pandemia
Riennahera

Riennahera

Co uzmysłowiła mi pandemia

Piszę ten tekst w nadmorskiej miejscowości, w której Kanał Angielski spotyka się z Morzem Północnym. Pierwszy raz w tym roku opuściliśmy Londyn. 

Nie widzieliśmy się z mamami od sześciu miesięcy. Z tatą od czterech. Od marca do lipca jeden raz opuściłam dzielnicę. Teraz jest drugi raz. Od marca do lipca jeden raz jechałam autobusem. Wiecie jak było. Każdy z nas ma swoją historię w podobnym stylu. 

To był najgorszy czas. To był czas pogardy, kiedy wszyscy patrzyli sobie na ręce, czy są myte i na twarze, czy są zakryte. Kiedy nienawidzili się za to że wyszli bądź nie wyszli z domu. Kiedy za poczucie bezpieczeństwa byliśmy w stanie oddać nasze podstawowe prawa. 

Wciąż nie wierzę w stwierdzenie, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. Jednak to była pauza, która mi pomogła. Ułożyła mi w głowie kilka rzeczy. I z tego powodu, zrobiła mi dobrze. Nie powiem, że cieszę się z niej, bo nie cieszy mnie ponad pół miliona ofiar na świecie. Ale nie wiem czy bez wyłączenia z normalnego funkcjonowania ogarnęłabym głowę. A trochę ogarnęłam. O czym piszę w dalszej części tekstu. 

Ludzie są niezbędni

Jestem introwertyczką, która połowę życia przeżywa we własnym świecie z wymyślonymi postaciami i mniej lub bardziej głębokimi przemyśleniami o wszystkim i o niczym. Mimo to, jestem zupełnie przekonana, że inni ludzie są do życia absolutnie niezbędni. Przez pierwszy etap lockdownu nie brakowało mi tak bardzo wychodzenia z domu jak interakcji z przyjaciółmi. I nie, rozmowa na ekranie komputera nie jest nawet namiastką. Jest jak całowanie się przez okno. To jest zupełnie co innego. 

Wszystko dało się rozwiązać – robić zakupy przez internet, ćwiczyć na dywanie i dostarczać warzywa pod drzwi domu, ale bliskości drugiej osoby rozwiązać się nie dało. 

Wiem, że mnóstwo osób zachwyconych jest pracą zdalną, dla mnie jest to potencjalnie wielkie zagrożenie cywilizacyjne. Może niekoniecznie w elastycznej formie, ale całkowite przeniesienie się z biur do domów DLA MNIE osobiście byłoby gorsze niż siedzenie w biurze osiem godzin. Ludzie z którymi pracowałam byli zawsze najprzyjemniejszym aspektem pracy. Interakcje z nimi inspirowały mnie i zmuszały do myślenia, nawet jeśli nie zawsze były przyjemne. Może nawet bardziej jeśli były nieprzyjemne. Koledzy z pracy to jeden z aspektów etatu, za którym tęsknię. 

Kiedy czytam zachwyty, że teraz można spędzać czas tylko z tymi, z którymi się chce, a z ludźmi z pracy nie trzeba, to unoszę lekko brew. Jeśli zawsze mamy interakcje z tymi, z którymi jest najbardziej komfortowo i przyjemnie, nie zmieniamy się i nie uczymy. Lubię się sprawdzać w otoczeniu, które stanowi wyzwanie.

Wszystko co można uznać za zbytek jest solą życia 

Czy można żyć bez kawiarni? Czy koniecznie trzeba chodzić po teatrach i restauracjach? Czy nie można napić się piwa lub wina w domu? Czy trzeba chodzić na zakupy? Czy jogi nie można uprawiać w domu zamiast w hipsterskim studio?

Można żyć bez większości rzeczy. Niemal niczego nie trzeba. Jeśli życie przyciśnie, da się z tego wszystkiego zrezygnować. Ale to wszystko jest solą życia i źródłem przyjemności. A przyjemność jest do życia potrzebna.

Pamiętam jak kilka lat temu po rzuceniu pracy wpadłam w wielkie poczucie winy, że skoro nie zarabiam, to nie zasługuję na wychodzenie na kawę. Chociaż od lat marzyłam, żeby siedzieć w kawiarni i pisać bloga czy książkę. Ten etap skończył się, owszem, epizodem depresyjnym. Ani nie pisałam, ani nie pracowałam. To karanie siebie za sprawianie sobie przyjemności i realizację drobnych marzeń było toksycznym, obrzydliwym, destrukcyjnym mechanizmem. Mam nadzieję, że jest za mną już na zawsze. 

Czas dla siebie to luksus, o który trzeba walczyć

Po prostu nie da się non-stop działać na wysokich obrotach bez chwili przerwy na naładowanie baterii. Po czterech miesiącach, kiedy nie spędziłam więcej niż trzech godzin bez córki, moja motywacja i uważność nie były jak wcześniej. Były momenty, kiedy żadnej motywacji ani uważności w ogóle nie było. Kiedy wstawając rano marzyłam już tylko, żeby iść spać wieczorem. 

Wraz z poluzowaniem kolejnych restrykcji, powoli mi się poprawiało, ale okres, kiedy wolno było raz dziennie wyjść na krótki spacer wspominam jako jedną wielką szarą plamę, w którą zlewały się dni. Motywacji często brakowało na wstanie z kanapy. I nie chodziło przecież o żadne wielkie nieszczęście, a o brak przestrzeni dla siebie. O brak czasu tylko z samą sobą.

Ba, przecież zaczęłam biegać, żeby chociaż przez chwilę nie musieć być w domu. 

Jeśli nie zabiorę się za to, żeby czuć się dobrze, nie będę czuła się dobrze

Czucie się dobrze nie jest, a przynajmniej nie musi być, czymś zupełnie naturalnym, co wynika samo z siebie. Dla mnie nie zawsze jest. Mam tendencje do melancholii i do smutku. Mam tendencję do poddawania się emocjom i do negatywnych uczuć. Tego nie zmienię. Mogę zmienić jak sobie z tym radzę. Jak w “Hamiltonie” śpiewa Aaron Burr – “I am the one thing in life I can control”. 

Przez długi czas wydawało mi się, że cały świat jest przeciwko mnie, nic nigdy nie będzie dobrze, a nieszczęście to mój naturalny stan. Z biegiem lat zauważyłam, że dużo moich nieszczęść wynika z nastawienia i poddawania się emocjom. 

Na terapii uczę się w tym walczyć. Co nie sprawia, że nie mam żadnych problemów, ale nie kładą się cieniem na wszystko inne. A kiedy mam gorszy dzień i czuję, że niczego nie mogę z tym zrobić, to daję sobie prawo do niego, do pomarudzenia i popławienia się w błotku nieszczęścia. Z pełną świadomością, że to zaraz minie i nie ma co się tym znowu tak bardzo przejmować. Będzie lepiej. 

Żeby spełnić marzenie trzeba coś zrobić

Pewnego dnia w trakcie lockdownu pomyślałam, że moje życie będzie zawsze takie samo. Nie napiszę książki, bo nie mogę się zabrać za pisanie jej. Zatem nigdy nie będę pisarką, będę jedynie o tym bezsensownie marzyć. Tego dnia siadłam i napisałam czterysta słów. Następnego dnia znowu. I tak przez większość dni. Czasem zdarzy się przerwa, jeśli nie mam pomysłu albo akurat piszę tekst na blog, ale przerwa nie trwa dłużej niż dzień lub dwa. 

Konspekt powieści jest w dwóch wydawnictwach. Nawet jeśli się z nimi nie uda, to kończę trzynasty rozdział. Do końca roku pewnie powoli i bez stresu skończę pierwszy tom. I wtedy zabiorę się za intensywną pracę nad jej wydaniem. 

Może nikt jej nie kupi. Może nikogo nie zainteresuje. Na to mam niewielki wpływ. 

Może będzie okropna.

Ale będzie. 

Żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba robić coś w tym kierunku. Done is better done perfect. Prawdziwe i zrobione jest lepsze niż wyimaginowane.

Nie wszystkie marzenia są prawdziwe

Widzę, że w momencie, kiedy nie muszę robić rzeczy, których nie chcę (np. pracować w sprzedaży lub w ogóle…) i nie muszę się przejmować czy mam za co przeżyć, nie potrzeba mi tak znowu dużo do szczęścia. Być może mam niskie aspiracje. Być może nie jestem ambitna. Ale nie marzą mi się luksusy, podróże, klejnoty i bycie CEO. Marzy mi się, że ludziom spodoba się moja książka, Netflix czy inne HBO zrobi z niej serial, będę mieć fandom, mnóstwo fanartów i fanfików i zobaczę moje postaci na ulicy na czyjejś koszulce. A jeśli oprócz tego będę sobie żyć tak jak teraz, z tymi samymi osobami, ba, może i w tym samym domu…To będzie okej. 

Marzenia są świetne. Nawet, a może zwłaszcza, te wybujałe do granic realności. Pod jednym warunkiem. Że są TWOJE. A nie takie, jakie wypada mieć, jakie wmawia nam społeczeństwo, marketing czy inny kapitalizm. TWOJE.

Nie chciałabym mieszkać gdzie indziej

Przynajmniej nie w tym momencie życia. Na żadnej wsi, w żadnym małym miasteczku czy na przedmieściu. Chcę być w pobliżu centrum. Owszem, nie mamy ogrodu. Owszem, w innym miejscu mielibyśmy za te same pieniądze dużo lepsze warunki życia. Jestem w stanie żyć z tą świadomością. Bo nie zawsze będziemy zamknięci w czterech ścianach, a ja kocham i uwielbiam zgiełk Londynu. To jaki jest wielki i że jest w nim wszystko. Przede wszystkim dużo ludzi, w tym Moich Ludzi. To, że w stosunkowo krótkim czasie jestem w stanie doświadczyć skrajnie różnych przestrzeni i doznań. Własny ogród nie zastąpiłby mi tej różnorodności. To jest moja preferencja, której nikomu nie narzucam. Ale mam do niej prawo.

Zaczęłam ten tekst nad morzem, kończę go w łóżku, ze stopami przykrytymi ciepłym kocem. Mam swoją mini rutynę, która się sprawdza. Wiem kiedy o siebie zawalczyć, a kiedy odpuścić. I co jest dla mnie istotne.

Z ciężkiej sytuacji ostatnich miesięcy wychodzę, póki co, z tarczą. Mam nadzieję, że Wy też. 

Widzicie w tym wszystkim jakieś pozytywy dla siebie?

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry