką “Rozważnej i Romantycznej” i odniesieniami do kilku innych utworów. Oto dwie osierocone przez ojca (pół)siostry, jedna bardzo piękna (Edwina), druga zwyczajna, ale charakterna (Kate), wybierają się do Londynu w poszukiwaniu mężów, aby nie skończyć jako ubogie stare panny mieszkające w chatce na wsi (czyli jak Pani i Panna Bates w “Emmie”. Zamysł mają taki, że w Londynie jest więcej mężczyzn niż na wsi, więc jest to niby logiczne, że tam szuka się męża. Ma to niby JAKIŚ sens, tak na chłopski rozum, jeśli pominąć nieznaczny fakt, że w Londynie nie mają praktycznie żadnych koneksji (spotykają się tylko z osobami poznanymi na przyjęciach…) i znaczyłyby w rzeczywistości nic. Bajka to bajka. Można się domyślać jak wszystko się skończy.

Piękna Edwina uznana zostaje diamentem pierwszej wody trwającego sezonu.  Przypomnijmy, to jest dziewczyna o pozycji społecznej austenowskich sióstr Bennet czy sióstr Dashwood. Owszem, to formalnie wciąż klasa wyższa, córki gentlemanów z jakąś małą posiadłością, ale w kontekście high society czy dworu brytyjskiego szlachcic na zagrodzie NIE JEST równy wojewodzie. To są panienki, które wpuści się na salony, ale będzie z nich podśmiechiwać pod nosem, bo sukienki są nieco niemodne i maniery nie tak wyszukane jak trzeba. Znów, odwołajmy się do Austen, siostry Bingleya srogo wyśmiewają rodzinę Bennetów, sam Darcy również nie jest pod wrażeniem ich statusu społecznego i zachowania. W “Rozważnej i Romantycznej” mamy podobną sytuację na przyjęciu w wyższych sferach. Tymczasem u Julii Quinn, pani i panny Sheffield odnajdują się w towarzystwie jak ryby w wodzie, przyjęte z serdecznością przez Lady Birdgerton i właściwie wszystkich innych. Rozmawiają z nimi jak najlepsze koleżanki, jak z równymi sobie. Biedna rodzina traktowana jako równa na salonach – to jest zupełna bzdura, Nierówności i uprzedzenia widoczne są doskonale w utworach z epoki,poza Austen chociażby u Thackeraya w kontekście brytyjskim, ale również u Tołstoja czy Balzaca. Czy u kogokolwiek. 

Nikt nie zabiegałby o młodą Edwinę Sheffield jako o materiał na żonę. Bo byłby to mezalians. Kiedy w “Dumie i Uprzedzeniu” Bingley zakochuje się w pięknej Jane, to już jest nie w smak komukolwiek z “jego sfery” i wszyscy zniechęcają go do związku. Kiedy Darcy oświadcza się Elizabeth podkreślając, że chce jej MIMO jej niskiego statusu, to według głównej bohaterki jest potworem, ale w duchu epoki jest po prostu…szczery. No i nie oszukujmy się, już Austen fantazjowała na temat miłości pokonującej konwenanse. Julia Quinn odlatuje z tymi fantazjami w kosmos.

Zagadkę stanowi dla mnie status rodziny Sheffield, bo skoro ojciec umarł i to nie chwilę przed rozpoczęciem akcji, nie pozostawił też po sobie męskiego potomka, to znaczy, że żona i córki nie są już właścicielkami rodzinnego majątku, bo ten przeszedłby na najbliższego męskiego krewnego…Nie jest to jednak w książce poruszone. I to nie tak, że autorka nie wie jak działało dziedziczenie, bo już w zajawce części trzeciej ten sam motyw się pojawia. Jednocześnie są niby niezamożne, do tego stopnia, że wynajęcie domu w Londynie na sezon towarzyski jest ich rajdem ostatniej szansy, ale właściwie poza mało wystawnym powozem, w ogóle nie czuć ich ubóstwa. Mają na sukienki, mają na wszystko czego im potrzeba, żadna z postaci nie komentuje, żeby wynajmowany dom był jakiś mało wystawny…żyją sobie jak paniska. Problemom finansowym musimy uwierzyć na słowo.

W skrócie – ta książka chce być jak Austen ze scenami seksu, ale nie jest. Nawet jeśli próbuje naśladować szczebioczący styl dialogów naszej ukochanej pisarki, to nie ma jej bystrości obserwacji i analizy stosunków społecznych. Zostaje sam styl, bez głębi. Nie dla każdego będzie to oczywiście problemem. Jeśli ktoś szuka zupełnie popkulturowej wizji okresu Regencji, to proszę bardzo. Dostaje ją. I można się nią bawić, tak jak bawimy się konwencją “Hamiltona”. To znaczy gorzej, bo „Hamilton” jest wybitny, a to jest jak mrożona pizza do piekarnika, ale czasem sama lubię taką pizzę, więc…

Na koniec, dorzucę jeszcze własny ból o specyficzną wizję Londynu. Miasto ogranicza się właściwie do dwóch, trzech ulic na krzyż i nikt nie bywa dalej niż w Hyde Parku. Nie oddala się od domu na dłużej niż godzinę lub dwie. Nie jest to jakiś wielki grzech, po prostu mnie bawi. Jak wspomniałam, popkulturowa wizja, jak dla turysty, który zna miasto tylko z filmu Notting Hill.  

To tyle jeśli chodzi o czepialstwo. To główne motywy z jednego z wielu tomów. Dla mnie podważają jakiekolwiek pretensje o ahistorycznej całej opowieści i świata przedstawionego w serialu. Sama mam pewne problemy z ukazaniem radzenia sobie z traumami (wystarczy wsparcie bliskich osób…), ale to już materiał na inną analizę.

Jeśli chodzi o książkę jako taką, przeczytałam ją bez żadnego cierpienia, ale i przyjemność była taka sobie. Myślałam, że spodoba mi się bardziej. Nie jest tak dobra, żeby się nią delektować jako dobrą literaturą, a niewystarczająco kiczowata i rozrywkowa, żeby potraktować ją jako idealne guilty pleasure. Moim zdaniem seria o Sookie Stackhouse była dużo lepsza w tym względzie. 

Pierwsze seksualne opisy ekscytowały, później już czytałam je trochę jak przepisy na ciasto. 

Kolejnych części kupować nie będę. Nie odradzam jednak lektury, myślę, że wiele osób może czerpać z tych książek przyjemność. Ja zacytuję tylko Pana Darcy:…

…tolerable; but not handsome enough to tempt me

Ale serial to sobie pooglądam dalej z miłą chęcią. 

Czytacie? Zamierzacie?

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

4 thoughts on “Co jest nie tak z Bridgertonami? Krótko o książce “Ktoś mnie pokochał”.”

  1. Ja przeczytałam tylko pierwszy tom, ten on Daphne i Simonie i totalnie mnie zniechęcił. W serialu dodano wiele rzeczy tak naprawdę, pogłębiając postacie. Więc jeśli serial, ta rozkoszna bzdurka, jest pogłębioną wersją książki to można sobie wyrobić zdanie o materiale źródłowym.

    Generalnie w tego typu romansach drażnią mnie różne rzeczy a najbardziej fakt, że mamy do czynienia ze współczesnymi postaciami przebranymi w gorsety. A wtedy za Regencji nawet nie noszono gorsetów tylko tak zwane stays, znacznie wygodniejsze. I w Bridgertonach mamy właśnie to – współczesne w sumie dialogi i tym podobne. To strasznie drażni. Ja oczywiście wiem, że nie jesteśmy w stanie odtworzyć ówczesnego sposobu myślenia, w tego typu książkach byłoby to wręcz niepożądane, bo trudniej by było wejść w taki świat. Ale mimo wszystko odrobinę trzeba się postarać.

    Jeśli masz ochotę na tego typu książki to polecam Cecilię Grant, zwłaszcza The Lady Awakened. To jest naprawdę dobrze napisana powieść psychologiczna z intensywnym wątkiem romantycznym. Miałam takie poczucie że patrzę z zewnątrz na Jane Eyre trochę (choć to oczywiście inne czasy) – jeśli się pomyśli że nie znając całego monologu wewnętrznego Jane odbierałoby się ją raczej jako trudną osobę, towarzysko niezbyt zręczną, nie bardzo umiejącą zjednywać sobie ludzi, bardzo za to zasadniczą i tak dalej. I że byłaby to osoba jednak myśląca w sposób bardzo odmienny od naszego. Tutaj miałam poczucie właśnie że to jest uczciwa próba oddania sposobu myślenia kobiety z innej rzeczywistości.

    No i Sherry Thomas, ona świadomie łamie niektóre niepisane zasady Regency Romance a przy tym naprawdę umie pisać.

  2. Ja najpierw obejrzałam serial. Byłam naprawdę zadowolona, wręcz zachwycona, bo mi się to po prostu świetnie oglądało. Kwestie „adekwatności” historycznej w ogóle nie grały dla mnie roli – to miał być przyjemny dla oka serial z wątkiem romansowym, osadzony w XIX wieku i tyle. Całość obejrzałam chyba dwa razy, no i oczywiście musiałam sięgnąć po pierwowzór literacki. I zdecydowanie uważam serial za o kilka poziomów lepszy niż książka – przede wszystkim dlatego, że w serialu mamy więcej wątków, książka z kolei to jedynie historia Daphne i Simona. W dodatku i tak różna od tej serialowej, moim zdaniem na minus dla książki (szczególnie w kontekście historii „ogrodowej” i wykorzystania Simona przez Daphne). W całym tym ferworze zamówiłam oczywiście drugą część, ale jeszcze nie przeczytałam. Swoją drogą jestem ciekawa jak będzie wyglądał scenariusz do drugiego sezonu, bo naprawdę będą musieli się napracować z pisaniem szczególnie drugoplanowych wątków, które chociażby zaczęli/zasygnalizowali w pierwszym sezonie. Nawet ten pierwszoplanowy wątek będzie pewnie wymagał modyfikacji, bo w pierwszym tomie bracia Bridgertonowie (i Daphne zresztą też) są jednak trochę inni z charakteru niż ci serialowi. Wydaje mi się, że będę kupować kolejne tomy, tak żeby mieć co robić w oczekiwaniu na (miejmy nadzieję) kolejne sezony.

  3. Fajna recenzja! Ciężko się nie zgodzić z Twoją opinią. Ja na fali obejrzanego serialu przeczytałam wszystkie 8 książek z serii Bridgerton za jednym zamachem. Wiele opisów (szczególnie łóżkowych) wydaje się już po którymś z kolei wtórnych. Bohaterowie męscy obowiązkowo muszą być kobieciarzami 😀 Schemat historii jest zazwyczaj podobny. Na plus moim zdaniem wyróżnia się książka nr 5, czyli historia Franceski. Okazało się także, że twórcy serialu zawarli w pierwszym sezonie kilka elementów z kolejnych książek, o czym zorientowałam się oczywiście dopiero po ich przeczytaniu. Chętnie obejrzę kolejne sezony i jestem ciekawa, w jaki sposób zostaną przedstawione historie kolejnych z rodzeństwa 🙂

  4. Nie oglądałam, ani też nie czytałam, ale teraz chyba to zrobię tak właśnie z ciekawości. Akurat zakończyłam dobry serial i szukam czegoś na wolny wieczór.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry