obywatelstwo1
Riennahera

Riennahera

Brytyjskie obywatelstwo – jak wyglądała moja droga

Dokonało się.

16 września 2006 roku moja stopa po raz pierwszy stanęła na brytyjskiej ziemi, kiedy wyszłam z samolotu na lotnisku Glasgow Prestwick International. Ponad piętnaście lat później złożyłam przysięgę na miłość i wierność Zjednoczonemu Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, jego Królowej oraz jej następcom. Od teraz jestem u siebie.

Poszłam zatem zjeść naprawdę duże i naprawdę drogie ciastko. Bo jestem Brytyjką i jestem tego ciastka warta. Oczywiście było to ciastko francuskie.

Droga do tego momentu była długa. Przede wszystkim dlatego, że mi się nie chciało. Bo przez wiele lat cieszyliśmy się prawami przysługującymi obywatelom państw członkowskich Unii Europejskiej. Do czasu. Oczywiście, przyszedł Brexit. Aplikowaliśmy o status osiedleńców i w sumie nie żyło się nam specjalnie inaczej niż wcześniej. Wiem, że niektórzy mieli trudności, nam się upiekło i życie toczyło się gładko. Być może nie było jednego czynnika, który zadecydował, że już czas. Który pomógł pokonać lenistwo. Z jednej strony trochę Brexit, trochę wrogi i nieudolny rząd Torysów, trochę urodzenie dwóch córek, z których jedna automatycznie miała prawo do obywatelstwa. Z dziećmi człowiek musi się trochę ogarnąć. Ostatecznie jednak wszelkie wątpliwości rozwiał miłościwie nam rządzący bez żadnego trybu i jego wierna formacja. Jeśli mam wybierać między Scyllą i Charybdą, to naprawdę o wiele bardziej ufam Torysom.

To jest tekst felietonowy z pewną dozą praktycznej informacji. Całość procesu znajdziecie opisaną na stronie Home Office.

Aplikować można po pięciu latach legalnego pobytu w Wielkiej Brytanii. Lub w dwanaście miesięcy po uzyskaniu statusu osoby osiedlonej z kraju członkowskiego Unii Europejskiej. Lub jeszcze w innych przypadkach. Wiecie gdzie ich szukać. Na stronie Home Office.

Etapy


Test Life in The UK – Ten test sam w sobie jest dziełem Monty Pythona, ale nie będę poświęcać mu już więcej miejsca, bo opisałam Wam go pokrótce rok temu.

Aplikacja – przyjemność kosztuje srylion funtów (obecnie £1,330) i zajmuje nieco czasu. Na przykład 10 lat. Ha. Ha. Ha. Aplikacja zawiera pytania łatwe, podstawowe, z gatunku tych, na które człowiek jest w stanie odpowiedzieć kiedy obudzi się go w środku nocy. Oraz pytanie szczególnie rozkoszne, jak na przykład wszystkie okazje, kiedy opuszczało się kraj przez ostatnie pięć lat. Jeśli ktoś jest domatorem, osobą bez potrzeby przemieszczania się czy z innych przyczyn nie wyjeżdżasz – zazdroszczę. Bo to była jedna ze spraw, która mnie przerastała. Przyznam zupełnie szczerze, że gdyby mój mąż nie zrobił listy większości wyjazdów, którą miałam już tylko uzupełnić, być może do dzisiaj nie złożyłabym aplikacji. Jeśli jesteś osobą, która usuwa wszystkie niepotrzebne maile i nie będzie w stanie odtworzyć wszystkich ekscytujących weekendowych wypadów za granicę…To nie zazdroszczę. Nie wiem co zrobić w takiej sytuacji.

Złożenie dokumentów do aplikacji – Jeśli do obywatelstwa nie zniechęcił Was test, ani aplikacja, to być może teraz trafi Was szlag. Zakładam, że każdy etap specjalnie zaprojektowany jest tak, aby zniechęcić do życia. Musiałam znaleźć dowód na legalny pobyt pod brytyjskim adresem przez ostatnie pięć lat. Więc jeśli wyrzucacie od razu rachunki, kwity wypłat i inne dokumenty, to mam kiepską wiadomość…
Mój mąż, z jakiegoś powodu, musiał składać również dowody zatrudnienia.
Oboje mieliśmy wykaz z aplikacji, jakie dokumenty są od nas wymagane, różniły się jednym punktem.
Dokumenty składa się w biurze prowadzonym przez organizację outsource’ującą proces dla rządu. Pobierane są wtedy również dane biometryczne. Przyjemność jest dodatkowo płatna, w zależności od terminu, godziny i zapewne wysokości Słońca na niebie oraz znaku zodiaku, w którym akurat znajduje się Księżyc. Sama płaciłam jakieś 70 funtów. Na pocieszenie dodam jednak, że osoby skanujące dokumenty są dość szybkie, kompetentne, profesjonalne i mają porządny sprzęt, przez co nie jest to bolesny etap.

Kiedy wszystko jest pobrane, zeskanowane i opłacone, osoba w okienku naciska przycisk i Twoja aplikacja leci do Home Office.
Według oficjalnych wytycznych, decyzję powinno się otrzymać w ciągu sześciu miesięcy od złożenia kompletu wymaganych dokumentów. I tak mniej więcej czekaliśmy, otrzymaliśmy decyzje odpowiednio cztery i pięć miesięcy później.

Mój mąż dostał decyzję około miesiąca wcześniej niż ja. Co więcej, mail przyszedł w nocy. Kiedy mi o tym powiedział, nie mogłam zasnąć z wrażenia. I nerwów. Od tej chwili codziennie kilkanaście razy sprawdzałam maila i regularnie słyszałam od Ella, że w najgorszym razie mogę być jego polską żoną. Mój email w końcu jednak przyszedł i całe szczęście, bo jeszcze kilka dni słuchania męża i mogłoby dojść do tragedii.

Przysięga – Po otrzymaniu emaila trzeba skontaktować się ze wskazaną wcześniej instytucją, w której będziemy składać przysięgę. Akurat instytucja odezwała się do mnie sama, zanim zdążyłam napisać. Moja ceremonia przysięgi odbyła się w ratuszu dzielnicy Islington, który wcześniej wybrałam z dostępnej listy.
W dobie Covidu nie można mieć przy sobie żadnych osób towarzyszących.
Całość trwa około pół godziny plus czas na zdjęcia. Trzeba zdecydować czy przysięga się Bogu czy królowej (z grupy około 30 osób, które przysięgały ze mną, tylko jedna zdecydowała się na przysięgę Bogu). Dostaje się karteczkę z tekstem i powtarza za urzędnikiem, który obserwuje czy rzeczywiście recytuje się zapisane słowa. Po czym dostaje się elegancki certyfikat.


I tyle. Koniec.
Jesteś Brytyjczykiem. Jesteś Brytyjką. Jesteś osobą brytyjską.
Dostajesz też małą flagę na patyku (SERIO) i list z wydrukowanym pięknym portretem Minister Spraw Wewnętrznych Priti Patel (SERIO).
Jeśli to nie jest kuriozalne, to nie wiem co jest. Powitanie nowego obywatela jest iście monthypythonowskie.

No i teraz…co ja mogę? Na co mi to było?
W sumie to na nic. Na nic takiego codziennego i przyziemnego. Mogę głosować w wyborach do parlamentu. Będę również mogła realizować mój sprytny plan zostania posłem…Plan nie zakłada żadnego innego punktu, programu, pracy ani wysiłku niż “punkt 1 – zostać posłem”, ale ogólnie od teraz MOGŁABYM, gdybym chciała.

Oczywiście będę mieć również satysfakcję. Gdyby jeszcze kiedyś pijany bezzębny dziad nazwał mnie “pieprzoną Polką”, to powiem “no no no, sir, I am a Brit just like you”. Nie żeby zdarzyło mi się to więcej niż raz przez ostatnie piętnaście lat życia. A kiedy będę czytać kolejne doniesienia z Polski i rwać włosy z głowy krzycząc “kur#a co?!”, to będzie mnie bolało już mniej. Może kiedyś w ogóle nie będzie.

PS Chciałam zachować ten wpis w oryginalnej formie. Bez uładzania go. Żeby pokazać kontrast. Od czasu, kiedy go napisałam, wydarzyło się WSZYSTKO i pierwszy raz od dawna żałuję, że nie jestem na miejscu w Polsce. Bo wtedy mogłabym pomóc bardziej i mocniej i bezpośrednio, a nie tylko wpłacać pieniądze z oddali. Pierwszy raz od dawna na widok wiadomości o działaniach polityków nie krzywię się. Czasem czuję dumę.
Jednocześnie jako jednostka, jako indywidualna Marta, czuję się bezpieczniej dodatkowy tysiąc kilometrów od wojny.
To dużo różnych uczuć. Mętlik w głowie.

PS2 Dostaję czasem pytania na temat formalnej strony pobytu w Wielkiej Brytanii. Dla mnie tego typu procesy są katorgą i ogarnianie ich dla siebie samej to jak wsypywanie soli w otwarte rany. Tym bardziej nie czuję się na siłach, żeby je tłumaczyć. Informacji odnośnie jakichkolwiek spraw związanych z obywatelstwem czy dokumentacją potrzebną do legalnego przyjazdu do Wielkiej Brytanii szukajcie na stronie Home Office.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry