retro2
Riennahera

Riennahera

Jak to jest być retro

Podobno retro to w dowolnym momencie coś, co ma więcej niż dwadzieścia lat. Cykl nostalgii trwa jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat.

Mam trzydzieści pięć lat, więc wychodzi na to, że cała jestem retro. A na pewno są takie ciuchy z mojego okresu dorastania. Co więcej – wróciły do mody.

Moją pierwszą, bezwarunkową reakcją był oczywiście zdecydowany sprzeciw. TO NIEDORZECZNE. TO BRZYDKIE. TO ŻAŁOSNE. Topowe modowe influencerki noszą idiotyczne kapelusiki w kształcie garnka oraz powiewające, dyndające i odsłaniające prawie wszystko szmatki, które nawet jeśli drogie, wyglądają tanio. Już za pierwszym razem, już na Britney Spears, wyglądały…no, średnio stylowo.

Niektóre powroty witam jednak z otwartymi ramionami. Uważam szerokie spodnie za niezwykle stylowe i z wielką chęcią zakupiłam je w znanej sieciówce. Tak szerokie, jak jeansy, które nosiłam w liceum i które całe taplały mi się w kałużach. To było paskudne, ale jeansy były epickie. A nowe spodnie kocham i noszę większość dni. Co też jest powrotem do czasów szkolnych, kiedy nie nosiłam codziennie czegoś innego, a ukochane rzeczy w różnych zestawach zarzynałam przez tydzień, dopóki nie były naprawdę do prania. Ok, może nieco przesadzam, ale tylko nieco. Kilka dni w tym samym swetrze i spodniach? Luz. Co prawda odkąd jestem matką to zwykle tak robię, ale kiedy pracowałam w biurze – nigdy!

Podoba mi się też rezygnacja z bardzo obcisłych sylwetek na rzecz luźniejszych, zwiewnych, bardziej nonszalanckich. I sukienki/tuniki noszone na spodnie. To z jednej strony. Bo z drugiej mamy też te zakrywające bardzo niewiele powiewające szmatki. Nie będę szła tą drogą. Dla dobra siebie i ludzkości.
Ważę ponad dziesięć kilogramów więcej, niż dwadzieścia lat temu i po urodzeniu dwójki dzieci mam piersi o wiele rozmiarów większe. Ale wciąż mam kilka rzeczy, w które dalej się mieszczę. I które wyglądają epicko. Na przykład trochę wielkich swetrów. Baletek. Pewnie nawet znajdą się gdzieś wełniane ocieplacze do stóp.

Mam jednak nadzieję, że fryzury na trzepizura, cieniutkie brwi czy biodrówki tak niskie, że widać większość wzgórka łonowego, to jednak nie powrócą. Sama miałam fryzurę na trzepizura, podobno to wtedy wszyscy chłopcy w klasie przestali się we mnie podkochiwać (wiem to z maila kolegi z klasy do koleżanki). Nie dziwię się, wyglądałam okropnie. Jak własny ojciec w okresie dorastania. Cieniutkie brwi również zaliczyłam, a jakże. Dodają milion lat. Na zdjęciach z imprez na wczesnych studiach wyglądam jak styrana życiem kurtyzana. Nie polecam. Co do biodrówek…Infekcje pęcherza i nerek to naprawdę bolesna rzecz, droga młodzieży. Ale po co ja to piszę, jestem już przecież stara, mam ze trzydzieści lat (jak stwierdziła Ciri w Sadze o Wiedźminie), na niczym się nie znam.

Zetki ubierają się w stylu z przełomu wieków, a nawet tysiącleci, tęskniąc za prostszymi czasami.
Co z kolei skłania mnie do refleksji, czy te czasy były rzeczywiście prostsze. W pewnych aspektach – rozumiem skąd taka wizja. Internet był na innym poziomie rozwoju, nie mieliśmy feeds z całego świata na bieżąco, nie atakowało nas FOMO i nie uprawialiśmy dom scrollingu. Nie porównywaliśmy się od rana do wieczora z ideałami z instagrama, stworzonymi za pomocą filtrów, Photoshopa i operacji plastycznych i nie próbowaliśmy się do nich upodabniać korzystając z fast fashion. Co nie znaczy, że było niewinnie i sielankowo. O nie Na pewno nie dla mnie. Był to okres zszarganych nerwów. W 2001 roku miałam na sobie epickie szerokie sztruksy i wielki beżowy sweter z taniej odzieży, moje ulubione rzeczy, kiedy oglądałam relacje z zamachów na World Trade Centre. A to nawet nie był najbardziej przerażający moment mojego ówczesnego życia. Takimi momentami były spotkania z ojcem i obecność w sądzie podczas rozpraw rozwodowych rodziców. Na samą myśl mi niedobrze. Poza tym w wypadku zginął mój ukochany trzydziestokilkuletni wujek, z czym nie radziłam sobie przez kolejne miesiące, może i lata. Jednak ze wszystkim trzeba było się ogarnąć i wziąć w garść. Bo taki był klimat.
Poza tym, rzucił mnie chłopak. A nawet dwóch.

Nie były to najgorsze czasy, nie mieliśmy za dzieciaka presji social mediów, ale jednak na ekranie w starych serialach wygląda to chyba trochę bardziej kolorowo. Bo z presją social mediów przyszła jednocześnie możliwość znalezienia sobie swoich ludzi i wsparcia zarówno lokalnie jak i w każdym zakątku świata. O wielu rzeczach się nie mówiło, nie były czymś normalnym, były jak najbardziej tabu. Wyzywanie kogoś od geja czy pedała było wciąż niby niewinne, nawet jeśli najlepszy kolega był gejem. Wyjścia z szafy kolegów były sensacją. A wychowawczyni powiedziała, że pochodzę z patologicznej rodziny, bo moi rodzice się rozwiedli. I mogła tak powiedzieć na luzie, nikt się nie czepiał. Żadna z tych rzeczy nie była ani prosta, ani nawet ok.

W kontekście zmian obyczajów, przychodzi mi na myśl nieco egzotyczny przykład pogrzebów w rodzinie królewskiej. Diana zmarła w 1997 roku. Na chwilę przed nowym tysiącleciem. Jej młodziutcy synowie szli za trumną, na oczach całego świata. Czterdziestoletni obecnie książę William, pierwsze w kolejce do tronu, wspomina to do dzisiaj jako traumatyzujące doświadczenie. Ale wtedy nikt się nad tym nie zastanawiał, tak trzeba było. Więc ja miałam swoje sądy, a książę miał pogrzeb matki. Dzisiaj patronuje wielu sprawom związanym ze zdrowiem psychicznym, zwłaszcza u młodych ludzi. A ja piszę na moim blożku teksty o depresji i codziennie radzę komuś, że może warto przemyśleć terapię. I to są obecne czasy. I to jest dużo, dużo lepsze.

Oczywiście, jak każda starzejąca się osoba uważam, że “za moich czasów” muzyka była lepsza i w ogóle. Ale takie już odwieczne prawo natury. Zresztą, w “moich czasach” ja też słuchałam muzyki sprzed jakichś piętnastu-dwudziestu lat i starszej. Wilków, Hey, starych albumów Pidżamy, a także muzyki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kupowałam na wakacjach w Grecji spiracone kasety Doorsów i Janis Joplin. Bo jeszcze używało się kaset. Tak bardzo byłam retro. Jasne, też uważałam, że urodziłam się za późno. Że nikt mnie nie rozumie i nie ma racji. A osoby po trzydziestce, poza nielicznymi wyjątkami, wydawały mi się nudne i w ogóle nie cool. I przede wszystkim stare, bliskie śmierci.

Wiele rzeczy, w których nikt mnie nie rozumiał, dzisiaj jest już oczywistością. Z innych wyrosłam. Na inne pomogła terapia bądź leki. Chętnie zakładam szerokie spodnie. Ale podziękuję za te prostsze czasy. Postoję. Może rocznikowo jestem retro, ale mentalnie całkiem podoba mi się w latach dwudziestych. I fajnie jest być starym rupieciem, który wspomina dzieciństwo, a potem zabrać się za swoje starorupieciowe życie. Nie zamieniłabym go na żadne “stare dobre czasy”.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

1 thought on “Jak to jest być retro”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry