Do Pause książka
Riennahera

Riennahera

Książka o tym jak zrobić sobie przerwę. „Do Pause: You are not a To Do list” Roberta Poyntona

Zanim świat stanął w miejscu, ja sama zorientowałam się, że wymagam od siebie zbyt dużo. Od jakiegoś czasu wymagałam zbyt dużo. Opieka nad dzieckiem, pisanie bloga, życie domowe, życie towarzyskie, próba wymyślenia siebie na nowo zawodowo – przytłoczyło mnie to. Myślałam, że to kwestia braku czasu, złej organizacji i ilości obowiązków, w ogóle tego jaka jestem leniwa i beznadziejna. Może trochę tak. Ale głównie nie. 

Wiecie, że pod koniec zeszłego roku zrobiłam sobie przerwę od bloga i to była świetna decyzja. Gdyby nie ta przerwa, rzuciłabym to w cholerę. Zajmowało za dużo miejsca w moim życiu. Dopiero całkowite zastopowanie pomogło mi określić czego potrzebuję: designu, struktury, dodatkowych celów na ten rok, pomocy technicznej i strategicznej, między innymi. Nie byłam w stanie tego dostrzec, dopóki na chwilę nie odpuściłam. A teraz – blog ma się najlepiej od wielu lat. 

Jeśli nie przystopuje się i nie spojrzy na siebie z boku, nie da się obrać nowego kierunku. 

Bycie non-stop zajętym to wytwór technologii, która popycha nas do bycia dostępnymi cały czas. Bo więcej, mocniej, częściej to lepiej. Tyle, że nie. To po prostu więcej, mocniej i częściej. Czasem w złym kierunku. 

Ale to nie jest tak, że jestem mądra cały czas. Po rozwiązaniu sprawy bloga, od razu wpadłam w nową pułapkę. Po ukończeniu roku moje dziecko poszło na półtora dnia tygodniowo do żłobka. Dało mi to nagle około dwunastu wolnych godzin, których wcześniej nie miałam. I mimo tych godzin, wciąż czułam się przytłoczona. Jeśli nie bardziej. Nie nadmiarem obowiązków i brakiem czasu, o nie. Własnymi oczekiwaniami jak bardzo produktywna będę przez te godziny. Doszło do tego, że obwiniałam się za wykorzystanie karnetu do spa w dzień, kiedy córka jest w żłobku, bo mogłam SPRZĄTAĆ, PISAĆ, PRACOWAĆ. Negocjowałam ze sobą w głowie czy zdjęcia na blog z dojazdem są warte czasu, kiedy mogłabym robić pranie i pucować łazienkę albo pisać tekst. Czy mogę iść na kawę lub lunch zamiast robić COŚ PRODUKTYWNEGO. Czy jeśli gorzej się czuję mogę spać albo obejrzeć film czy będzie to lenistwo i marnowanie zasobów. Czyli ciągle autoterror.

Niespecjalnie wierzę w znaki, ale dokładnie wtedy trafiłam na książkę, której potrzebowałam. Szczęśliwy zbieg okoliczności. Weszłam do lokalnego hipsterskiego butiku i leżała tam sobie zupełnie spokojnie. Z okładką z niebieskimi mazajami, a ja lubię niebieski. 

To nie jest książka, która zmieniła moje życie i z której dowiedziałam się czegoś, o czym nie miałam pojęcia. Pisałam już na blogu o czasie na myślenie. Nie jestem pewna czy w ogóle dowiedziałam się czego zupełnie nowego. To raczej zebranie w jednym miejscu garści przemyśleń, które już się słyszało, już się miało, albo przynajmniej się je przeczuwało. Co nie umniejsza wartości książki. Choć racjonalnie, ja to wszystko wiem. Wiem, że nie można tylko pracować i produkować, jeśli nie ma się wartościowych rozmów z przyjemnymi ludźmi. Że nie można ciągle pisać, jeśli się nie czyta. Że czasem trzeba coś na chwilę odłożyć, żeby nagle zobaczyć rozwiązanie problemu. Że najlepsze pomysły przychodzą pod prysznicem, na spacerze, w metrze, w ruchu. Ale czasem łatwo o tym zapomnieć. Zwłaszcza, kiedy jesteśmy otoczeni dyskursem o organizacji i produktywności, a bycie zajętym jest modne i dobrze widziane. 

Książka przydała mi się o tyle, że dobrze usłyszeć coś nie tylko od samego siebie. Jeśli mówi Ci to człowiek prowadzący zajęcia biznesowe na Oxfordzie , to łatwiej mu uwierzyć niż własnej intuicji. 

Autor podsunął mi jednak kilka pomysłów i przemyśleń. I przede wszystkim jedno usprawiedliwienie. A może nie usprawiedliwienie, a praktyczną radę. Poleca na przykład nie odpowiadanie na wszystko od razu. Bo czasem, po chwili refleksji, okazuje się, że odpowiedź była zbędna. Albo lepiej nie odpowiadać. Ja wiem, że w świecie internetu uważamy to za okropne, ale często mi się to zdarza. Jeśli nie umiem na coś odpowiedzieć szybko, łatwo, krótko, to zwykle okazuje się, że nie umiem w ogóle. Nieodpowiedzialne? Nieprofesjonalne? A może po prostu – najlepsze dla mnie?

Przykład z życia wzięty – wszyscy komentują na bieżąco sytuację pandemii. Zrobiłam to i ja. Chociaż to nie w moim stylu. Chociaż nie lubię tak działać, bo myślę wolno i poza szczególnymi przypadkami nie lubię pisać tekstów na gorąco. Wolę posiedzieć i przemyśleć temat. Napisałam jednak status na fanpage’u, emocjonalną reakcję na newsy, który spotkał się z negatywnym przyjęciem. Bo, cóż, nie był wieIce wartościowy. I wyłączyłam tego dnia internet. Zamiast odpowiadać, kłócić się, przerzucać argumentami, uznałam, że po prostu mogę nie mieć racji. Mogę napisać, że nie wiem, nie znam się i będę się trzymać tematów, które idą mi lepiej. Natychmiastowe, ostre reakcje są naszą wytresowaną przez social media odpowiedzią na podobne sytuacje. Mimo, że wiem, że to nie dla mnie. Ja chcę z tymi reakcjami w sobie walczyć.

Do Pause książka

Pisałam niedawno o tym, że nie wiem co dalej z moją “karierą” i stresuje mnie to. Po lekturze stresuje mnie to trochę mniej. To taki moment w życiu. Służy do tego, żeby przystopować. Co będzie to będzie. Poynton wspomina w podobnym kontekście Amandę Palmer (tak, tak, Amandę, żonę Neila Gaimana). Jeśli Amanda mogła przystopować, to i ja mogę. Pauzy mogą być tak krótkie jak policzenie do dziesięciu przed wejściem na spotkanie, albo tak długie jak kilkuletnie przerwy od pracy. I wszystko co pomiędzy. Mogą być codziennie, raz w tygodniu albo raz na rok. Mogą przyjąć formę wypadu do lasu albo zaszycia się w domu z książkami. Ty wybierasz. Każdy ma taką pauzę jaką może albo jakiej w danym momencie potrzebuje. Nie ma przepisu. 

To co podoba mi się w podejściu Poyntona to cecha, którą mam nadzieję też mieć jako autorka tego bloga. On sugeruje, podrzuca pomysły, ale nie wskazuje jedynej słusznej drogi. Pauza w jego odbiorze ma służyć nam, a nie być kolejnym punktem do odhaczenia. Podoba mi się też, że każe oczekiwać od siebie jak najmniej i nie mieć konkretnych oczekiwań od przerw. Próbować rzeczy dla samego próbowania, zobaczyć co z nich wyjdzie, a nie szukać odpowiedzi na konkretne problemy. W skrócie – włączać na luz. I zobaczyć, gdzie dojedziemy. Droga jest przynajmniej tak ważna jak cel.

W tej chwili (prawie) wszyscy siedzimy w domach i zastanawiamy się co z sobą zrobić. Niektórzy wspinają się na wyżyny kreatywności, inni mają dość sugestii, rekomendacji, list rzeczy do zrobienia podczas izolacji. I ja ich rozumiem. Dla mnie izolacja jest cięższa niż życie codzienne. Mam więcej czasu do spędzenia z córką (właśnie zamknięto żłobki). Mamy inną dynamikę (bo mąż pracuje z domu) i ograniczone pole manewru (bo nie ma specjalnie gdzie iść, najwyżej na plac zabaw, jeśli akurat nikogo nie ma). Sama mam ochotę na pauzę od pauzy. 

Dlatego też nie wymagam teraz od siebie zbyt wiele. Obniżam oczekiwania. Robię co mogę i co mi wychodzi. Zobaczę, gdzie mnie to zaprowadzi. 

Co i Wam polecam. 

Blog autora książki Roberta Poyntona

Książkę możecie kupić na Amazon. To link afiliacyjny, nie próbowałam tego wcześniej, ale w sumie czemu nie. Mój egzemplarz kupiłam za własne pieniądze.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry