Vi et Armis perfumy
Riennahera

Riennahera

Moje nowe ulubione perfumy – Vi et Armis

Głęboko wierzę, że kiedyś będę minimalistką. Wyrzucam i oddaję coraz więcej rzeczy. W tej chwili przechodzę przez odwyk od ubrań i czuję się z tym wspaniale. Noszę rzeczy, które mam od dawna i wciąż czuję się dobrze ubrana…

Patrząc na moje zbiory torebkowe, nie jestem bag person. Co kilka lat kupuję (a raczej dostaję od męża) nową wymarzoną torebkę i noszę ją na wyłączność bardzo długo. Mimo, że tego nie widać i wciąż mam za dużo butów, nie jestem też shoe person. Bo w rzeczywistości noszę jakieś cztery pary butów na krzyż. Kiedyś mam nadzieję pozbyć się nadmiaru. 

I mogłabym powiedzieć, że nie jestem też perfume person. Ale to nieprawda. Bo chociaż mam perfum stosunkowo mało i bardzo rzadko kupuję nowe, to jestem absolutnie i totalnie perfume person. Zapachy mnie kręcą i uwodzą. Moje wspomnienia zawsze pachną. Są synestezyjnymi, kompletnymi wizjami. Pachną mi okresy życia, miasta, mieszkania, nastroje i oczywiście ludzie. Właśnie kupiliśmy nowe łóżeczko dla młodszej córki i zapach drewna przywodzi mi mocno wspomnienia firmy meblowej rodziców i akademika na pierwszym roku studiów. Niewinne łóżeczko, a mam z tym zapachem związaną całą gamę emocji, nostalgii i…niepokoju. Także w zapachach tkwi siła i wielki ładunek emocjonalny. 

Vi et Armis perfumy

Raz na jakiś czas wpadam w manię zapachu i noszę go niemal na wyłączność. Dawno, dawno temu na lata zdobył mnie Angel Muglera. Pewnej zimy w Paryżu zakochałam się we Fleur Narcotique od Ex Nihilo. Kolejną miłością było Amber Sky z tej samej perfumerii. Myślałam, że znalazłam najwspanialszy zapach świata i będziemy razem na zawsze. A przynajmniej dopóki perfumeria nie przestanie istnieć. Ale ludzie dorastają i czasem wyrastają z miłości i związków. Zakochują się na nowo. Te wielkie namiętności wybuchają przypadkiem, czasem w zupełnie banalnych okolicznościach. 

Przeglądałam od niechcenia instagramowe stories, kiedy Tattwa polecała niszowe perfumy. Nazwijcie mnie snobką, za taką się uważam, ale niszowe perfumy zdobywają mnie o wiele bardziej niż te mainstreamowe. Ich odkrywanie bardziej mnie ekscytuje. Szukałam też w tamtym momencie pomysłu na imieninowy prezent dla męża. Ponieważ prezenty nie są moją mocną stroną, chciałam się wykazać. I wtem, na ekranie pojawiły się perfumy inspirowane brytyjską marynarką. I wiedziałam, że znalazłam mój prezent. 

Wybrałam podróżny zestaw z małymi buteleczkami zapachów z całej kolekcji. Oprawiony w skórę wygląda epicko i filmowo. Jest też bardzo praktyczny. Ale przede wszystkim piękny. Zapachów jest pięć, każdy kuriozalny i nietypowy, ale dla mnie istnieje tylko jeden. VI ET ARMIS. Inspirowany ładunkiem transportowanym przez brytyjskie okręty. Zakładam, że tak mogły pachnieć ładownie na okrętach Kompanii Wschodnioindyjskiej. Owszem, była kolonialnym Imperium Zła, ale pobudzała wyobraźnię. Jak każda władza i pieniądze. Wiemy, że są złe i korumpują, ale i tak ich pragniemy (nawet jeśli tylko oglądać w filmach i serialach). Zresztą, przetłumaczona nazwa oznacza właśnie “Siłą i bronią”. A poprzednia nazwa tych perfum brzmiała East India. 

Vi et Armis perfumy

Nie, to nie jest zapach elegancki. Jest nachalny. Wręcz nieco ordynarny. Brutalny. A jednocześnie bardzo głęboki. Nie mogę przestać się nim zachwycać i mam ochotę wdychać go raz po raz, sama siebie wąchać. Na stronie opisany jest jako narkotyczny i rzeczywiście. Perfumeria w opisie cytuje też George’a Bernarda Shawa: 

“Emotional excitement reaches men through Tea, Tobacco, Opium, Whisky and religion”.

Czy religia ma zapach? Owszem. W tych perfumach zapachy herbaty, tytoniu, opium i whisky łączą się z kadzidłem.  I jest w tym połączeniu coś ekstatycznego i nieczystego. Jak w piosence Pidżamy Porno, “woda święcona, ciężkie narkotyki”. Nosząc go nie czuję się jak dama. Bardziej jak portowa dziwka kapitana. Ba. Sama czuję się jak pewna siebie kapitanka. To właściwie bardziej męski zapach, ale nie mam problemu z noszeniem uniseksowych czy męskich perfum, a na mojej skórze czuję wydobywające się słodkie nuty. 

Recenzje w internecie porównują Vi et Armis  do cuchnącej papierosami skórzanej kurtki, papierosa zgaszonego w słoiku dżemu albo dziesięciu torebek herbaty, która zbyt długo się parzyła. Z każdą z tych opinii się zgadzam, a jednocześnie i tak kocham ten zapach. Sama zostanę przy ładowni okrętu albo przy dymnej whisky pitej przy kominku wieczorem razem z dziadkiem, który pyka fajkę. Czyż to nie miła wizja?

Czy ten wpis jest egzaltowany? Jest. Czy może nawet oscyluje na granicy dobrego smaku? Nie będę się kłócić. Ale uwielbiam pisać o zapachach. I totalnie jestem perfume person. 

Vi et Armis perfumy

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

1 thought on “Moje nowe ulubione perfumy – Vi et Armis”

  1. Bardzo ciekawy wpis. O zapachach wcale nie tak łatwo jest pisać. A ten mogę sobie już wyobrazić 🙂 Te perfumy mają dodatkowy plus za naprawdę piękny flakonik!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry