Marta Dziok-Kaczyńska

Emigracja, która się nie klika

Picture of Marta Dziok-Kaczyńska

Marta Dziok-Kaczyńska

Kim jest Polak na Wyspach?

Moja własna definicja brzmiałaby “osobą, która przyjechała z Polski i tutaj sobie żyje jak umie i lubi”. Jeden lepiej, drugi gorzej. Jeśli czytać prasę, serwisy internetowe i inne publikacje, postać jest o wiele bardziej zdefiniowana. 

 

Zmywak, wiadomo, że zmywak.

 

Przynajmniej na starcie. I benefity. Często mieszkanie socjalne. Jest ciężko, bardzo ciężko. Nawet jeśli jest inżynierem pracującym w zawodzie, to boli go podwyżka council tax i publicznie na nią narzeka. Brexit przeżywa i się go boi, nie wie co z nim będzie, doświadcza wielu prześladowań, a nawet jeśli nie, to przynajmniej czuje, że patrzy się na niego z góry. Chce wracać. Uważa Brytyjczyków za głupców, albo co najmniej zamkniętych w sobie obcych, którzy nie lubią niezapowiedzianych wizyt, ewentualnie za złodziei kobiet, zwłaszcza, jeśli są czarni czy “ciapaci”*. Marzy o powrocie i zabierze się stąd jak tylko kurs funta przestanie się opłacać. 

I tak dalej, i tak dalej. 

Za każdym razem, kiedy to czytam, szlag mnie trafia. Nie neguję istnienia tych problemów w ogóle, ani nie podważam prawa do takich, a nie innych odczuć, ALE…Polska jest w UE od piętnastu lat, a narracja niewiele się zmieniła. Wszyscy wyjechali z przymusu, za chlebem, a nawet jak nie, to i tak im smutno i ciężko. W tym wszystkim siedzę sobie ja, przecież Polka, przecież w Wielkiej Brytanii, na emigracji od grubo ponad dekady, więc do diabła, z pokaźnym doświadczeniem życia w najróżniejszych jego aspektach. Nigdy jednak nie czytam o sobie. Zawsze o tym samym. Na widok każdej nowej rewelacji prasowej dostaję nieprzyjemnego skurczu żołądka, bo wiem, że znowu przeczytam to co zwykle –  jest źle. Bardzo ciężko. Obco i okrutnie.  

Z jednej strony zastanawiam się czy nie jestem odpowiednikiem żalącego się białego heteroseksualnego mężczyzny, który jak wiadomo jest najbardziej pokrzywdzoną mniejszością. Z drugiej – naprawdę nie jestem w stanie czytać symfonii kuriozalnych wypowiedzi i użalania się nad sobą jako dominującej i słusznej wizji Polaka w Wielkiej Brytanii. Coraz rzadziej wierzę w to, że opisywane w prasie postaci są prawdziwe. Zwłaszcza ten pan inżynier żalący się na podwyżkę council taxu. Porównuję co roku rachunki i rozmawiamy o wielkościach rzędu kilku funtów miesięcznie…

 

Nie myślę o sobie jako o osobie wyjątkowej i nie uważam się za specjalnie fajną, zdolną, ani zachwycającą.

 

Dlatego też zastanawia mnie zawsze jak to jest, że chociaż ze mnie dziewczyna może i nawet dość miła, ale przeciętna, przez trzynaście lat nigdy nie poczułam się ani gorsza, ani niechciana, ani szykanowana. Czy jestem dzieckiem szczęścia? Mieszkałam zarówno w stolicy, jak i w małym miasteczku. Pracowałam w biurze, ale i w kawiarni czy sklepie. Nigdy nie udawałam, że jestem kimś innym niż jestem. Otwarcie rozmawiałam na ulicy po polsku. Wciąż nic. 

 

Większość moich bliskich osób w Londynie to Polacy.

 

Tak jakoś wyszło, choć nie zawsze tak było, na studiach trzymałam się głównie z Brytyjczykami, ale to dygresja, nieistotna w kontekście tego tekstu. Chociaż może istotna, bo jakoś nie mieli nic przeciwko laseczce z Polski, zapraszali mnie do swoich domów i swojego życia bez jakichkolwiek obiekcji. Wracając jednak do “moich Polaków”, znamy się dzięki blogowi i poprzez wspólnych znajomych. Wszyscy są ludźmi z jakimiś zainteresowaniami, które pieczołowicie realizują. Robią kariery lub pracują po to, żeby się utrzymać, ale generalnie są przynajmniej w dużym stopniu zadowoleni z miejsca w życiu, dosłownie i w przenośni. Przyjechali zafascynowani kulturą, dla edukacji, dla dobrej posady, dla przygody. Nikt nie rozważa powrotu. W skrócie – to emigracja jaką znam ja. Jedyna jaką znam.

Możemy być jakąś niesamowicie szczęśliwą, w czepku urodzoną bańką bananowych dzieci, ale tak jak nie wierzę w swoją wyjątkowość, tak nie przeceniałabym wyjątkowości mojego towarzystwa. Tu nie chodzi o czucie się lepszym, patrzenie na kogoś z góry. Po prostu nudzi mnie niezmiernie jednolite taplanie się w nieszczęściu, które wyziera ze znakomitej większości publikacji, by generować kliki i komentarze od tych, co czują się lepsi oraz napędzać konflikty w stylu “nigdy nie wrócę”, “nikt was tu nie chce” i tak dalej. Mam dość słabego dziennikarstwa po linii najmniejszego oporu i wymazywania mojego doświadczenia. Polska do której przyjeżdżam po kilkunastu latach, nie jest tą samą Polską, z której wyjeżdżałam. W dobrym i złym znaczeniu. Natomiast emigracja, a przynajmniej jej wizja, jakby stanęła w miejscu. 

Jestem przekonana, że mnóstwo osób ma problemy i jest im niełatwo. Ich problemy i ich życie są ważne. Tyle, że moje też. 

 

 

*to jest jedno z najobrzydliwszych słów jakie znam i używam go jedynie jako cytatu

Podoba Ci się? Udostępnij ten post

Riennahera

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska

Riennahera​

Prowadzę blog, podcast „Korespondencja z Londynu” oraz aktywnie działam w mediach społecznościowych. W Wielkiej Brytanii mieszkam od 2006 roku. Studiowałam historię i filmoznawstwo na Uniwersytecie w Glasgow. Przez wiele lat pracowałam w brytyjskiej prasie, obecnie jestem dziennikarką portalu polonijnego. Wydałam książki fantasy „Elfy Londynu” i „Podróżniczka” oraz non-fiction „Anglia. Czas na Herbatę” i e-book „Londyn z Riennaherą”. Mieszkam w Londynie z mężem i córkami.

12 Responses

  1. Stereotypy czasami potrafią zabić. I napiszę szczerze, w Polsce nie da się praktycznie żyć. Sama żyję myślą dokończenia studiów i wyjechania stąd. Ludzie są dla siebie wredni bez powodu, a jeden drugiego to najchętniej by zagryzł…

  2. W Belgii poznalam taki rodzaj naszych rodakow jaki mi nie byl znany taki o jakim piszesz. Tyle lat w Szwajcarii 13 to duzo a w Belgii zaledwie 4 a widze siedlisko zawisci, zazdrosci i szkalowanie.Za 2 miesiace inne miejsce Boston ale ten amerykanski. Wierze ze powieszchownosc amerykanow bedzie lepsza niz Belgiskich polakow. To bedzie juz 5 kraj w ktorym pomieszkam, najlepiej mieszkalo mi sie w Jordanii.

    1. Zupełnie nie mogę się odnaleźć w tym, co piszesz. Przyjechałam do Belgii w 2014, poznałam Polaków z różnych środowisk (instytucje europejskie, uczelnie, artyści, sprzątaczki, budowlańcy)… ludzie jak ludzie. Inni super, inni mniej. Nie zauważyłam, żeby środowisko było jakieś szczególnie patologiczne. Wydaje mi się, że emigranci są bardzo różnorodną grupą i ja zrozumiałam wpis Riennahery tak, że powinniśmy bronić się przed generalizacjami, że belgijscy polonusi są tacy, a angielscy owacy.

      1. Belgia to nie tylko Bruksela, tu gdzie mieszkam nie ma instytucji miedzynarodowych. Przemysl upadl wiele lat temu zasilki zostaly i ludzie pozostali na nich na dlugie lata lacznie z depresja. Pislam o tym ze wlasnie w tym miejscu wiekszosc polakow tu zamieszkujacy prezentuja wlasnie te cechy.

        1. A widzisz, dochodzimy do momentu w którym okazuje się, że obie robimy ten sam błąd – ja moje flamandzko-brukselskie doświadczenia rozciągam na cały kraj, Ty – jak się domyślam – odnosisz się do swoich walońskich obserwacji 🙂 W wypadku Belgii wyjątkowo nie ma to sensu, bo kraj – mimo że wielkości dużego dywanu – jest bardzo różnorodny.

          1. Ja przyjechalam do Belgii w roku 2000 🙂 Mieszkam w okolicach Leuven, wiec moje doswiadczenia tez sa flamandzkie. Mam znajomych wsrod Polakow z najrozniejszych srodowisk i zgadzam sie z Toba, Ola, – ludzie, jak ludzie – rozni.
            Walcze z panujacym tu stereotypem Polki-sprzataczki i ciarki mnie przechodza jak slysze rasistowskie komentarze moich rodakow na temat innych imigrantow.

  3. Dzisiaj przesiadałam się w pociągu do Łodzi, ponieważ nie byłam w stanie słuchać dwójki (pewnie młodszych ode mnie) ludzi. Dziewczyna czuła się nieswojo w metrze w Berlinie bo za dużo „czarnych” i „ciapaków” za mało białych ludzi. Warszawa tez się zmienia, wszyscy mówią do siebie po angielsku. A do Paryża to już w ogóle nie warto jechać na Erasmusa bo „ta Notre Dame” spaliła się pewnie „przez nich”.
    Naprawdę zaczęłam się martwić.

  4. Życie w Anglii było jednym z moich największych marzeń. Chciałam sprawdzić czy po ulicach chodzi Pan Darcy, pragnęłam spacerów między domami z czerwonej cegły w deszczu. Jak już dotarłam, to zaprzyjaźniłam się z Anglikami, których uczyłam lepić pierogi. Po kilku miesiącach zmieniłam pracę na biurową, mimo że mój angielski w tamtym czasie był dość słaby. Gdyby nie fakt, że sytuacja rodzinna zmusiła mnie do powrotu, zostałabym tam na zawsze. Zresztą myślę, że jak wszystko sobie ułożę, to tam wrócę 😉 Moja prawda o Anglii jest taka, że jeśli chcesz i umiesz pracować to osiągniesz wiele. Mimo, że byłam tam sama, nigdy nie czułam się samotna. Dla odmiany w Polsce , przy rodzinie czuje się tak cały czas. Nigdy wcześniej nie czułam się tak wolna, szczęśliwa i silna jak właśnie tam, i nigdy na Anglię nie narzekałam. To dobre miejsce na start, w którym od Ciebie zależy jak sobie drogę ułożysz 🙂

  5. A powiedz, jeśli temat nie był poruszany w jakimś wpisie wcześniej i oczywiście jeśli masz na ten temat jakieś zdanie, co sądzisz o tym co pokazują brytyjskie wycieczki przyjeżdżające do PL?
    Jestem daleka od generalizowania, bardzo tego nie lubię. Mam chłopaka Turka, mieszkamy razem w Krakowie. Teoretycznie to nie ma żadnego znaczenia, ale ostatnio właśnie mieliśmy kilka sytuacji, że zaczynam się obawiać o możliwość normalnego funkcjonowania w naszym kraju. Więc temat, który poruszyłaś mnie zainteresował. Wracając jednak do brytyjskich turystów… Nie generlizując, bo są wyjątki. Widzę jak te grupy przyjeżdżające do Krakowa zmieniły się na przestrzeni lat. A raczej ich zachowanie.
    Jest fatalne, bywa niebezpieczne, żenujące. Ale za pewne zachowanie wielu Polaków tam, w UK, jest podobne.
    Taka luźna myśl.
    Chyba miałam jakiś genialny ciąg dalszy mojej wypowiedzi i zapytania, ale… Jest poniedziałek 8:30 i to mój pierwszy dzień w pracy po 12 dniach wolnego… help.

  6. Zjawisko jest zlozone, ale chciałabym zwrócić uwagę na kilka aspektów. Ta narracja o emigracji nie jest nowa, przeciwnie sięga przecież 18stego stulecia, gdzie powstawanie państw narodowościowych dopiero takie myślenie o emigracji, czy w ogóle to pojęcie umożliwiło. I jest konieczna wręcz, jako jeden z elementów tożsamości narodowej. Ponieważ musi pokazać, że opuszczenie ojczyzny, przecież przestępstwo przeciw patriotyzmowi, się nie opłaca. Że żadne materialne korzyści na paryskim czy innym bruku nie zrównoważą braku własnej mowy i rodziny na codzien, braku polskiego chleba. A i te korzyści rzekome, to tylko dla nielicznych i to tylko wtedy, gdy zaprzeda się duszę. Czy prawdy o emigracji należy szukać w tekstach o emigracji? Ta emigracja, o której piszesz, przebłysku je w innych artykułach. Powiedzmy jest tekst o ludziach z pasją, dajmy na to o małych klimatycznych knajpkach, powiedzmy w Berlinie. Tam znajdziesz Ole z Kasią. Albo o dekoratorach wnętrz – i tu natkniesz się na Piotra. O polityce i wyskoczy nazwisko Brzeziński. Wiadomo, inne, mniej spektakularne zajęcia nigdy w prasie się nie pojawia, dlatego może nigdy nie przeczytasz o Twojej biurowej pracy, czy o mojej poprzedniej, zarządzaniu baz danych. Ale ciekawym jest – na każdym kursie dokształcających, na każdych dodatkowych zajęciach, w każdej pracy spotykałam Polaków (zawsze śmieje, że w każdej grupie jestem ja i jedna jeszcze jedna Polka/Polak), których życiorys zupełnie nie wpisuje się w te standardowe powieści prasy. Polaków robiących swoje i dochodzącej często do wysokich stanowisk,albo co najmniej wiodących satysfakcjonujące zycie. O których nikt nie napisze, bo jak piszesz, to się nie klika. Czasem zdradza ich tylko nazwisko, albo, jak w moim przypadku imię czy jego pisownia, choć i to, oczywisciw nie jest gwarancją poznania rodaka.

  7. Pamiętaj że w mediach głównego ścieku nie ma słowa prawdy. Na przykład z kolei zagraniczne media wmawiają emigrantom, że w Polsce jest nędza i że nie da się żyć (żeby przypadkiem nie przyszło im do głowy wracać). Gdy w rzeczywistości żyje się o wiele lepiej niż 10 lat temu. O ile 10 lat temu jeszcze można było uznać, że komuś nie starczy do pierwszego, to teraz jeśli komuś nie starcza, to prawdopodobnie dlatego, że za dużo wydaje na narkotyki albo modne ciuchy czy elektronikę. Na którą by w UK grosza nie wydał, bo nie miałby takiej potrzeby. Ale to dotyczy nie tylko wyjazdów. Media nas wybitnie programują. Na przykład jest taka oficjalna propaganda, że króluje wychowanie bezstresowe, przez które młode pokolenie jest egoistyczne i roszczeniowe. Gdy sprawdzić, właściwie na jakiej podstawie się tak twierdzi, okazuje się, że problemem nie jest rzekoma nadopiekuńczość rodziców, ale nadmierna kontrola dzieci i bardzo drastyczny tryb tresury i wymagań, wręcz przemocowy (psychologiczne pranie mózgu) i z bezstresowością niemający nic wspólnego. Największy jest w kręgach lewicowych i liberalnych. A nie konserwatywnych, jak by się wydawało na pozór. Media kreują jakąś wizję świata, ponieważ nie podróżując po całym świecie nie jesteśmy w stanie jej zweryfikować, ale najwyraźniej jej potrzebujemy. Ludzie też widzą świat takim, jakim chcą widzieć. Jestem przekonana, że gdyby Twoje losy potoczyły się inaczej i mieszkałabyś obecnie w Gdańsku, też widziałabyś rozdźwięk między tym, co jest w mediach, a tym co widzisz codziennie chodząc po bułki.

  8. Nie chcę popadać w jakiś patos, ale to chyba te dzisiejsze media. Chociaż może zawsze takie były?
    Z jednej strony czytamy w social mediach, że jest tak super, Dubaj, lunche, kolorowo, z drugiej mamy artykuły o tym jak to źle – w Polsce, Anglii, Bukareszcie. A w sumie gdzie byśmy nie pojechali mamy ludzi, którym się bardziej i mniej udało. Większość pewnie wiedzie przeciętne życie, ale kto by o tym czytał?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *