Processed with VSCO with f2 preset
Riennahera

Riennahera

Trzy lata bez pracy na etacie – dobre i złe strony

Zauważyłam, że do najpopularniejszych tekstów w historii mojego bloga należy 10 myśli o pracy w biurze. Bardzo mnie to zdziwiło. Skoro jednak interesuje to Czytelnika, a właśnie minęły mi trzy lata odkąd nie chodzę codziennie do pracy. Moim ostatnim dniem na etacie w biurze na stanowisku Account Manager w czasopiśmie turystycznym, był piątek 30 listopada 2018. Trzy tygodnie później miałam wyznaczony termin porodu. Jakoś prześladuje mnie zawodowo cyfra trzy…

Czuję się obecnie inną osobą niż byłam wtedy. I nie chodzi tylko o to, że mniej wyspaną. Myślę, że jedną z największych zmian jest moja mentalność. Bo wtedy uważałam, że muszę pracować do ostatniego momentu. Ba, w ósmym miesiącu ciąży pojechałam na największe brytyjskie targi turystyczne i uważałam, że to mój obowiązek. Nie, nikt mi nie kazał. Mogłam powiedzieć, że nie pojadę. Ale uważałam, że powinnam. Niektórzy nazwą to etyką pracy, inni poddaństwem. Obecnie skłaniam się dużo bardziej w stronę tego drugiego. Uważam, że trzeba być wobec pracodawcy tak oddanym jak on wobec nas. Jasne, są z pewnością firmy, które kochają swoich pracowników i przychylają im nieba. Ja pracowałam w organizacjach, które były w porządku, ale bez szału. I tak powinnam je była traktować. 

Obecnie o wiele bardziej cenię siebie i swoją rodzinę niż pracodawców. I jestem o wiele bardziej cyniczna w kwestiach pracy. 

Kiedyś uważałam, że chciałabym móc pracować z domu. Kiedyś było to luksusem…Pandemia wywróciła świat pracy do góry nogami. Właściwie obecnie w ten sposób pracuję – bo moje pisanie to teraz praca. Prowadzę też działalność, wystawiam faktury, płacę podatki. Nie potrzebuję obecnie biura, ale wszystko zależy od stylu pracy. Owszem, jestem w stanie w domu efektywnie pisać. Chociaż jeszcze efektywniej piszę w kawiarni…Kto wie jak efektywnie pisałabym, gdybym pisała z biura? 

Moja etatowa praca nie polegała jednak na pisaniu, a na sprzedaży reklam i konferencji. I wiem teraz, że nie chciałabym i nie byłabym w stanie wykonywać tej pracy głównie w domu. Atmosfera biura pomagała w wykonywaniu telefonów. Przyjazna rywalizacja dodawała adrenaliny. Niezliczonej ilości rzeczy nauczyłam się z interakcji z ludźmi. Słuchając moich koleżanek i kolegów z zespołu. Obserwując dyrektora sprzedaży. Nigdy nie miałabym tej szansy bez regularnego przebywania z nimi w biurze. Przynajmniej tyle samo nauczyłam się ze spotkań z klientami. Niejednokrotnie więcej wiedzy zdobyłam podczas wspólnego lunchu czy drinków niż podczas oficjalnego spotkania. Nie miałabym tej szansy pracując zdalnie i wykonując telefony na zoomie. Wszystko co ceniłam i lubiłam w etacie, od żeby ambitne i rozwojowe po głupie żarty i wspólne piwo w piątki, wiązało się z wychodzeniem z domu. Chociaż czasami, a nawet często, miałam ochotę w ogóle z tego domu nie wychodzić. Natomiast te kilka razy, kiedy z różnych względów musiałam pracować z domu, ze służbowym laptopem i telefonem, bo na przykład przychodził hydraulik czy inny specjalista, te kilka razy wspominam okropnie. Sprzedawanie reklam w czasopiśmie z własnej kanapy było smutne. 

Z etatu najbardziej brakuje mi tego poczucie oparcia w zespole i innych działach. Czy zdarzały się konflikty? Czy niejednokrotnie frustrowałam się, że marketing czy eventsy mają inne priorytety niż sprzedaż? Tak. Ale jednak był to pewien rodzaj braterstwa. Ustalone procesy, zbiorowa odpowiedzialność, zawsze pod ręką ktoś, kogo można było się poradzić.  Jestem osobą z pewnością introwertyczną, potrzebującą samotności i przerw od ludzi do dobrego samopoczucia. Jednocześnie jednak mało co inspiruje mnie tak jak ludzie, uwielbiam przedyskutowywać z nimi idee i pomysły i czerpię dużo z interakcji z nimi. Moje przemyślenia i efekty pracy stają się dzięki nim lepsze. Zawsze tak miałam, przynajmniej od czasów szkoły. Obecnie do tych celów wykorzystuję przyjaciół i znajomych, ale bardzo ceniłam interakcje w pracy. Zwłaszcza z osobami, od których mogłam się dużo nauczyć. 

Nie boli też zupełnie, że na koniec miesiąca należy się pensja i tyle, nie trzeba zastanawiać się czy kontrahent zapłaci fakturę i czy będą pieniądze czy nie. Przynajmniej w zdrowych przedsiębiorstwach nie trzeba. O stałej porze zapłata po prostu się należy i nic więcej Cię nie obchodzi. To miłe uczucie, zaglądać sobie na konto, a tam siedzi pensyjka. Czasem nawet premia. 

Może wyglądać jakbym głównie chwaliła pracę etatową, ale gdyby miała same plusy, to nie byłoby mnie tu, gdzie jestem teraz. Czyli w domu. Gdzie czasem piszę teksty podczas drzemki z dzieckiem leżącym na mnie albo kiedy mój mąż zabiera dziewczyny na spacer. Gdzie czasem podczas robienia zdjęć do współpracy śpiewam piosenki, żeby uciszyć ryk, a czasem nagrywam filmiki po nocy, bo tylko wtedy jest cicho. Mimo tych trudności, wyrabiam się na czas, a nie spędzam na tym ośmiu godzin dziennie. Pracuję tyle ile potrzeba, a nie tyle ile jest godzin do wysiedzenia. I jestem z pewnością bardziej skupiona i efektywna. Ba, napisałam powieść w pandemii z małym dzieckiem i kończyłam w ciąży z drugim. Jestem całym sercem za pomysłem czterodniowego tygodnia pracy, bo to po prostu działa. Praca zajmuje dokładnie tyle czasu ile można na nią poświęcić. 

Cenię też elastyczność. Są dni, kiedy człowiek po prostu nie chce pracować. Nie ma siły, nastroju, humoru, czuje się podle i wolałby z nikim nie rozmawiać. W inne dni mogę pracować aż do nocy i wszystko mi wychodzi. Większości pracodawców takie fluktuacje nie obchodzą. 

Brak dojazdów i codziennego tłoczenia się w metrze to wielka ulga. Chociaż robiłam to tylko przez rok, przez cztery lata pracy na Angel chodziłam do biura na piechotę, więc nie mogę narzekać…

Piszę o tej sprawie na końcu, ale nie jest do rzecz błaha. Paradoksalnie poza etatem, w domu, freelancując, blogując, pisząc książkę, sprawdzając teksty naukowe męża, pisząc z nim copy na stronę, czuję coś, z czym miałam wielki problem na etacie. Motywację. Motywacja to skomplikowana sprawa, gdyby wszystkich dało się motywować w ten sam sposób, życie byłoby łatwe. Są osoby czerpiące energię z bycia najlepszym sprzedawcą czy pupilkiem przełożonych. Jeszcze inni chcą władzy i tytulów. To nie ja. Są osoby, które bardzo motywują pieniądze. Mnie motywują trochę, ale nie bardzo. Niestety, wolność, elastyczność i poczucie sensu to były sprawy dla mnie kluczowe, których szukałam na próżno. Przeżywałam katusze myśląc jak bardzo nic nie znaczy to co robię w skali ludzkości. Być może mój blog, powieść i inne aktywności znaczą podobnie mało, ale nie poświęcam im ośmiu godzin dziennie od poniedziałku do piątku, nie licząc dojazdów. Sądzę też, że jednak bardziej pomagam światu gdy udaje mi się przekonać kogoś do podjęcia terapii czy wyjazdu na studia zagraniczne, którym pomagam poczuć się mniej samotnie w macierzyństwie i lepiej ze sobą w ogóle (a wiem z wiadomości, że są osoby, którym w tym pomagam) niż to czy sprzedam w danym tygodniu czy miesiącu kilka reklam batonów, papierosów czy gazowanych napoi mniej lub więcej. A może jeszcze znajdę inny, wyższy sens w czym innym, jednak na pewno nie będzie to wyrobienie kwartalnego targetu sprzedaży w czasopiśmie.

Last but not least…nie mam szefa. Nie mam narzuconych targetów, w każdym roku wyższych, bo wzrost, wzrost, wzrost. Ani konfliktów z wredną Sarą z Marketingu lub Nickiem z Grafiki, przez które muszę świecić oczami przed klientami. Sama sobie jestem szefem, targetem, Sarą i Nickiem. 

Czy wróciłabym na etat? Hmm…Nie. Raczej niechętnie. Na pewno nie na pełen etat. I póki nie muszę, etatu szukać nie będę. Będę więcej pisać i więcej pracować z moim mężem nad promocją jego projektów. 

Nie uważam jednak czasu na etacie za zmarnowany. Na pewnym etapie życia dużo mi dał, chociaż wtedy myślałam, że było inaczej. Doświadczyłam bardzo ciekawych i wyjątkowych rzeczy, których wiele osób nigdy nie doświadczy. Obecnie jestem dużo starsza, mam dwójkę dzieci i inne potrzeby. Chociaż żadna ze mnie świeta krowa, jeśli życie zmusi, to zmusi i tyle. Czasami jednak marzy mi się praca w szklanym wieżowcu w jakiejś korporacji zła, żeby poznać od podszewki zasady jej działania, rozgryzać jak grać w jej grę, jednocześnie korzystając z uciech i benefitów takich prac i wysokich pensji, które płacą niektórym. Wydaje mi się jednak, że ta snuta od lat fantazja pozostanie tylko fantazją, jak fajny serial o prawnikach czy bogaczach. Nie dążę aktywnie do jej spełnienia 😉

(Nie oceniam i nie wartościuję innych życiowych sytuacji, innych zawodów, innych wyborów. To tylko tekst o mnie. )

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry