Processed with VSCO with f2 preset
Riennahera

Riennahera

Miesięcznik Pogardy 5/2020

Maj był o wiele lepszy niż kwiecień. Gdyby nie to, że nie był normalny, to był prawie normalny. Bo co prawda nie pamiętam kiedy ostatni raz jechałam autobusem, nie ma kawiarni, pubów, sklepów, fryzjerów, wycieczek ani imprez i moje horyzonty ograniczają dwa parki na przeciwległych krańcach dzielni, ale…Siedzieliśmy w parku i widzieliśmy przyjaciół. Dziecko zobaczyło znowu inne dzieci. To wciąż życie z zawartością 30-40% dawnego życia, ale jednak do przodu. 

Blogowo

Był to miesiąc jeszcze gorszy od poprzedniego, ale…w ogóle mi na tym nie zależało. Skupiłam się na czym innym, co bardzo mnie uszczęśliwia, a blog istniał sobie gdzieś tam w tle. Poza tym społeczność na grupie i instagramie ma się dobrze jak zwykle, więc whatever. 

Pisałam wyjątkowo mało tekstów, co z pewnością miało znaczenie dla statystyk, ale po prostu mnie to nie obchodziło. To znaczy niby było ich łącznie osiem, tak jak mam w planach co miesiąc, ale cztery z nich opublikowałam w ostatnim tygodniu. Cała wena znalazła ujście gdzie indziej. 

W maju było o tym, że nie mam w co się ubrać. Dużo o moim procesie twórczym – o tym jak shakowałam siebie i zaczęłam pisać codziennie i o przemyśleniach odnośnie pisania powieści. Jak zawsze tekst okolicznościowy na Dzień Matki i teksty, które nazywam “rozkminami na kolanie” czyli szybkie zapiski myśli, które mnie w danym momencie nękają. W tym wypadku o starych dobrych czasach i o byciu sobą. To jest taki dziwny typ wpisów, które najmniej się klikają, ale są dla mnie najważniejsze. Na koniec, pierwszy od dawna wpis kulturalny o filmach, które miały na mnie wpływ. 

Ale, ale…mały sukces. O Międzynarodowym Legionie Pończoch Pogardy napisano w magazynie Elle. Do grupy przyszedł cały oddział nowych osób i w ogóle splendor i sława. Odpowiada mi to. Mogłabym się przyzwyczaić.

Twórczo

Maj upłynął pod znakiem pisania książki. Pewnego dnia uznałam, że moje marzenia nie spełnią się, jeśli nie będę robić niczego w kierunku ich spełnienia. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i w ciągu tego miesiąca dokończyłam dwa zaczęte rozdziały i dopisałam w całości dwa kolejne. Wskutek czego jestem właśnie w trakcie pisania dziesiątego rozdziału mojej książki o elfach we współczesnym Londynie. 

Poza tym…dostałam zapytania o wydanie książki, zabrałam się ostro do roboty i sporządziłam konspekt z prawdziwego zdarzenia. Sprawdzony przez profesjonalnego wydawcę i poprawiony przez profesjonalną redaktorkę. Konspekt jest obecnie w dwóch wydawnictwach. Ale keep them coming, chętnie wyślę do kolejnych. Chętnie wyślę go wszędzie. 

Domowo i tak dalej

Wciąż biegam. Co prawda w maju wyszłam biegać o jeden raz mniej niż w kwietniu, ale BYŁY POWODY. Na przykład temperatury i moja głupota, bo kiedy obtarł mnie podczas biegania but to zagryzłam zęby i biegłam dalej, a potem nie mogłam normalnie chodzić przez prawie tydzień…Wyszłam raz mniej, ale przebiegłam łącznie więcej kilometrów. Sukces!

W końcu można zupełnie legalnie widzieć się ze znajomymi, choć na odległość dwóch metrów. I siedzieć na kocu w parku nieograniczoną ilość czasu. Rychło w czas, bo gdyby nie te parki i znajomi, chodziłabym po ścianach i rzucała talerzami przez okno.

Zaczęłam też terapię. Po raz pierwszy po polsku, przez Skype. Nie czuję, żeby język miał znaczenie, niemniej jestem póki co zadowolona i nieco mi ze sobą łatwiej. 

Chociaż był moment, w którym rzucałam mięchem i ze smutku przez dwa dni nie mogłam wyjść z łóżka. To był ten moment, kiedy przeczytałam, że nasz żłobek otwiera się dopiero 1 lipca, chociaż większość brytyjskich żłobków otwiera się 1 czerwca. Poczułam się najbiedniejszą, najbardziej pokrzywdzoną osobą na świecie. 

Kulturalnie

Nie wiem jak to się stało, ale oglądałam zadziwiająco dużo. 

Hollywood na Netflixie: Naiwna i niewybitna, ale łatwooglądalna i estetyczna fantazja na temat tego co by było, gdyby Hollywood w okresie największej świetności rozprawiło się z rasizmem i homofobią. 

Never Had I Ever: Komediowa teen drama o gym co się może stać jak podejdziesz do super kolesia w liceum i zaproponujesz mu seks. Trochę płakałam, bo jest tu dużo o relacji z rodzicami i nieco identyfikowałam się z matką głównej bohaterki. 

Normal People: Paradoksalnie to serial trochę o tym samym co poprzedni…czyli co się stanie, jak będąc niepopularną będziesz po kryjomu sypiać z jednym z najpopularniejszych kolesi ze swojej irlandzkiej szkoły. Tyle, że tutaj jest po prostu drama. Serial jest adaptacją bestsellerowej książki, którą chce przeczytać, żeby zobaczyć jak opisany jest seks (so sue me) bo w serialu go mnóstwo i czy motywy, które mnie irytowały to pomysł autorki czy scenarzystów. Bo ja nie do końca kupuję robienie intelektualnych labiryntów z prostych rzeczy i niekoniecznie lubię bohaterów, ale może po prostu moje życiowe doświadczenia przeszkadzają mi w zrozumieniu ich.

Nie wiem do końca co sądzę o tym serialu, nie wiem czy mi się podobał, ale na pewno warto go obejrzeć. Jest zdecydowanie jakościowy, nawet jeśli nie rozumiałam zachowań postaci, to głęboko czułam ich emocje i wciągałam odcinek za odcinkiem. 

Przy okazji – ten serial jest dowodem, że 30 minut to najlepsze długość odcinka, wszystko da się w takiej długości zmieścić i nie ma żadnych dłużyzn. Żądam, aby wszystkie seriale poszły jego śladem. 

Working Mums : To nie jest serial idealny, ale łatwo wchodzi. Zaczynałam go oglądać na początku życia z bobaskiem, mam więc do niego pewien sentyment. Nowy seson wciągnęłam w 24 godziny…

Dead to Me: Mam taki dziwny dysonans podczas oglądania tego serialu. Ja wiem, że mamy mieć relatywizm moralny i mamy polubić obie bohaterki pomimo okropnych rzeczy, które zrobiły, ale…Tak jak w przypadku Tony’ego Soprano czułam empatię i byłam po jego stronie, tak uważam, że naprawdę obie powinny iść do więzienia i tego im życzę. 

Ktoś ma podobnie?

The Office: To jest jeden z moich najukochańszych seriali świata, a Michael Scott to mój idol. I wspaniały, wspaniały manager. Oglądamy wszystkie sezony po raz…szósty? A może dziewiąty? Chyba raczej dziewiąty.

Misbehaviour: Najnowszy film z Keirą Knightley, na który bardzo chciałam iść do kina, ale zaczęła się pandemia i obejrzałam go na amazon. Jest…okej. Ani dobry, ani zły. Ogląda się dobrze, dotyczy ważnych spraw (feminizmu i rasizmu), jest jak najbardziej na czasie. Czy zmienił moje życie? Czy mogłabym oglądać go bez końca? Nie i nie. Ale można, bez bólu. 

The Beastmaster: Nie jestem osobą, którą łatwo rozśmieszyć. W dobrym towarzystwie przy butelce wina – bez problemu, ale nie jak oglądam film, serial czy stand up. Najczęściej delikatnie się uśmiechnę albo pokiwam głową. Oglądając ten film dostałam głupawki i nie mogłam przestać się śmiać, śmiałam się aż do łez. A to nie jest komedia. 

Jest to najlepszy zły film jaki w życiu widziałam. Podróbka Conana Barbarzyńcy, z bohaterem ukradzionym z łona matki w brzuchu krowy (serio), ze sprytnymi fretkami kradnącymi majtki (tak, serio), z psem wciągającym nieprzytomnego protagonistę do lasu, z orłem unoszącym czteroletnie dziecko (yup), bohaterką w klimaktycznej scenie wychodzącą na chwilę, żeby się przebrać…No czego tu nie ma. Na dodatek ten film nie był w swoich czasach finansową klapą, ba, powstały dwa sequele. 

Błagam, obejrzyjcie go. Najlepiej popijając coś mocniejszego. 

Lucia: Reklama tego komiksu na instagramie i/lub facebooku, wyskakująca co kilka dni, okazała się skuteczna. Tyle razy byłam szczuta obietnicą egzaltowanej fabuły i mangowego seksu, że postanowiłam zapłacić za dostęp do odcinków. I wciągnęło mnie jak zepsuty kibel. Ja wiem, że to jest słabo napisane. To nawet nie jest wybitnie narysowane. Ale to moje guilty pleasure. Bo jak nie kochać opowieści o osiemnastej księżniczce fikcyjnego królestwa, która ma sny, że będzie mieć bardzo złego męża, więc proponuje małżeństwo bardzo nadętemu diukowi (outsiderskie laski proponujące seksy popularnym i kól kolesiom to jakiś lejtmotyw miesiąca), a on…godzi się i zabiera ją do swojej posiadłości na dalekiej północy. Gdzie głównie uprawiają seks (udając, że TO NIC NIE ZNACZY, chociaż bardzo znaczy) i mają jakieś mroczne tajemnice. 

To jest tak złe, że aż dobre.

Dominic Cummings tłumaczący się z wyprawy do Durham: Jestem fanką Little Britain, kocham The Thick of It, ale nawet twórcy tych seriali nie byliby w stanie napisać niczego tak wybitnego jak oficjalne wystąpienie doradcy premiera Wielkiej Brytanii odnośnie jego wyjazdu do rodziny do Durham podczas lockdownu. Była to najbardziej surrealistyczna komedia absurdu jaką w życiu widziałam. 

Nie mogłam nie zamieścić tego w dziale kulturalnym.

Życzę Wam i sobie, żeby czerwiec procentowo zawierał w sobie więcej normalnego życia i był jeszcze lepszy niż maj. Oprócz Dominica. Mam nadzieję, że Dominic będzie miał bardzo ciężki czerwiec. I w ogóle resztę roku. 

Cmok!

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

4 thoughts on “Miesięcznik Pogardy 5/2020”

  1. Wiedziałam, że pół godziny przerwy w pracy poświęcone na nadrobieniu blogowych zaległości wyjdzie mi na dobre. Jak nie miałam pojęcia co obejrzeć w weekend, tak teraz nie wiem od czego zacząć 🙂 Dzięki!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry