stylmatki
Riennahera

Riennahera

Jak zmienił się mój styl od kiedy zostałam matką

Jak zostaniesz matką, to nie będzie już paznokci, hehe. Matki piją zimną kawę, hehe. Ja nie mam czasu na prysznic, bo dziecko. Nie myłam włosów od pięciu dni, bo dziecko. Fryzjer? Brwi? Zapomnij! Będziesz mieć inne priorytety.

Znasz to? Słyszałaś to? Dotyczy Ciebie? Nie dotyczy?

Macierzyństwo jest z pewnością aspektem życia, który z konieczności staje się priorytetem totalnym, przynajmniej czasowo. Bo możesz wypić zimną kawę i nie zrobić paznokci, ale mały człowiek nie może siedzieć w pełnej, śmierdzącej pielusze i umierać z głodu. Przynajmniej dopóki nie nauczy się korzystać z toalety i sięgać po jedzenie, musisz te potrzeby przedkładać nad inne, nawet nad własną toaletę i jedzenie. No więc to nie jest tak, że dzieci nic nie zmieniają.

Ale nie wszystkie zmiany są złe. Niektóre są niefajne, inne po prostu są, a jeszcze inne są pozytywne.

Ponieważ jestem próżna i mam też nieco przestrzeni na myślenie o czymś więcej niż podstawy, zastanawiam się nad zmianą w kwestiach mojego podejścia do wyglądu. Nigdy nie ukrywałam, że wygląd jest dla mnie ważny, nie w sensie bycia idealną, a wyrażania siebie. Ale jeśli w ogóle bywacie na moim blogu, to pewnie nie jest to żadna nowość.

Spodnie

Przede wszystkim spodnie. Zwłaszcza w okresie zimowo-niemowlęcym. Kiedy bobas zaczyna chodzić, znoszenie wózka robi się o wiele łatwiejsze i mogą powrócić długie sukienki. Kiedy bobas przestaje de facto być bobasem i żywić się mlekiem z piersi, powracają krótkie sukienki bez guzików.

Kiedy trzeba tarzać się i czołgać i spędzać pół dnia na podłodze, sukienka robi się mniej przyjemnym wyborem. Z Ioną jeszcze mi się chciało, nosiłam na zajęcia dla dzieci długie suknie, ale obecnie jestem styrana życiem i już mi się nie chce. Ani chodzić często na zajęcia, ani nosić sukienek jak robi się chłodniej…Bo latem jak najbardziej, sukienka to jedna rzecz do ubrania i wkłada się ją najszybciej. Kiedy zrobiło się ciepło, zaczynałam oswajać się od nowa z sukienkami. Co skutkowało sytuacją, kiedy robiąc bobaskowi zdjęcie na placu zabaw pokazywałam światu krocze. Tak, że ten. Trzeba wybrać długość, żeby zasłaniała krocze przy kucaniu, a jednocześnie żeby nie potknąć się schodząc z tobołami po schodach. Trochę rosyjska ruletka. Plus wciąż potrzebuję czegoś z dostępem do piersi.

zdjęcie nordtrip.pl

Mniej znaczy więcej

Im mniej mogę obecnie myśleć o ubieraniu się, tym lepiej. Bynajmniej nie chodzi o to, że nie obchodzi mnie jak wyglądam. Po prostu nie chce mi się wymyślać co założyć. Nie mam czasu, a przede wszystkim ochoty, na wchodzenie do szafy i wybieranie “stylizacji”. Wciąż chcę się jednak czuć sobą i dobrze ubrana. Stąd motyw odwyku od ubrań, zainwestowania w dobre basiki i obsesja czyszczenia szafy.

To oznacza też nieco bardziej stonowany styl. Może to macierzyństwo, może to starość, ale nie czuję się już tak świetnie w feerii barw i wzorów.
Ostatnimi czasy mam ochotę niemal tylko na biele, kremy, lekkie hafty, błękity, pastele, kolory ziemi, ewentualnie czerń. Jest to pewien problem, kiedy ma się szafę pełną boho sukienek…

Nonszalancja

Powiedzmy, że zawsze podobał mi się taki styl, ale teraz jest mi go o wiele łatwiej osiągnąć niż kiedykolwiek wcześniej. Bo teraz ta nonszalancja jest bardziej naturalna.
Poza tym, tak jak niedawno wspomniałam, nie mam już żadnych pretensji do ubierania się seksownie dla świata, zatem wchodzi więcej zabawy formą, rzeczy przydużych, specjalnie lub niespecjalnie, mniej dbałości o fryzury, makijaż i tak dalej.
Paradoksalnie, często im mniej się próbuje, tym lepiej się na tym wychodzi…

Buty sportowe

Nie przesadzajmy, że nagle zrobiłam się nie wiadomo jak casualową osobą, chociaż z pewnością jestem najbardziej casualowa od lat. Niemniej, zanim urodziłam dzieci, miałam jedną parę sportowych butów (Nike Thea), a teraz mam trzy (New Balance i Adidas Stan Smith). I noszę je czasem na co dzień, a nie na siłownię! To jest niezwykła zmiana w moim życiu.
Chociaż botki są dla mnie wygodniejsze niż New Balance, w których czuję się jakbym chodziła na gąbce.

zdjęcie nordtrip.pl

Obcasy w odstawce

Bardzo lubię obcasy. Nie żadne wysokie szpilki, ale botki czy sztyblety na grubym słupku – uwielbiam. Uważam je za całkiem wygodne i latami nosiłam je na co dzień. Do pracy, nawet na spacery, nawet po wsi.
Ze starszą córką chodziłam jeszcze na spacery na obcasach, ale z dwójką dzieci poddałam się.

Żegnaj bobie

Nie wiem czemu uważa się, że krótkie włosy są wygodniejsze. Może takie bardzo krótkie owszem, ale nie bob. Boba trzeba układać, żeby wyglądał godnie.
Nie mam na układanie czasu, a przede wszystkim ochoty i okresy intensywnego matkowania wiążą się u mnie z zapuszczaniem włosów.

Żegnaj makijażu

No, nie zupełnie. Większość dni wciąż się maluję, choć nie codziennie. Dawniej ciężko mi było wyjść do sklepu bez makijażu, żebym nie czuła się kobietą upadłą, obecnie mogę bez problemu chodzić po placach zabaw z włosami w nieładzie i bez grama produktów na twarzy.
Wynika to z kilku rzeczy. Po pierwsze, oczywiście, nie bardzo mi się chce. Ale, po drugie, nie potrzebuję tego, żeby czuć się wartościową osobą. Makijaż jest dla mnie, żeby mi sprawić przyjemność, bo lubię fajnie wyglądać, ale jeśli nie mam ochoty, siły, czasu, to chrzanić go.
Lepiej czuję się sama z sobą. Nie wiem czy to kwestia dzieci czy wieku, ale nie potrzebuję aprobaty całego świata i doceniania mojej urody przez przechodniów.
A w dni, kiedy już się maluję, jest tego mniej. Tutaj pewnie też kwestia wieku. Mam wrażenie, że wyglądam bardziej świeżo, kiedy mam na sobie mniej.
Poza tym, z całym szacunkiem, ale jeśli idę bawić się z bobasami na dywanie, to nie czuję potrzeby kreski na oku. Lubię ujednolicić kolor skóry, ale potem sam tusz do rzęs z błyszczykiem zupełnie wystarczy. A czerwona szminka to tak na wyjście lub do zdjęć.

No i tak to wygląda. Tak wyglądam.

Ale…
Ja tu piszę o stylu, a może Ty właśnie załamujesz się i zastanawiasz czy jeszcze kiedykolwiek zaczniesz ogarniać życie. Też tak miałam.
Nigdy nie chciałam, żeby mój blog, moje social media i w ogóle moje pisanie tworzyło narrację, że “jeśli się chce to się da” i “wszystko jest kwestią organizacji”. Bo te zdania prawdziwe są tylko w specyficznych warunkach.
Ja mam męża, który poważnie traktuje rodzicielstwo i prowadzenie gospodarstwa domowego i w wielu rzeczach jest dużo skuteczniejszy ode mnie. Nie mam też problemów z finansami. Moje dzieci są zdrowe i przeciętnie uciążliwe, ani mało, ani mocno. Ja jestem zdrowa. Nie mamy jednak na miejscu rodziny, co jest niefajne.
Ktoś inny może mieć zupełnie inne warunki i radzić sobie lepiej lub gorzej.
Chciałabym tworzyć narrację, w której poczujesz, że są pewne sprawy uniwersalne, z którymi mierzy się ludzkość i nie jesteś sama. Ale też, że jak coś nie idzie, to się zdarza. Może w końcu pójdzie. A może potrzebujesz pomocy? To nie jest żaden wstyd jej poszukać. Masz też prawo zadbać o siebie. I w końcu, również o swój styl. Jesteś ważna, tak jak reszta Twojej rodziny.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że to jest wiadomość, której ja potrzebuję, moja rodzina traktuje mnie super (poza dziećmi kiedy budzą mnie w nocy albo krzyczącą na mnie trzylatką…), ale wydaje mi się, że wiele osób potrzebuje to przeczytać.

Jesteś ważna i masz prawo do stylu. Jeśli chcesz. Co więcej, Twój styl może być ważny dla przyszłości Twoich dzieci. Nauczą się, że skoro ich matka opiekuje się sobą, one też mogą i mają prawo.

zdjęcia Paulina Tran

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

1 thought on “Jak zmienił się mój styl od kiedy zostałam matką”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry