Image-1
Riennahera

Riennahera

Miesięcznik Pogardy 8/21

To był miesiąc wzlotów i upadków. 

Zaczęłam na poważnie ćwiczyć pod okiem Anny Stasiuk, z którą poznałyśmy się dzięki instagramowi. Większość sesji towarzyszy nam Orla w wózku, najczęściej śpiąca. Czasem towarzyszy nam Orla gaworząca na macie i kocyku. A czasem po prostu drąca paszczę. Ćwiczy mi się super, podobno jestem w dobrej formie, dzięki wysiłkowi czuję się o wiele lepiej. Mogę zdecydowanie polecić trenerkę, która specjalizuje się w klientkach po ciąży. 

Świętowaliśmy szóstą rocznicę ślubu. Co prawda tylko przez godzinę, bo na tyle Orlątko wypuściło nas z domu, ale cóż. Mieć godzinę razem bez dzieci i nie mieć godziny razem bez dzieci to już dwie godziny. Za rok o tej porze pewnie będziemy się śmiać z tej niedogodności. Zresztą, i tak tematy schodziły nam na dzieci…

Szykując ten tekst, zanotowałam sobie, że ważnym punktem były “Szpitale”. Napisałam szpitale w liczbie mnogiej, ale muszę przyznać, że nie pamiętam czy było ich więcej niż jeden. Szczerze mówiąc ten rok był w kwestii szpitali tak męczący, że zupełnie tracę rachubę. Pierwszy raz odwiedziłam jednak St Thomas, w którym umieściłam fragment akcji książki. Chociaż wizyta w szpitalu jest za każdym razem stresującym wydarzeniem, to jednak trochę się ekscytowałam.  

Nie będę się rozpisywać szczegółowo, ale powiem tylko, że kiedy człowiek ma plany życiowe, kiedy myśli, że ogarnia, że idzie do przodu, że już prawie jest zwycięzcą, życie znajdzie sposób na pokazanie mu jego marności. Jak w Parku Jurajskim, life finds a way. Na przykład poprzez zesłanie zatrucia pokarmowego, podczas którego myślisz, że to Twoje ostatnie chwile. I żegnasz się z dziećmi. Na hasło, żeby pamiętały, że je kochałaś, jedno puszcza bąka, a drugie odpowiada “TA. Mam ciastko, mama”. Czy którekolwiek chociaż zapytało czy przynieść mi szklankę wody? Albo chociaż podzielić się ciastkiem? Akurat. 

Stety i niestety, ten rok był tak pełen emocji i wydarzeń, że wyjazd na wakacje po prostu się nie zmieścił. Było mi z tego powodu bardzo smutno, tak smutno, że wyłączałam wakacyjne relacje znajomych, jakkolwiek piękne by nie były. Z małych pocieszeń, udało nam się spędzić pierwszą noc poza domem w czwórkę, u mojej koleżanki pod Londynem, niemalże na wsi. A także odwiedzić Kew Gardens. Nie są to wakacje, ale obie okazje były takimi doznaniami estetycznymi, że zrobiło mi się nieco lepiej.

Jeszcze nigdy w życiu nie planowałam tak naprzód, ale mam już zabukowane wakacje na 2022 (żeby odbić sobie ten rok) i start żłobka młodszej córki. Ba, kupiłam już nawet w przedsprzedaży planer, taki sam jak na 2021, ponieważ bardzo dobrze sprawdza się na co dzień. Nie poznaję sama siebie.

Teatr 

Zauważmy, że to nie jest zwykła okazja. Byłam w teatrze po raz pierwszy od grudnia 2019. Po raz pierwszy od wybuchu pandemii. Po raz pierwszy od urodzenia drugiego dziecka. Wybrałam się sama, chyba drugi raz w życiu, więc też ważne doświadczenie. Zapewne będzie zdarzać się częściej. Ale kto wie, może jeszcze kiedyś pójdziemy do teatru we dwoje z mężem…

Co obejrzałam?

„Paradise” w National Theatre. Współczesna przeróbka antycznej tragedii “Filoktet” Sofoklesa w reżyserii Kae Tempest. Na rozkaz Odyseusza młody wojownik Neoptolemus, syn Achillesa, udaje się na wyspę, żeby namówić rannego Filokteta na powrót na front wojny trojańskiej. Sęk w tym, że wybitny łucznik został na wyspie zostawiony lata wcześniej właśnie przez Odyseusza…

To jest National Theatre, więc inscenizacja jest ambitna i dobra. Nie, nie wszystko mi się podobało, aktorsko chwilami nieco przeszarżowano, nie wszystkie elementy uwspółcześnienia miały sens, nie wszystkie kupowałam, kilka razy skrzywiłam się nie rozumiejąc o co chodzi, bynajmniej nie językowo, ale interpretacyjnie. 

Ale nie żałuję, mogę polecić i rety, jak wspaniale było znów być w teatrze. 

No i ten mocny cytat ze sztuki trafia do mnie bardziej niż cokolwiek od dawna:

Treat violence with violence 

and rewound the wounded 

and rewind the memories 

and refill the emptiness 

and refuel the terror 

and replay the rage, 

and it will keep you as small as the battles you wage.

Książki

Dziennik Czasu Blokady: Mam do tej książki mieszane uczucia. A może nawet nie. Inaczej. To jest źródło historyczne i jako źródło historyczne ma wartość. Ma wartość dokument ukazujący kontrast życia siedemnastoletniej uczennicy sprzed blokady Leningradu i w czasie tej blokady. Kontrast egzaltowanego i niewinnego pamiętnika i litanii tego na co można wymienić kartki na jedzenie Ale to nie jest literatura. Jako literatura jest żmudne, nudne, nieciekawe. Są dzienniki, które czyta się z wypiekami na twarzy, ten taki nie jest. 

Czytam sobie na raz “Lolitę” i “Ojca Goriot”, ale jeszcze zostało mi nieco do końca. 

Filmy i seriale

Fleabag: Nie wiem jak streścić Fleabag…Perypetie porypanej trzydziestokilkuletniej kobiety z Londynu? Właściwie tak, ale nie mówi to niczego o charakterze serialu, a powiedzieć o czym jest to zepsuć fabułę. Podeszłam do serialu po raz drugi, przymusiwszy do niego męża. Jest tak samo dobry jak za pierwszym razem. Czyli wspaniały. A Olivia Coleman zagrała jedną z ról życia.

Cruel Summer: Psychologiczna rozgrywka między nastolatkami, popularną Kate i trochę obciachową Jeanette. Twist – Kate jest ofiarą porywacza, który miesiącami trzymał ją w piwnicy, a Jeanette w tym czasie skradła jej życie, chłopaka, znajomych, pozycję w szkole. Co więcej Kate twierdzi, że Jeanette wiedziała o jej porwaniu i nikogo nie poinformowała. 

Sprawne, wciągające, nie jakieś nieprzeciętne ani wielce oryginalne, ale trzyma w napięciu i miałam z serialu przyjemność. 

Once Upon a Time in Hollywood: Obejrzałam po raz drugi. Właściwie poprzednim razem napisałam to co czuję i teraz.  

Scarface: Wzrost i upadek Tony’egp Montany, od imigranta z Kuby po narkotykowego bossa. Ciężko w to uwierzyć, ale chociaż studiowałam filmoznawstwo, miałam obsesję “Rodziny Soprano” i filmy o mafii były moim konikiem, to widziałam Scarface pierwszy raz w życiu. Rozumiem, czemu jest kultowy. Rozumiem, czemu jest ważny. Ale i tak uważam, że nie jest to film świetny. Myślę, że znosi próbę czasu gorzej niż “Ojciec Chrzestny”, no ale powstał w konkretnym momencie historii i kinematografii. 

Wiedźmin Zmora Wilka: O tym jak żył Vesemir zanim został Vesemirem, którego znamy. O rzezi Kaer Morhen i jakichś kilku innych bzdurach. Wiecie, jak kocham Sapkowskiego. Ale to jest złe. Miałkie, banalne, nieciekawe. Co najgorsze, ja mam wrażenie, że showrunnerka w ogóle Sapkowskiego nie rozumie. A jeśli rozumie, to na poziomie bardzo powierzchownym, bez docenienia finezji jego świata i języka oraz przekazu.  Moim zdaniem nie warto, nawet jeśli jest się największym fanem Wiedźmina.

Blogowo

W sierpniu podzieliłam się kolejną odsłoną scen rodzinnych (chcecie ich więcej?). Pisałam o moich zmaganiach z syndromem oszusta i z propagandą sukcesu w momencie, kiedy ja nie mam życiowej przestrzeni na więcej wysiłku w dążeniu ku sukcesom. Twierdziłam, że Tołstoj mylił się co do nieszczęśliwych rodzin i jednocześnie opowiadałam o swoim szczęściu z okazji szóstej rocznicy ślubu. W końcu, podzieliłam się 10 myślami o moim ulubionym blogowym cyklu…10 myśli 🙂 

Taki był sierpień. Wrzesień zapowiada się pasjonująco. Ale o tym…za miesiąc. Dobrego miesiąca! 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry